środa, 9 października 2013

Epizod 72.

Zamknąłem oczy. Na moment. Na trzy sekundy. Pochłaniałem tętniące życiem miasto. Czułem, jak otacza mnie z każdej strony, przenika na wylot, przepędza złe myśli. Wrażenie, jakoby oczyszczało mój umysł, było tak silne, że aż prawdziwe. Tutaj, na ósmym piętrze warszawskiego mieszkania Arkadiusza, docierały ledwo wyczuwalne drgania stolicy, podobne do uderzeń serca, jej ciche szepty w formie lekkiego powiewu wiatru i głośny gwar ulic. Ona żyła, oddychała.
Uchyliłem powieki. Zbliżał się wieczór, a Warszawa ani na chwilę nie miała zamiaru zwolnić rytmu. Przeciwnie - przyspieszała. Spojrzałem w górę. Błękitne niebo było nieskazitelnie czyste. Nie szpecił je nawet drobny obłoczek, żadna smuga po przelatującym samolocie. Zapowiadała się przyjemna, ciepła, jeśli nie gorąca noc.



Rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Wróciłem do mieszkania. W przedpokoju stał już Arek, który namiętnie przywitał się ze swoją drugą połówką. Soczysty cmok wywołał u mnie uśmiech.
- Ślinicie się, jak psy na widok suki - skomentowałem z żartem.
Bez odzewu. Nie zwrócili uwagi na mój komentarz, zajęci sobą. Coś tam mamrotali niewyraźnie. Głupio było podsłuchiwać, więc machnąłem ręką i usiadłem w fotelu. Normalka, pomyślałem, przecież są zakochani.
- Kogo moje piękne oczy widzą? - W progu zmaterializował się Jarek. - Krakusik odwiedził Warszawę.
Partner Arkadiusza był blondynem o typowej skandynawskiej urodzie i niebieskich oczach. Tak intensywnie niebieskich, że można było się w nich zatracić. Typowo rzymski nos nie szpecił jego urody, ale Arek wiele razy wspominał w rozmowach, że Jarek zbiera na operację plastyczną. Trochę trzepnie go po kieszeni, to na pewno, ale jeśli to ma mu pomóc, to niech  tak będzie.
- Taki ze mnie Krakus, jak z ciebie z warszawiak - prychnąłem złośliwie.
Zmrużył oczy. Czyżby był wściekły? Wyciągnął w moją stronę palec wskazujący.
- Przestań zachowywać się, jak debil - wtrącił z uśmiechem Arek. - Przecież to prawda.
- No, znalazł się "słoik" - odparował Jarek. - A ciebie - zwrócił się do mnie - kopę lat nie widziałem. - Padliśmy sobie w ramiona i wymieniliśmy mocnymi uściskami. Musiałem stanąć na palcach, żeby objąć tego wikinga. - Co tam w zaściankowym Krakowie? Krakowskie pedały wysłały cię tutaj na przeszpiegi.
- Widzę, że ktoś zna nasze niecne plany podboju i obrócenia w proch warszawskiego światka gejowskiego.
- Zatem serdecznie witamy i w imieniu reszty naszej stołecznej społeczności życzę powodzenia w akcji - rzekł z uśmiechem. - A tak na poważnie, co u ciebie? Fajnie, że wreszcie jesteś. Trochę trzeba było na ciebie czekać.
- Wybacz, ale wcześniej nie mogłem. Poza tym okazji nie było, teraz się nadarzyła, więc pomyślałem, żebyśmy się spotkali. I oto jestem - rozłożyłem dumnie ręce.
W ruch poszła wódka, którą Arkadiusz zakupił dzień wcześniej i która spędziła dwadzieścia cztery godziny w zamrażalce. Skąpe drinki wprawiły nas w dobry humor. Na tyle jednak było przyjemnie, że kiedy Jarek wkroczył z pytaniem o Artura, opowiadanie o nim, całej historii z jego nagłym odejściem i podwójnym życiem, które prowadził na boku, nie wywołało żadnych emocji.
- Jebany skurwiel - podsumował go Jarek.
- Nie wart uwagi - dodał spokojniej Arek.
- Gdybym takiego spotkał na swojej drodze - Jarek zacisnął pięści - sprałbym jego mordeczkę.
- Póki co go nie widziałem, więc nie wiem, gdzie przebywa i jak ci go podesłać - odparłem.
- Tak jak ci wspominałem - rzekł Arek - jestem zdania, że lepiej, że go nie spotykasz.
- Jak się ogólnie czujesz?
- Ogólnie? - wzruszyłem ramionami. - Ogólnie jest dobrze. Nie myślę o nim. Wyrzuciłem go z pamięci i zacząłem na nowo żyć.
- Brawo! - przyklasnął Jarek. - Zatem dzisiaj idziemy się bawić na miasto.
- Dokąd? - zapytałem.
- Do Toro! - zawołał. - Zbierajcie się. Zrobimy sobie jeszcze spacer po mieście.
Nim się zebraliśmy, musiałem się odświeżyć. Nie miałem przy sobie ciuchów na zmianę, a trochę połaziliśmy z Arkiem po mieście. Upał dał się we znaki, więc zimny prysznic był wskazany. Skorzystałem z zasobów perfum, dezodorantów i innych gadżetów Arka, by wyjść z łazienki, niczym nowo narodzony.
Pół godziny później zanurzyliśmy się w miasto. Wolno snuliśmy się uliczkami, by wreszcie dotrzeć do celu, naszego portu przeznaczenia. Sam lokal nie zachęcał do odwiedzin. Usytuowany niby w centrum, ale warszawskie centrum jest prawie tak duże, jak cały Kraków. Wejście do klubu znajdowało się nieco z boku, od ulicy Zoli, tuż przy Marszałkowskiej. Stare mury wyglądające na pozostałości po jakiejś fabryce, odstraszały swym widokiem. Ale przecież nie przyszedłem tutaj podziwiać piękno warszawskiej architektury, a bawić się.
Właściwa część, ta przeznaczona do tańczenia znajdowała się na piętrze, gdzie prowadziła ohydna, zagrzybiała klatka schodowa. Kurde, przecież Cocon niewiele lepiej wygląda, skarciłem siebie w myślach. Znalazłem się w Warszawie i już będę oceniał wystrój lokalu. W środku zebrała się już spora grupa osób. Przepychając się, dotarliśmy do baru. Jarek zamówił dla każdego z nas po jakimś czarodziejskim specyfiku z odrobiną mocnego alkoholu. Nie wiem, co to było, ale smakowało wybornie.
- Idziemy na dół? - Arek huknął mi do ucha, próbując przekrzyczeć muzykę.
Na dół, znaczyło drugi "torowski" bar, część dostępna tylko dla męskiej rzeszy. Kobiety nie miały tam wstępu. Mieściły się tam darkroomy, wydzielone na seks kabiny, loże, gdzie wyświetlano filmy porno oraz istne ciemne labirynty, w których można było się zgubić. Mroczna część Toro już raz odwiedziłem. Z Arturem. Pamiętam, jak trzymając się za ręce snuliśmy się po ciemnych pomieszczeniach, w których unosił się zapach moczu i spermy. Macki napalonych mężczyzn chwytały za krocza przechodzących chłopaków. Tak naprawdę nigdy nie wiedziałeś, kto i za co cię złapie. A mimo to takie spacery po lochach Toro wywoływały dreszczyk emocji.
Na samo wspomnienie tamtych przeżyć i przygód, pała wywindowała szybko w górę. Naparła z całych sił na bieliznę. O nie, pomyślałem z lekkim grymasem. Mimo że to miłe wspomnienie, to jednak wciąż dotyczyło Artura. Lepiej nie prowokować losu.
- Zostanę tutaj.
- Ale tam możemy spokojnie porozmawiać - tłumaczył Arek.
- Nie zgwałcimy cię! - zaśmiał się Jarek.
- Nie dałbyś rady! - puściłem oczko.
Znów przystawił mi palec wskazujący.
- Chodź już! - Arek złapał go za rękę i pchnął przed siebie w stronę wyjścia. - Dołącz potem do nas.
Oparłem się o bar. Przystojny barman, z fryzurą zrobioną na podobieństwo Justina Biebera, uganiał się za ladą, przygotowując drinki dla spragnionych klientów. Nawet na mnie nie luknął, choć widział, że go bacznie obserwuję i podążam za nim wzrokiem krok w krok. Chyba nie jestem w jego typie. Cóż...
Nagle tuż obok pojawiła się długonoga blondynka w wysokich szpilkach, rozpychając się łokciami. Bąknęła, że tu stała. Popatrzyłem na nią dziwnie i odszedłem kilka kroków. Tak sobie wówczas zacząłem myśleć, patrząc na te warszawskie buźki, że może właśnie tutaj czeka na mnie miłość. Skoro w Krakowie nie wyszło, w Zakopanem otarło się o lekki romans, to może Warszawa przyjmie pod swoje skrzydła. Więcej facetów, więcej gejów, więcej możliwości, większy wybór. Bo w Krakowie to wszyscy zamknięci w hermetycznym światku, w grupkach, do których obcy nie mają wstępu. I kiedy tak stałem, patrząc na roześmiane twarze, odczułem szarpnięcie za ramię i kobiecy głos.
- To on! - Blondynka, którą minąłem niedawno przy barze stała teraz z dwoma rosłymi gostkami i pokazywała na mnie palcem. - Obraził mnie. Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie nazwał.
Dostałem chwilowego wytrzeszczu gałek ocznych.
- Ja? - zapytałem zdziwiony. - Przecież ja panią nawet nie znam.
Kobieta jednak totalnie nie zwracała na mnie uwagi. Zarzuciła rękę na szyję napakowanego gościa, który mógł być jej facetem, i wciąż mówiła podniesionym tonem.
- Znasz go prawda? Powiedz, że go znasz.
- Nie, nie znam - zaprzeczył, patrząc na mnie z góry. Na mnie, na chuderlaka.
- Znasz go! - krzyknęła rozjuszona blondi.
O, kurwa!, przemknęło mi przez myśl. Tego jeszcze nie grali. Pierwszy raz ich na oczy widzę, a ta twierdzi, że jej boy koniecznie musi mnie znać.
- Znasz go! Albo on, albo ja! - Blondi nie spuszczała z tonu.
- Nie znam go!
- Ja też tej pani nie znam! - zabrałem wreszcie głos. - Minęliśmy się tylko przy barze, ale nie zamieniłem z nią nawet słowa!
- Zamknij się! - huknęła mi w twarz, aż cofnąłem się o krok. Po czym odwróciła się do swojego faceta. - Przecież mnie znasz - mówiła już dużo spokojniej. - On mnie obraził. Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie obraził.
Była bliska płaczu. Kurde! O co tej lasce chodziło? Pojebało ją zdrowo, czy coś innego jej odwaliło?
Postanowiłem się ulotnić. Ta sprawa nieprzyjemnie śmierdziała. Minąłem ich i ruszyłem do wyjścia. Ochłonę na świeżym powietrzu i wrócę do chłopaków. Jednak myśl o dziwnej blondynce, która wymyślała jakieś niestworzone opowieści, nie dawała mi spokoju./*
Ledwo usiadłem przy stoliku, a ona już się zjawiła. Wskazała mnie palcem. Jej przydupas podszedł do mnie. Poczułem, że robi się gorąco. Intuicja podpowiadała, że muszę spieprzać, póki jest jeszcze czas, ale rozsądek nakazywał zostać. Bo przecież nie jestem niczemu winien. Nie obraziłem tej gwiazdy. Nawet się do niej nie odezwałem.
- Jak ją nazwałeś? - Przypakowany przydupas syknął ze złości.
- Nie wiem o co tej pani chodzi - odparłem. - Nie znam jej. Nie zamieniłem z nią słowa.
Nim się spostrzegłem było już za późno. Zaciśnięta pięść goryla blondyny wylądowała tuż pod okiem. Siła uderzenia była tak mocna, że wyleciałem z krzesła wypuszczając z ręki szkło. Szklanka rozprysła się na kilka kawałków. Odczułem tak silny ból, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, co tak naprawdę zaszło. Zakręciło mi się w głowie, ale podniosłem się. A raczej ukląkłem, czując przeszywający ból pod lewym okiem.
W kolejnej sekundzie wokół zrobiło się zamieszanie. Doszło do przepychanek. Ktoś oberwał, ktoś padł na ziemię, poleciały przekleństwa. Na koniec usłyszałem głos wściekłej blondynki:
- Spierdalaj, pedale.
Chciałem się odwrócić, zobaczyć co się stało, ale nim to zrobiłem, ktoś chwycił mnie pod ręce i pomógł wstać. Byłem tak oszołomiony, że całkiem się poddałem.
- Chodź, opuszczamy ten lokal. - Mężczyzna, który mi pomagał, wyprowadził na ulicę i wsadził do taksówki, która stała przy klubie. Oko pulsowało z bólu, ale zdążyłem zauważyć na samochodzie reklamę Toro. - Za dużo wrażeń, jak na dzisiejszy dzień.
Spojrzałem na niego, by zobaczyć twarz człowieka o dobrym sercu. Tego się nie spodziewałem. Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć. On tutaj? On? Rzeczywiście, za dużo wrażeń. Zamknąłem oczy i skupiłem się na bólu. Może to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzę.

wtorek, 8 października 2013

Epizod 71.

- Matko! - Arkadiusz zatrząsł w posadach ogrody BUW-u swoim potężnym barytonem. Mimo to, jakiejś specjalnej euforii w nim nie było. Nie podskoczył ze szczęścia ani nie przyspieszył w przebieraniu nogami. Szedł wolnym krokiem, spokojnie, z rękoma w kieszeni, ale z wielkim bananem na ustach. - Filipie, ale się zmieniłeś. Normalnie bym cię nie poznał.
Wpadliśmy sobie w objęcia po długim okresie niewidzenia się. Męski zapach wody toaletowej połechtał nozdrza. Aż miło się zrobiło.
- Tak się cieszę, że cię widzę - powiedziałem, nie kryjąc zadowolenia.
- Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, kiedy do mnie zadzwoniłeś z wiadomością, że zawitasz do Warszawy! - rzekł Arek. - Ile lat się nie widzieliśmy?
- Będzie ponad dwa lata - wzruszyłem ramionami, próbując na szybko dokonać obliczeń w pamięci. Niestety z moją matematyką na szybko jest kiepsko, więc nie mogłem doprecyzować konkretnie. W ogóle matematyka to dla mnie kosmos. - Coś koło tego.
- Będzie. - Arek potwierdził skinieniem głowy. - W tym roku miną dwa lata.
Poznaliśmy się w Krakowie, jakieś trzy lata temu, skoro ostatnio widzieliśmy się przed dwoma laty. W tamtym okresie Arkadiusz pracował w głównej siedzibie agencji reklamowej w Warszawie, ale został wydelegowany na parę dni na szkolenie do stolicy Małopolski. Dość szybko znaleźliśmy wspólny język, zapałaliśmy do siebie sympatią, więc dla ułatwienia kontaktu wymieniliśmy się numerami telefonów. Oczywiście, Arkadiusz był z branży. Nie krył się z tym, choć patrząc na niego, nikt nigdy nie podejrzewałby go o skłonności homoseksualne. Może dlatego taka rzesza kobiet ciągle się koło niego kręciła. Niby nie jest znowu taki przystojny, ale jednak swój urok ma. Coś w nim jest, co przyciąga uwagę i kobiet, i mężczyzn. Razem z Arkiem stworzyliśmy zdrową przyjacielską atmosferę, bez żadnych łóżkowych ekscesów. Po prostu dwie bratnie dusze, które się rozumiały.
Rok temu Arkadiusz odszedł z agencji. Tak sam od siebie złożył wypowiedzenie i przystawił pod nos zwierzchnikowi. Zadzwonił do mnie, obwieszczając tę przeradosną nowinę, używając przy tym tonę wulgaryzmów, chamskich zwrotów i mieszając z błotem kierownika swojego działu. Wreszcie cieszył się życiem. Powiedział, że jest wolny. Pomimo że zrezygnował z pracy, kontakt pozostał. Skromny, bo zaledwie ograniczony do kilku telefonów, paru SMS-ów i kilku maili.
Fryzury do tej pory nie zmienił. Nosił krótkie, brązowe włosy, regularnie przycinane. Czasami zakładał okulary w czarnych oprawkach, które dodawały mu powagi i wskazywały, że jest molem książkowym, tonącym i w książkach, i w papierach. Miał pociągłą twarz i wydatne kości policzkowe. Jego facet, Jaruś, mieszkający w Mińsku Mazowieckim lubił stroić sobie z niego żarty i mawiał, że wydłużona twarz Arka jest efektem zapłodnienia matki przez kosmitę.
- Jak ten czas zapierdziela - rzekłem z żalem. - Co tam u ciebie?
Usiedliśmy na ławce pośród zieleni. Idealne, spokojne miejsce, z dala od zgiełku wielkiego miasta. W sam raz na towarzyskie spotkania i rozmowy.
- Nie mogę narzekać - odparł z uśmiechem Arek. - I w życiu prywatnym, i w zawodowym układa się pomyślnie. Jest dobrze. Jaruś czasami daje popalić ze swoimi schizami, ale to chwilowe i mija.
- Przeprowadził się do Warszawy?
- Ciągle nad tym myśli. Ale chyba dobrze mu na garnuszku rodziców - Arek zaśmiał się w głos. - Ostatnio na niedzielę, akurat w porze obiadowej wpadła do nich na mieszkanie jakaś jego koleżanka ze szkoły. Jeszcze z czasów licealnych.
- Przypadkiem? - zapytałem zdziwiony.
- Niby przypadkiem. Mama Jarka zaprosiła ją na obiad. Potem okazało się, że to było ustawiona akcja. Ten niecny plan wymyśliła Helenka, żeby wyswatać swojego pierworodnego.
- Co ci rodzice mają z tym swataniem? Przecież te czasy dawno minęły.
- Pewnych nawyków nigdy się nie pozbędziesz.
- A w pracy? Jakiś awans?
Popatrzył na mnie podejrzliwie. Znał moją sprawę, bo pokrótce opowiedziałem mu, co zaszło w firmie i w jaki sposób szybko się mnie pozbyto.
- Moja praca to najmniejszy problem. Lepiej skupmy się na tobie.
- Arek, po prostu chcę wiedzieć, jak ci się układa.
- Jest dobrze - odpowiedział. - Lepiej mi powiedz, czy warto ufać temu prezesowi. Bo wiesz... jakoś nigdy specjalnie za nim nie przepadałem i w pracy wprowadzał taką dziwną atmosferę. Pojawiał się, to wszyscy się spinali i stali jak żołnierze w wojsku.
Coś na ten temat wiem. W końcu, kiedy wpadał do firmy, wszyscy staliśmy na baczność i czekaliśmy, aż łysa pała Roberta opuści budynek i odjedzie swoją limuzyną. Tak było w pracy. Ale prywatnie...
- Prywatnie jest całkiem fajną osobą - rzekłem z uznaniem. Już oczami wyobraźni widziałem go na peronie, jak stał i czekał na mój przyjazd. Wyglądał obłęd. Gdyby był homosiem, pewnie schrupałbym go na powitanie. A właśnie w sprawie pewnego homosia, Kamila, miał mi pomóc odzyskać reputację, dobre imię i powrót do firmy. - Możesz mi wierzyć, że bałem się tego spotkania dzisiaj. Sam na sam, z nim, na peronie. Nie wiedziałem ani o czym będziemy rozmawiać, ani jak.
- Podoba ci się?
Arek zaskoczył mnie tym pytaniem. Wybuchnąłem śmiechem.
- Żartujesz sobie? - Nie kryłem oburzenia. - Oczywiście, że mi się podoba - dodałem szybko, przywdziewając szeroki uśmiech. - Jest obłędnie przystojny. Ma tribala na ramieniu, mega pięknego i podniecającego. Uwielbiam facetów z tatuażami. Szkoda tylko, kurwa, że akurat ten jest heterykiem. Gdybyś go widział... - Rozmarzyłem się na moment, przywołując w pamięci widok z peronu. - W garniturze wygląda obłęd. Widzę, że mam jakiś fetysz na punkcie garniaków, ale - machnąłem szybko ręką - bez dresscode'u to już orgazm na całej linii.
- Musisz cyknąć mu fotkę i mi przesłać - zaśmiał się Arek.
- Jak tylko mi się uda. Sam chętnie chciałbym mieć taką pamiątkę. Zdjęcie Roberta na pulpicie w telefonie. Mmm... Marzenie.
- Pomoże ci w odzyskaniu pracy? - Arek szybko sprowadził mnie na ziemię.
- Obiecał, że zrobi wszystko, co w jego mocy. Ma plan i obaj liczymy, że się uda. Ale wiesz co?
- Co takiego?
- Zastanawiam się, czy chcę wracać do tamtej pracy. Rozumiesz... Marek będzie krzywo na mnie patrzył, reszta pewnie też. Fama, że rzekomo jestem pedałem, pewnie już rozeszła się po firmie. W tej kwestii to nawet sprzątaczki zapewne szepczą o mnie po kątach. Dla nich stałem się swego rodzaju celebrytą. Jak się tam zjawię, będę pokazywany palcami, każdy będzie chciał ode mnie autograf i "słit focię" z ręki. O pedał, pedał! - spróbowałem naśladować jedną z pań sprzątających o skrzeczącym głosie.
Spojrzałem przed siebie. Pałac Kultury i Nauki ostrym końcem ciął błękitne niebo. Stał na straży i spoglądał na stolicę. Obok piętrzyły się pozostałe wieżowce. Wielki i niepokonany Marriott, Żagiel - kolejny biurowiec, który wyrósł w centrum miasta. Podobało mi się tutaj. Będąc tutaj, w Warszawie, czułem taką dziwną ulgę i spokój.
- Czy chcę w ogóle wracać do Krakowa... - Dodałem ciszej.
- Nie chcesz? - Arek spojrzał na mnie pytająco.
- Jestem w Warszawie od paru godzin, a czuję się, jakbym był tutaj od zawsze.
- Podoba ci się tutaj, po prostu - rzekł z uśmiechem Arek. - Tylko co z Arturem? Zostawisz go tam?
No przecież Arkadiusz nie znał zakończenia bajki o dwóch krakowskich pedałach, królu Arturze i księciu Filipie.
- Nie jesteśmy już razem.
Arek milczał. Patrzył na mnie z niedowierzaniem i przerażeniem w oczach i milczał.
- Ale byliście szczęśliwi! - rzekł z zauważalną pretensją w głosie.
- Byliśmy, dobrze powiedziane. Czas przeszły dokonany.
- Przejdziemy się? - zaproponował Arek. - Widzę, że dużo się u ciebie podziało. Opowiesz po kolei.
Przystałem na propozycję spaceru.


Opuściliśmy teren BUW-u. Opowiedziałem Arkowi całą historię o Arturze, włącznie z każdą kłótnią, która miała miejsce, nie pomijając żadnych szczegółów o co wówczas szło. Co do joty! Nawet wspomniałem o jego podwójnym życiu.  Dodałem również najświeższe informacje, które dostarczył mi Przemek. Co prawda nie znałem sprawy dokładnie, nie wiedziałem co takiego odkrył, ale na pewno nie wróżyło to nic dobrego. Póki co, nie zaprzątałem sobie tym głowy. Kiedy do Krakowa i spotkam się z Przemkiem, dowiem się wszystkiego.
Arek szedł obok i słuchał. Nie przerywał. Milczał, niczym zaklęty głaz. W tym momencie wystarczyła mi sama jego obecność. W duchu cieszyłem się i czułem jednocześnie ulgę, że mogłem jeszcze raz zrzucić ten ciężar z siebie. A Arek tak spokojnie wziął go ode mnie.

czwartek, 3 października 2013

Epizod 70.

- No, niezła hacjenda - kiwnąłem głową z podziwem, przekraczając próg nowocześnie urządzonego mieszkania na Mokotowie. Taszcząc walizkę za sobą wszedłem do całkiem sporego salonu połączonego z kuchnią. - Mieszkasz tutaj, jak król. Ostatnie piętro i pewnie zajebisty widok na Warszawę.
- Mnie się podoba - potwierdził z uśmiechem Robert.
- Sam urządzałeś? - wskazałem na dobór eleganckich mebli. Broń Boże nie zajeżdżało Ikeą. Nic nie miałem do szwedzkiego producenta, przecież w końcu to mieszkanie w Krakowie urządziłem w ich stylu. Nie moje własne, ale wynajmowane.
- Dekorator wnętrz tutaj był, ale wcześniej architekt zrobił projekt i wizualizację. - Robert dumnie spojrzał na czarno-białe antyramy ze zdjęciami stolicy nocą. Zatrzymane chwile, uchwycone ujęcia dodawały temu mieszkaniu nie tyle surowego wyglądu, co szacunku do tego miasta. Patrząc na ogromne piksele, miałem wrażenie, jakbym się zanurzał w zdjęcie.
- Aha, dekorator wnętrz - zacisnąłem usta. Niektórych stać na taki luksus. - Ładnie - dodałem szczerze.
- Ale jakoś dziwnie zareagowałeś na początku.
Kurde, no! Robert zauważył, że ukłuła mnie zazdrość, kiedy powiedział, że to wszystko to projekt grupy ludzi, którzy są w tej dziedzinie specjalistami. A ja muszę sobie sam urządzać, bo nie zarabiam kokosów.
- Bo stać cię na dekoratora i architekta.
- Masz żal do mnie? - zapytał zdziwiony.
- Nie - poprawiłem się szybko. - To bardziej złość na siebie samego, że nigdy nie będzie mnie stać na takie luksusy. No, ale nieważne.
Usiadłem na kanapie. O Dżizas, jaka wygodna. Miękka, super się siedzi, można w niej zasnąć. Robert chyba zauważył, że spodobał mi się mebel wypoczynkowy, więc szybko zareagował.
- Jako że jesteś moim gościem, śpisz w sypialni na górze.
- O nie! - zaprzeczyłem.
- Bez dwóch zdań - wszedł mi w słowo. - Jesteś moim gościem i twoja jest sypialnia.
- Dzięki wielkie, ale właśnie dlatego, że jestem twoim gościem i mi pomagasz w zemście na Kamilu, ja śpię tutaj, ty u siebie. Nie ma żadnej zamianki.
- Głupio mi będzie. Weź nawet tak nie żartuj.
- Trudno - wzruszyłem ramionami - to będzie twój problem. Nie znasz mnie nawet, a przygarniasz pod dach i pomagasz. To naprawdę wystarczy.
- No ok. - Dość szybko się zgodził. - Ale jak ci będzie niewygodnie, dajesz mi od razu znać.
- W porządku.
Robert zaproponował szklankę soku. W taki upał, jak dziś, zimne napoje wskazane.
Niespodziewanie poczułem wibracje w kieszeni, a już po chwili zaczął docierać stłumiony dźwięk piosenki "Sexualna". Wiem, żenada, ale mnie się podoba. Szybko wyjąłem smartfona. Przemek. On? Jego akurat się nie spodziewałem. O Jezusie!, przecież zapomniałem do niego zadzwonić i streścić wesele Margaret i Pawła. Na pewno był ciekaw, jak się potoczyły losy młodej pary. A raczej tej komedii, której finał okazał się bardziej zaskakujący niż sam mogłem się tego spodziewać. Mało tego - nic nie pamiętałem z tamtego incydentu i jak na złość pamięć nie chciała wracać. Może to i dobrze, bo przynajmniej nie wiem kto zaczął - czy ja, czy może mój przyjaciel. Sorki, były przyjaciel. Znając temperament Pawła i jego stosunek do gejów, groził mi solidny wpierdol. Lepiej więc nie wiedzieć.
Ściskając telefon w dłoni, wyszedłem na balkon. Nie, to nie był balkon. To taras. Duży, z drewnianym stolikiem, cztery krzesła, ogromny parasol, chroniący przed słońcem. Utwór Mirami towarzyszył mi, aż zlał się z gwarem wielkiego miasta. Rozbrajała mnie ta wielkość stolicy. Te wieżowce, bloki mieszkalne sięgające prawie nieba, pęd ludzi. Działało to na mnie i nieźle jarało. Jeśli wcześniej, w czasie podróży do Warszawy, przeżywałem wątpliwości co do przyjazdu tutaj, tak teraz cieszyłem się niczym dzieciak z przedszkola, który wpadł na plac zabaw, by poszaleć na huśtawkach. Gorące i duszne powietrze uderzyło z wielkim impetem. Jednak chmury, które jakiś czas temu zalegały niebo, po prostu się rozeszły. Błękitne niebo i niesamowity żar. A do tego w centralnym punkcie wielka kula światła.
- Słucham cię, Przemku - przywitałem się nad wyraz serdecznie. W te naciągane serdeczności wkradła się nutka ironii.
- Cześć Filipie. Możesz rozmawiać? Nie przeszkadzam?
- Właściwie... - odwróciłem się i spojrzałem przez okno. Miałem nadzieję, że zobaczę co porabia prezesik, ale przez to światło gówno zobaczyłem. Znaczy się ujrzałem swoje odbicie, ale szczegółów wnętrza urządzonego przez dekoratora wnętrz nie zauważyłem. - Nie, nie przeszkadzasz. Wiem, że nie dzwoniłem. Przepraszam cię, ale trochę się porobiło. Pewnie chcesz wiedzieć, jak po weselu?
- Weselu? - zapytał zaskoczony.
- No, Pawła i Lady Margaret. - Zapomniał, że byłem na weselu. U niego to możliwe. Cały on, żyjący w swoim komputerowym świecie i szpiegujący wszystkich kogo tylko się da.
- Aaa! - zaskoczył szybko. - Wyleciało mi z głowy, że byłeś na weselu. Ale ja nie dzwonię w sprawie wesela.
Jak zawsze szczery. Cały Przemuś.
- Tylko w jakiej? - zapytałem zaskoczony.
- Mam dla ciebie solidną dawkę informacji. Kiedy się dowiesz, usiądziesz z wrażenia i zwątpisz.
- Jakie informacje? Przecież o nic cię nie prosiłem.
- A wiesz z nudów trochę poszperałem w internecie.
- Ty dwadzieścia cztery godziny spędzasz w sieci. Ciągle szperasz. Jakie masz informacje?
- Lepiej, żebyśmy się spotkali - zaproponował Przemek.
Wypuściłem głośno powietrze i wyjrzałem przez balustradę. Wysoko. W oddali dumnie wznosił się Pałac Kultury i Nauki, komunistyczna budowla, jeden z symboli współczesnej Warszawy. A Kraków był teraz tak daleko. Ponad trzysta kilometrów, ponad trzy godziny jazdy pociągiem, pięć autobusem. Nie, nie miałem zamiaru tam wracać. Nie w najbliższych kilku dniach.
- Raczej to niemożliwe - odparłem. - Nie ma mnie w Krakowie.
- Gdzie jesteś?
- W Warszawie. Odpoczywam.
- A urlop! - Myślał, że zgadł. Nie będę go wyprowadzał z błędu.
- Coś w tym stylu. No, ale skoro nie chcesz powiedzieć o szczegółach, to chociaż powiedz kogo dotyczą? Dowiedziałeś się czegoś nowego o Pawle albo o Margaret?
- Nie. O Arturze.
Artur. Artur. Artur. Ciągle tylko Artur i Artur. Nie byliśmy ze sobą już od kilku miesięcy, rozstaliśmy się tak po prostu, kiedy wyszedł z mieszkania i już więcej nie wrócił. To znaczy wrócił, ale pod moją nieobecność, żeby zabrać swoje rzeczy. Po czym zniknął. I tyle o nim słyszeli. Pobolało, trzymałem się dzielnie, ale przeszło, kiedy przypadkiem dotarły do mnie wieści, że mój Arturo nie do końca był mój. Dzielił się sobą między mną a Oskarem. Może i jeszcze oprócz nas miał kogoś na boku. Ciężko to sprawdzić. W każdym razie obiecałem sobie, że nie będę szukał z nim kontaktu. Aż tu takie wieści od Przemusia dostaję.
- Przemek, dobrze wiesz, bo już ci kiedyś wspominałem, że nie chcę mieć z tym człowiekiem nic do czynienia. Rozstaliśmy się.
- Ale wydaje mi się, że jednak powinieneś to wiedzieć.
Poniekąd rzeczywiście chciałem poznać informacje, które odkrył Przemek. Tylko po co wracać do przeszłości i znów rozdrapywać rany? Naprawdę warto, skoro jestem już na prostej? Coś jednak pchało mnie, by poznać tajne wiadomości o Arturze.
- No dobra, mów co masz - zgodziłem się.
- Nie. Jak wrócisz do Krakowa, spotkamy się i zobaczysz to na własne oczy. Inaczej nie uwierzysz.
Rozmowa z Przemkiem coraz bardziej stawała się intrygująca. Artur, oprócz tego, że prowadził i uwielbiał prowadzić podwójne życie, miał na dodatek jeszcze jakąś skazę w życiorysie. Co to mogło być?
- Nie możesz nawet uszczknąć rąbka tajemnicy o nim?
- Nie - odparł stanowczo. - Zobaczysz, jak wrócisz do Krakowa. Wypoczywaj. Do zobaczenia.
- Pa.
Tylko nie wiem czy ja chciałem wracać do Krakowa. Póki co, tutaj, w Warszawie było mi dobrze.
Zgasiłem smartfona i schowałem go do kieszeni. Odwróciłem się. W drzwiach balkonowych stał prezesik, trzymając przed sobą tacę z zimnymi napojami. Zamarłem z przerażenia. Ciekawe, jak długo stał i ile słyszał?
- Długo stoisz? - Wymusiłem na twarzy sztuczny uśmiech. Jeśli dowie się, że jestem gejem, przepadnę i nie pomoże mi w zemście na Kamilu. W najgorszym wypadku pozbawi mnie noclegu w tym luksusowym, pięciogwiazdkowym apartamencie. I tyle zażyję tego dobrego.
- Czekałem, aż skończysz rozmawiać. Soku?
Wybrnął. Może jednak nic nie usłyszał.

poniedziałek, 30 września 2013

Epizod 69.

Warszawa.
Pociąg interREGIO wjechał na peron. Ludzie w przedziale zebrali się już przy wyjściu z przedziału i tłoczyli się razem z innymi w korytarzu. A ja wciąż siedziałem i myślałem. Tak jak rozkminiałem moją podróż do stolicy przez ostatnie trzy godziny. Nic nie uległo zmianie, wciąż tkwiłem w tym dziwnym zawieszeniu. Zastanawiałem się, czy na pewno podjąłem właściwą decyzję, decydując się na wyjazd do Warszawy? Szczerze, po co mi on?
Lokomotywa zwolniła pęd i zaczęła hamować. Z okna przedziału, w którym miałem miejsce widziałem tłum ludzi, przechadzających się po peronie.
Uciekłem. Tak, to była ucieczka z Krakowa. Po ostatnich niepowodzeniach, potyczkach i problemach, które mnie spotkały, zdecydowałem się na ucieczkę. Jak najdalej. Może Warszawa nie leży zbyt daleko od Krakowa, ale nadarzała się okazja. Prezes Robert Such obiecał pomoc w odegraniu się na Kamilu, który niesłusznie oskarżył mnie o pobicie i domniemany gwałt. Dzięki jego szalonemu pomysłowi miałem zostać oczyszczony z zarzutów i przywrócony do łask. Musiałem tylko wyrazić chęć współpracy. Trochę minęło nim podjąłem decyzję o wyjeździe. Nie chciałem wracać do wydarzeń, które rzekomo zaszły w Zakopanem podczas feralnego szkolenia. Jednak po przejściach, po zawiłych przygodach z Wiktorem, Damianem i Pawłem, po wylocie z pracy, nie miałem już nic do stracenia. Zadzwoniłem więc do prezesa z Warszawy i powiedziałem, że przyjeżdżam. Zaoferował nocleg u niego w mieszkaniu. Trochę to dziwne mi się wydało, ale przystałem na jego propozycję. Nie stać mnie na drogi hotel, a tak naprawdę nie wiedziałem nawet ile dni spędzę w stolicy. Do Krakowa nie spieszyło mi się z powrotem. Nie miałem do czego ani do kogo wracać.
Po łóżkowym incydencie z Pawłem nie odbierałem telefonów od nikogo. Dzwonił. Próbował się skontaktować, ale w obawie o swoją szczękę i chroniąc błonę bębenkową przed potokiem słów, nie odebrałem ani jednego połączenia. A dzwonił przez trzy dni z rzędu po kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy dziennie. Wtedy podjąłem szybką decyzję o wyjeździe do Warszawy. Stąd kolejny weekend spędzałem w stolicy.
Koła z piskiem zatrzymały skład przy peronie. Ludzie ruszyli do wyjścia. Co ja tu robię?, wciąż przewijała mi się po głowie niespokojna myśl. Czy na pewno tego chcę? Znowu mieszać. Ale z drugiej strony pomysł prezesa może wypalić, a moje imię zostanie oczyszczone. Nikt nie będzie na mnie patrzył, jak na zboczeńca. Maruś będzie musiał mnie z powrotem przyjąć do agencji. Ale czy warto wracać pod ten sam dach, gdzie najadłem się tyle wstydu przez jednego idiotę? A może warto pomyśleć o zmianie miejsca zamieszkania. Warszawa? Więcej możliwości, więcej prywatności i anonimowości. Czemu nie?
Chwyciłem walizkę i ruszyłem za średnio przystojnym chłopakiem, który siedział ze mną w przedziale i całą podróż grał w Angry Birds na tablecie. Nic szczególnego, ale w jego oczach można było dostrzec błysk i fascynację grą. Zerkał dyskretnie w moją stronę, jakby starał się nawiązywać kontakt wzrokowy. Mnie jednak nie w smak było nawiązywanie przygodnych znajomości, na trzy godziny. Wolałem oddać się kontemplacji nad tym, czy słusznie zrobiłem wyjeżdżając do Warszawy. Słusznie? Nadal nie byłem pewien.
Na peronie dostrzegłem łysą pałę prezesa Sucha. Aż zamarłem z wrażenia, kiedy go zobaczyłem. Do tej pory zawsze widziałem go ubranego w elegancki garnitur najlepszej marki, wyprasowane spodnie, świetnie dopasowaną koszulę i krawat, z miażdżącym zapachem wody toaletowej. Idealny dress code. W końcu to prezes na całą Polskę. Dziś jednak, w sobotnie południe przyszło mi patrzeć na człowieka, który ani trochę nie przypominał tamtego człowieka. Modne tenisówki, stopki, krótkie spodenki zaledwie zasłaniające owłosione uda, nieco wyżej koszulka z krótkim rękawem podkreślająca mięśnie i odsłaniająca tribala na lewym ramieniu. A tatuaże mnie podniecały! I ten nie pozostał mi obojętny, bo od razu poczułem, jak kutas twardnieje mi w spodniach. O Dżizus!, pomyślałem z przejęciem. Oto mam mieszkać z prezesem agencji reklamowej pod jednym dachem, który na dodatek ma seksowny tatuaż. Nie na takie gratisy się pisałem. Owszem, przemknęło mi przez myśl, że skoro będę w Warszawie, to mogę zabawić się w Toro. To miał być ten gratisik, ale nie Robert Such. I czemu on ma tatuaż? O Dżizas!
- Cześć - podszedł do mnie z uśmiechem. - Pozwól, że ci pomogę. - Wziął ode mnie walizkę i postawił na peronie. Zamiast się ruszyć stałem w wejściu do wagonu i patrzyłem na jego proporcjonalnie zbudowaną i ukształtowaną sylwetkę. Rusz się, do kurwy nędzy!, krzyknąłem do siebie w myślach.
- Coś się stało? - zapytał speszony. - Idziesz?
On zwraca się do mnie per "ty". To w takim razie, jak ja mam się zwracać?
- Tak - odparłem.
Podążyłem za nim. O Boże!, jęknąłem w duchu. Pewnie zauważył, że się na niego lampię. I od razu będzie wiedział, że jestem gejem. A na dodatek skończonym pedałem, którego przygarnął pod swój dach na parę dni.
- Jak ci minęła podróż? - zapytał, kiedy stojąc na ruchomych schodach wjeżdżaliśmy na poziom wyżej. Znów zwrócił się do mnie per "ty". Ale dziwna sytuacja.
- Dobrze - powiedziałem prawdę. - Trochę się dłużyła, ale do wytrzymania. Mam nadzieję - i tu chciałem zaskoczyć prezesa Sucha zwróceniem się do niego oficjalnie - że nie zburzyłem panu weekendowych planów, panie prezesie.
- Mów mi Robert.
Że co? Czyli jednak chciał zamienić oficjalne zwroty na te w przyjacielskim tonie.
- Ale pan jest moim szefem - zaoponowałem szybko.
- Raczej byłem - zaśmiał się bez żadnej złośliwości. Bardziej wyglądało to na sympatyczny odruch i zniesienie tej ciężkiej bariery dzielącej szefa od podwładnego. - Przecież już nie pracujesz w agencji.
- W sumie to prawda.
- Czyli masz się do mnie zwracać po imieniu. Jestem Robert.
- Miło mi. Filip.
Znieśliśmy oficjalne zwroty. Bariery, jakby pękły, choć nadal czułem się trochę dziwnie.
Robert prowadził mnie w stronę wyjścia z miasta. Podobno gdzieś tam na powierzchni stał jego służbowy citroen C5.
- Mam nadzieję, że mój plan przypadł ci do gustu. To chyba dobry pomysł.
- Powinien wypalić - potwierdziłem.
Warszawa przywitała mnie żarem lejącym się z nieba, piekielnym słońcem, które królowało nad miastem i niewyobrażalną spiekotą. Zapowiadało się na burzę, bo już na horyzoncie pojawiły się burzowe chmury. Mimo to wszędzie było pełno ludzi. Całe ich mnóstwo śpieszyło we wszystkich kierunkach. Gdzie? Po prostu przed siebie. Kiedy tak się rozglądałem, kiedy moje oczy błądziły wokół, kiedy próbowałem skupić wzrok na czymś stabilnym, moim oczom ukazał się wieżowiec. Słynny hotel Marriott. Wspinał się pionowo w górę, prosto do nieba.
- Wow! - Zdjąłem okulary przeciwsłoneczne i spojrzałem na piętrzący się przede mną budynek. Niepokonany. Wspaniały. - Wow!
- To tylko Marriott - zaśmiał się Robert. - Wsiadaj.
Wskazał na citroena, stojącego na poboczu. Wsiadłem i utonąłem w skórzanym fotelu. Temperatura była tutaj o wiele niższa. Klima działała. Nim odjechaliśmy wciąż patrzyłem na ten wieżowiec. Co było w nim takiego szczególnego, oprócz kupy żelastwa, szkła i jakichś tam dodatków? Nie wiem. Ale mnie fascynował i dosłownie nic nie mogłem na to poradzić.

niedziela, 29 września 2013

Epizod 68.

Na początku była ciemność. Nie widziałem nic, nawet własnej ręki. Miałem dziwne uczucie, że poruszam się po omacku, choć nie zrobiłem ani jednego kroku. Chwiałem się, a raczej ciążyło na mnie wrażenie, że wszystko wokół się kręci. Taki pijacki helikopter.
Otworzyłem oczy. Aż nazbyt gwałtownie, bo pomieszczenie, w którym się znajdowałem zaczęło szybciej wirować. Zacisnąłem powieki. Tak, tak jest o wiele lepiej. Uspokoiło się, więc z wyczuciem otworzyłem je jeszcze raz. Patrzyłem w sufit. Przez okno wdzierały się promienie słoneczne. Trzeba wstawać. Jak tylko o tym pomyślałem, poczułem ból, tam w dole. O Jezu, mój tyłek, jęknąłem. Co jest grane? Pewnie się gdzieś przewróciłem i niefortunnie wylądowałem na czterech literach. Mrużąc oczy i przyzwyczajając je do panującego ostrego światła, odrzuciłem kołdrę i wstałem z łóżka. Zakręciło mi się w głowie i runąłem na puszysty dywan. Moja twarz utonęła w czarnych spodniach od garnituru. I kiedy tak leżałem sobie na podłodze, jak gdyby nigdy nic, usłyszałem dobiegające z oddali charczenie.
Wstałem szybko na równe nogi. Tym razem utrzymałem pionową pozycję. Nasłuchiwałem. Charczenie było wyraźniejsze, a to oznaczało, że nie jestem sam. Rozejrzałem się po pokoju. Puste ściany, podstawowe wyposażenie, telewizor LG pod sufitem. Gdzie ja, kurwa, jestem? To na pewno nie moja skromna kawalerka. Nadal kręciło mi się w głowie, a w powietrzu unosił się zapach sfermentowanego alkoholu. Musiałem wczoraj solidnie popić. Na stoliku pod ścianą stały opróżnione butelki wódki, jakieś soki, woda mineralna otwarta. Brałem udział w jakiejś imprezie? Czemu nic nie pamiętam? Czemu mam taki mętlik w głowie? I czemu do cholery jestem nagi, jak Adam w raju?
Charczenie nie ustawało. Ostrożnie odwróciłem się do okna. W wielkim łóżku spał mężczyzna. Leżał na brzuchu, więc nie widziałem jego twarzy, ale to on wydawał ten charakterystyczny dźwięk. Wniosek z tego, że zarwałem jakiegoś kolesia, wypiliśmy trochę wódki, wypaliliśmy sporo papierosów, a potem wskoczyliśmy do łóżka. Uśmiechnąłem się do siebie. Czyli jeszcze ze mnie jest ogier, skoro mi się udało i nie przejmuję się porażkami uczuciowymi związanymi z Damianem i Wiktorem. Niech żałują panowie, że mnie odrzucili. Znalazł się taki jeden tutaj śpiący, który to docenił. Pozostało tylko sprawdzić kto to jest. Umięśnione bary unosiły się przy każdym wdechu, a opalona skóra kusiła, by się w nią wgryźć. Ale przede wszystkim nie mogłem stać taki nagi. Powłócząc nogami, znalazłem swoje bokserki pośpiesznie rzucone wczoraj, kiedy zabierałem się za tego przystojniaka śpiącego w łóżku. Założyłem je, by zakryć swoją męskość i naciągnąłem spodnie od garnituru.
Tajemniczy mężczyzna drgnął niespokojnie. Przeciągnął się i ziewnął głośno. Coś tam mamrotał niewyraźnie pod nosem. Dziwne, jakby znajomy głos. Kogo ja zarwałem w Coconie? Może jakąś telewizyjną gwiazdę. Celebryta zaprosił mnie do siebie, do pokoju w hotelu, gdzie wypiliśmy prawie dwie butelki wódki, po czym oddaliśmy się wspólnym przyjemnościom. Skoro boli mnie tyłek, to musiałem dać mu się zerżnąć? Ja, aktyw! Ja pierdolę, że też nic nie pamiętam. Zbliżyłem się ostrożnie do łóżka.
- Kurwa, ale mam kaca - zaklął ochrypłym głosem mężczyzna.
W jednej sekundzie zamieniłem się w słup soli. Zamarłem z przerażenia. Kiedy w miarę się opanowałem, rozejrzałem się dyskretnie po pokoju. Dostrzegłem ciuchy chłopaka, leżące na dywanie. To nie mogła być prawda. Chciałem, żeby wzrok mnie mylił, ale to, co widziałem nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Na poręczy krzesła leżała odświętna marynarka, na podłodze walała się biała koszula, krawat i spodnie. Te ciuchy już gdzieś wcześniej widziałem. Boże, czemu ja tak dużo piłem i teraz nic nie pamiętam.
Przyglądałem się, jak wysportowany chłopak wierci się w pościeli. Kołdra odsłoniła biodro. Ciekawe czy ma coś na sobie? Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. Ostrożnie pociągnąłem za poszwę, która zjechała niżej, ukazując oczom zgrabny pośladek. Jednak moja "nocna przygoda" była naga. Odwrócił się i spod półprzymkniętych powiek spojrzał na mnie. Krzyknąłem, niczym oparzony i odskoczyłem do tyłu.
- O Jezusie Nazarejski! - zawołałem przerażony. - O Jezusie kochany!
W łóżku leżał Paweł. Nagi, naguteńki, jak go Pan Bóg stworzył. Pościel ledwo zasłaniała jego przyrodzenie. Paweł otworzył szeroko oczy i usiadł na materacu.
- Filip, czemu wrzeszczysz? - Był poirytowany. - I czemu do kurwy nędzy boli mnie dupa? Ile wczoraj wypiliśmy?
Stałem i milczałem. Do mojego otępionego przez alkohol umysłu docierała świadomość, że oto ostatniej nocy zerżnąłem mojego najlepszego przyjaciela, a Paweł odwdzięczył mi się tym samym. Nie, to niemożliwe! To nie może być prawda. Jakim cudem? Przecież Paweł jest heterykiem! Wczoraj miał wziąć ślub z Lady Margaret. Co prawda nie wyszło, zostawił ją przed ołtarzem, ale raczej nie dręczyły go wyrzuty sumienia, żeby z tego powodu dupczyć się ze mną. Nie miał doła. Raczej wyglądał na zadowolonego, że tak zakończyła się ślubna parodia.
Paweł spoglądał to na mnie, to rozglądał się po hotelowym pokoju. Przyjrzał mi się uważniej.
- Czemu jesteś przerażony?
- Pamiętasz co się wczoraj wydarzyło? - Mój głos drżał.
- A co miało się wydarzyć? - wzruszył ramionami.
- Zakryj się - wskazałem ręką na wyłaniające się spod pościeli przyrodzenie.
Zerknął niepewnie, a widząc, że rzeczywiście co nieco się odsłoniło, pośpiesznie naciągnął na siebie kołdrę. Potem znów spojrzał na mnie. Tym razem już nie był taki pewny siebie. Bardziej jego twarz wyrażała wściekłość. Tego właśnie się obawiałem.
- Czy my...? - Groźba kłótni zawisła w powietrzu.
- Skoro ciebie boli tyłek i mnie również... - zacząłem niepewnie. Jezu, to nie może być prawda.
- Wystarczy! - przerwał. Zaraz mnie pobije.
- O jacież pierdzielę - jęknąłem. - O kurwa mać!
Złapałem swoje ubrania i chwiejąc się na nogach podszedłem do drzwi.
- Wykorzystałeś mnie! - krzyknął Paweł.
Zatrzymałem się na moment, ale obawiając się, że zaraz oberwę w twarz od porywczego Pawła, otworzyłem drzwi na korytarz.
- Dokąd idziesz, pedale pierdolony? Skurwysynie!
Znów poczułem się, jakby ktoś dał mi w twarz. Ponownie byłem odrzucony i samotny. Nikt mnie nie rozumiał. Boże, do czego też musiało wczoraj dojść? Nawet się nie odwróciłem. Drzwi od pokoju zatrzasnęły się za mną. Stałem w korytarzu w samych spodniach z odsłoniętym torsem i boso. Ubrałem się pośpiesznie, by jak najszybciej opuścić hotel. I w ten sposób straciłem przyjaciela, który do tej pory, jako jedyny tolerował mnie i moją odmienną orientację. Ale tak, jak obiecał, że jeśli kiedykolwiek się do niego będę dobierał, oberwie mi się. I w sumie właśnie mi się dostało. Bo oto straciłem przyjaciela.

Epizod 67.

Całą drogę od mieszkania do kościoła narzekała. Słychać było tylko jej gdakanie, że suknia się pomnie i jak ona będzie wyglądać przed tak liczną publicznością. Przecież wszyscy będą patrzeć tylko na nią. Stwierdziła, że powinniśmy jechać dwoma samochodami, że nie pomyśleliśmy o tym. Zwłaszcza mnie się oberwało. Dlaczego akurat dwoma? Bo jest upał na zewnątrz, a w jednym samochodzie pięć osób to za dużo. Przecież ona się spoci i cały makijaż spłynie jej z twarzy.
Milczałem. Nie wdawałem się z nią w głupią dyskusję. Nie z Lady Margaret. Wszystko rozumiałem, to był jej dzień, to w końcu dzisiaj stanie przed ołtarzem obok Pawła i złoży mu przysięgę wierności i miłości. Rany boskie, jak to brzmi. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić Lady Margaret, jak wyznaje mu miłość. Ona? Oby jednak ten makijaż spłynął jej po twarzy. Może suknia przylepi się do siedzenia i nie będzie mogła wyjść z samochodu, w rezultacie czego odwołają ślub.
Piotrek, kierowca, tylko uśmiechał się pod nosem, słysząc ciągłe jojczenie przyszłej żony Pawła.
Za to Paweł wyjątkowo sprawiał wrażenie spokojnego. I zamyślonego. Chyba się denerwował. Wcale się temu nie dziwiłem. Bierze zołzę na całe życie i jeszcze będzie musiał z nią współżyć. Jej druhna, Jolka, też blondynka starała się łagodzić spiętą Margaret, której wciąż nie zamykała się japa. Miałem tylko nadzieję, że nie jest tak głupia, jak jej koleżanka.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Paweł wyskoczył z samochodu. Zamiast otworzyć drzwi swojej przyszłej małżonce, przebiegł przez parking i zniknął za kościołem.
- Pan młody ucieka! - zawołał ze śmiechem Piotrek. - Ja pierdzielę! Tego jeszcze nie grali.
- Co takiego? - zapytała przerażona Margaret. - Jak to ucieka? Nie może uciec. Przecież bierzemy ślub!
Bóg jednak istnieje, pomyślałem szczęśliwy, i nie dopuści do tej parodii. Opatrzność jednak czuwa.
Z uśmiechem na ustach wysiadłem z samochodu i udałem się w kierunku, w którym pobiegł Paweł. O jak fajnie. Ślubu nie będzie! Odnalazłem go w bocznej alejce. Pochylał się nad krzakiem i rzygał, jak kot.
- Dobrze się czujesz? - zapytałem.
Kiwnął głową. Podałem mu chusteczki.
- Na pewno dobrze?
- Tak - odparł spokojnie. - Po prostu wczoraj najadłem się frytek na noc. I chyba mi zaszkodziły.
- A mnie się wydaje, że się denerwujesz. Może jesteś chory. - I tu wpadł mi pomysł do głowy. Trzeba mu podpowiedzieć, co ma robić dalej. - Może powinieneś odwołać ślub.
- Przez to, że rzygam? - zdziwił się. - Nie, nic mi nie jest.
- Słuchaj - nie dawałem za wygraną - cała noc przed tobą. Będziesz zmęczony. Musisz tańczyć, musisz być cały czas na sali. Jak jeszcze zjesz rosołu weselnego, potem kolejne dania, popijesz wódką, to dopiero zaczniesz rzygać.
- Nie, już mi lepiej. Zaraz wracamy. Nie możemy pozwolić, żeby goście czekali.
Ja pierdzielę! A tak dobrze się zapowiadało.
- Paweł, ale ja nie powinienem być twoim drużbą. - Spróbowałem z innej strony. Póki istniała szansa na odwołanie ślubu, trzeba było próbować.
- Co ty znowu zaczynasz pierdolić? - zmarszczył czoło.
- Jestem gejem - szepnąłem. - Nie mogę ci świadkować, bo moja spowiedź jest nieważna. Nie powiedziałem o tym księdzu.
- I z takiej błahej przyczyny chcesz mi odmówić tej przyjemności? Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Filip. I tylko ciebie widzę, jako mojego świadka.
I pojechał po bandzie. Totalnie mnie zgasił. Cóż, to w końcu jego wesele. Wróciliśmy na parking. Margaret od razu wyskoczyła z mordą i z pretensjami na Pawła. Żeby nawet nie ważył się niszczyć tego dnia. Zgasił ją, kiedy tylko powiedział, że źle się poczuł i nie chciał puścić pawia na jej nieskazitelnie białą suknię. Po czym wystawił ramię, by poprowadzić ją do kościoła. Margaret odetchnęła z ulgą. Wcisnęła rękę pod jego ramię i ruszyli przez parking w kierunku otwartych drzwi. Margaret zażyczyła sobie, żeby wszyscy goście wcześniej dotarli do kościoła i zajęli miejsca w ławkach. Chciała wkroczyć do środka i przemaszerować u boku Pawła z dumnie podniesioną głową w amerykańskim stylu, by każdy mógł ją obejrzeć ze wszystkich stron i zachwycić się jej pięknem.
Niezdarnie wyciągnąłem rękę do Jolki. Ją też pasowało wprowadzić do kościoła. Oczywiście zwróciła mi uwagę, że źle to robię, że jestem sztywny. A jaki mam być?, pomyślałem zażenowany. Nie dość, że nigdy nie miałem dziewczyny, to mój przyjaciel za kilkadziesiąt minut popełni największy błąd życia. Trudno, jego sprawa. Nic tutaj nie poradzę.
Margaret kurczowo trzymała się Pawła. Szła dumna, wyprostowana, z uniesioną do góry głową. Znając ją na pewno się nie uśmiechała. Ona i uśmiech? To przecież Lady Margaret. Nie poniży się do tego stopnia, by uśmiechnąć się do kogoś.
Zbliżając się do centralnego miejsca w kościele, odczułem jak moim ciałem wstrząsa dreszcz. Czyżby stresik? A przecież to nie ja biorę ślub. Chyba udzieliła mi się atmosfera tej parodii, którą odstawiają Margaret i Paweł. Kiedy usiadłem za Pawłem, miałem wrażenie, że zaraz cała budowla na mnie runie. Strop się zawali, bo oto do Domu Bożego wkroczył nieczysty. Pedał. Zazwyczaj nie chodzę do kościoła, jedynie od święta. A tak poza tym unikam tej organizacji. Im mniej mam z nimi do czynienia, tym lepiej dla mnie.
Szopka ruszyła. Ksiądz wystąpił na środek, odśpiewał jakieś chorały, pomachał do publiczności rękami, coś tam powiedział. Przez cały ten czas myślami byłem gdzie indziej. Wciąż kombinowałem, jakby tu zapobiec tragedii, którą się zaczynała. Chciałem, żeby jakiś ex Margaret wparował do kościoła i powiedział, że nie dopuści do ślubu, ponieważ tak mu na niej zależy, że będzie o nią walczył. Niestety drzwi do kościoła nawet nie chciały drgnąć. Nikt nie kwapił się na przerwanie ceremonii. Patrzyłem z politowaniem, jak Margaret i Paweł ruszyli pod ołtarz, by tam złożyć przysięgę. Na twarzy mojego przyjaciela gościł uśmiech. Czyli jednak wiedział na co się pisze. Jest szczęśliwy. A więc krzyżyk mu na drogę. Widziałem, jak ustawiają się twarzą do siebie, jak ksiądz porusza ustami, czytając coś z książeczki, ale nic nie słyszałem.
- Ok, wystarczy.
To usłyszałem. Aż oniemiałem. Od razu wyostrzyłem słuch i pozostałe zmysły. W kościele podniósł się szmer. Ktoś wstał, ktoś jęknął, zastukał obcas. Ksiądz nachylił się w kierunku Pawła.
- Wszystko w porządku? - zapytał zdziwiony. Chyba też był w szoku. Pewnie po raz pierwszy zdarzyło mu się coś takiego, że ktoś przerywa mu wywód. - O co chodzi?
- Wystarczy tej parodii - odparł Paweł.
- Co ty wyprawiasz? - Margaret podniosła głos. - Robisz mi wstyd!
Opatrzność czuwa. A jednak! Uff, można było odetchnąć. Teraz to już na pewno ślubu nie będzie.
- No i co z tego? - wzruszył ramionami. Z jego twarzy nie znikał kpiący uśmieszek. Miałem wrażenie, że to perfidnie zaplanował, żeby ośmieszyć Lady Margaret. - Ciągle tylko ty, ty i ty. Nikt więcej się nie liczy. Ty jesteś najważniejsza. Ślubu nie będzie.
- Na pewno? - zapytał ksiądz. - Może jeszcze się zastanowisz.
- Po chińsku mówię? - Paweł podniósł głos.
Ja pierdzielę, ale jazda! Teraz to jest dopiero komedia.
- Ślubu nie będzie! - powtórzył Paweł.
- Jesteś draniem! - fuknęła Margaret. Była wściekła. Drżała, aż jej się zsunął kosmyk blond włosów na oczy. Spojrzała w moją stronę z nienawiścią. - To twoja wina. Miałeś mu nic nie mówić!
- Ja? - parsknąłem śmiechem.
- Powiedziałeś mu, że miałam wątpliwości! - krzyknęła. - A teraz robi taki wstyd. Chcesz się na mnie zemścić? - załkała z żalu, kierując te słowa do Pawła.
Paweł jednak zignorował lamenty swojej niedoszłej żony.
- Wiedziałeś o czymś? - zwrócił się do mnie. No teraz to mi się obrywa. To miała być ich impreza i oni mieli być w centrum uwagi, nie ja.
- Tak jakby - wzruszyłem ramionami.
- I nic mi nie powiedziałeś? - krzyknął oburzony, a jego potężny głos rozniósł się echem po kościele.
- Proszę się uspokoić. - Ksiądz postanowił zabawić się w pośrednika i złagodzić narastający konflikt. - Jesteśmy w Domu Bożym.
- Porozmawiamy potem - Paweł wycelował we mnie palcem wskazującym. Zapowiadała się długa rozmowa. Chyba mi się oberwie.
- Nie powiedział ci? - Margaret miała twarz zbitego psa. - To dlaczego mnie zostawiasz przed ołtarzem? I robisz taki wstyd przed wszystkimi?
- Bo zrozumiałem, że nasze życie byłoby parodią. Dzięki, było miło.
Lady Margaret nie mogła już znieść takiego upokorzenia. Wybuchnęła płaczem i wybiegła z kościoła. Jolka, do tej pory zamieniona w słup soli, zerwała się z miejsca i pognała za panną młodą. Matka Margaret wstała z ławki i podążyła za córką.
- Ślubu nie będzie! - obwieścił z uśmiechem Paweł. - W ramach rekompensaty zapraszam do restauracji. Możecie się tam najeść do syta. I tak zostało wszystko opłacone, a jedzenie nie może się zmarnować.
Pasowało mi się wycofać. Póki co stałem sam na środku kościoła, w przejściu i wyglądałem, jak jakiś idiota. Usiadłem, starając się robić to cicho i ostrożnie tak, by zaproszeni goście tego nie zauważyli. Dyskretnie wyciągnąłem komórkę i wystukałem esemesa do Bartka.
"Ale jaja! Slub odwolany. Margaret placze rzewnymi lzami."
Wysłałem.
- A ty idziesz ze mną!
Obok mnie wyrósł Paweł. Miał srogą minę, nie znoszącą sprzeciwu. Znałem ten wyraz twarzy.
- Musimy poważnie porozmawiać.
- Ale... - chciałem się bronić.
Złapał mnie za łokieć i pociągnął za sobą. Krzesło z hukiem upadło na posadzkę, a ja w ostatniej chwili złapałem równowagę. Próbowałem się wyswobodzić z uścisku. Nic to nie dało. Paweł chodził na siłownię i żelazna ręka nie puszczała tak łatwo. Jego agresja i zachowanie nie wróżyły nic dobrego. A przecież nic złego nie zrobiłem. Wsadził mnie do samochodu, a sam usiadł za kierownicą. Odpalił silnik i z piskiem opon wyjechał z parkingu. Porywał mnie, pomyślałem trochę przerażony. Ale odrobina pikanterii jest wskazana. Tylko dokąd mnie zabiera? Wolałbym to wiedzieć.

sobota, 28 września 2013

Epizod 66.

Gdzie popełniłem błąd? Co ze mną było nie tak, że nie potrafiłem sobie ułożyć na spokojnie życia? Szukałem w swojej przeszłości przykładów, sytuacji, wydarzeń, w których jednak byłem szczęśliwy. Ot chociażby taka piątka z matematyki w liceum, która znalazła się w dzienniku. Cieszyłem się? Oczywiście, że tak. Ale to było tylko chwilowe. To może matura zdana prawie celująco? No też świetny wynik. Gratulowałem sobie poziomu wiedzy. Cieszyłem się? A jakże! Potem studia. Co prawda było już pod górkę, ale jednak udało się mi na nie dostać, przejść przez nie i zakończyć z dyplomem magistra w dłoni. Kurde, kwiczałem ze szczęścia, podjarany jak nigdy dotąd.
Ale tak naprawdę szczęśliwy poczułem się dopiero, kiedy poznałem Damiana. Zatroszczył się o mnie. Zaopiekował się, przygarnął. Czułem się nie tylko szczęśliwy, ale i kochany. Byłem dla niego szczególną osobą. Tak, przy Damianie wiedziałem, że żyję.
Życie jednak potoczyło się całkiem inaczej. Rzuciło kłody pod nogi, które okazały się nie do przeskoczenia, więc się rozstaliśmy. Aż pojawił się Artur. Zabajerował mnie i oszalałem na jego punkcie. Znów odzyskiwałem chęć do dalszego zmierzania się z problemami. Były pestką. Aż tu po paru latach wyszło, jaki z niego ogier, który lata z wywieszonym kutasem i rucha wszystko co się rusza.
I w końcu Wiktor, góral z Zakopanego. To miał być przelotny romans. Jedna noc i nic więcej, która przerodziła się w coś większego. Niestety znajomość nie przetrwała odległości, która nas dzieliła. A szkoda. Wtedy znowu zjawił się Damian. Zapragnąłem do niego wrócić. Przecież tyle razem przeżyliśmy. Los chciał inaczej. A raczej Damian nie chciał mnie widzieć.
Teraz siedziałem samotnie w szczerym polu, mając za sobą gęsty las. Przede mną roztaczał się widok na płytę lotniska w Balicach, gdzie już do startu przygotowywał się boeing tanich linii lotniczych. Z tej odległości dostrzegłem napis WIZZAIR. Zatrzymał się przed wjazdem na pas startowy. To mogło znaczyć tylko jedno. Lada moment wyląduje samolot. I nie myliłem się. Nie upłynęła nawet minuta, kiedy rozległ się charakterystyczny dźwięk wirujących silników. Kiedy odwróciłem głowę, widok był wprost oszałamiający. Tuż nad lasem przeleciała maszyna Ryanaira. Skrzydła cięły powietrze niczym ostrze. Ach, wspaniały widok. Patrzyłem z zachwytem, jak boeing dosłownie sunie w górze, by już po chwili z piskiem osiąść na płycie. Oczami wyobraźni widziałem, jak Polacy uchachani od ucha do ucha klaszczą z radości. Dziwny zwyczaj, totalna "żenua".


Ale czy zachowania moich rodaków są istotne? Nie, ani trochę.
To ja byłem w tym momencie ważniejszy. Miałem doła, bo Damian nie chciał mnie znać. Nie chciał się ze mną spotkać ani porozmawiać. Przeżyliśmy ze sobą tyle wspaniałych dni, a on teraz nawet nie ma ochoty na mnie spojrzeć. Co ja mu takiego zrobiłem? Co mogło mu się stać, że tak zareagował na moje imię?
Z tej żałości nie mogłem sobie znaleźć wczoraj miejsca. Szlajałem się bez celu po mieście, a po powrocie nie mogłem zasnąć. Dzisiaj wsiadłem na rower i pojechałem przez pola na Balice. Z dala od zgiełku miasta, z dala od ludzi chciałem pobyć sam ze sobą i z moją pasją do samolotów.
Nie na długo jednak dane mi było pobyć w ciszy. Jak na złość odezwała się komórka. Sięgnąłem po nią do kieszeni. Bartek dopominał się o rozmowę.
- Jezu, czego on chce - jęknąłem. Przyjąłem połączenie. - Słucham cię, Bartku. Co się stało?
- Cześć Filipie! - usłyszałem jego szczebioczący głos. Był w dobrym humorze. - Co porabiasz dzisiaj?
- Jestem na rowerze w Balicach.
- To super! A kiedy wracasz?
- Nie wiem - odparłem zgodnie z prawdą.
- To zbieraj się, bo chcę się z tobą spotkać. A raczej muszę z kimś pogadać. Padło na ciebie, sorry.
Czyli ten dobry humor, to tylko taka gra pozorów.
- Coś się stało? - zapytałem zaciekawiony.
- Bądź za dwie godziny przy kładce.
Byłem dużo wcześniej. Choć niespecjalnie się spieszyłem na spotkanie z Bartkiem, przyjechałem sporo przed czasem. On również zjawił się przed umówioną godziną. Poznałem go z oddali. Nowa, modna fryzura, którą dorobił się niedawno u fryzjera, przyciągała uwagę.
- Cześć Filipie! - uścisnęliśmy sobie dłonie na powitanie. - Fajnie, że przyjechałeś. - Spojrzał na rower.
- Skoro chciałeś się ze mną spotkać, to musiałem się zjawić. Jesteś w końcu w potrzebie. Karola nie zaprosimy na pogaduchy?
Wlepił wzrok w ziemię i wzruszył ramionami. Czyżby chodziło o Karola? Ścisnąłem mocniej kierownicę.
- Mam wrażenie, że chodzi o naszego przyjaciela.
- Zapewne zauważyłeś ostatnio, jak ciągle sprawdzał czas...
- Nie dało się tego nie zauważyć.
- Kiedy ty bawiłeś się w Zakopcu z firmą, która cię teraz cię wyruchała, spotkałem się z nim parę razy. Dopytywałem się o tego całego Oskara. Wiesz, ta bójka, do której doszło między wami.
- Pamiętam - przewróciłem oczami - nie musisz mi o niej przypominać.
- Karol ci tego nie powiedział, bo stwierdził, że i tak jesteś na niego zły o to całe spotkanie i tę imprezę, ale Oskar podobno chce się z tobą spotkać.
- W jakim celu? - zapytałem zdziwiony. Ja na pewno nie miałem chęci toczenia z nim rozmowy. - Przecież i tak nie mamy sobie nic do powiedzenia.
- Chodzi o Artura.
No oczywiście, że o niego! A o kogo by innego miało chodzić. 
- Artur to przeszłość - stwierdziłem.
- Ale nie dla Oskara, skoro chce przeprowadzić z tobą rozmowę. Karol zaaranżował to nasze ostatnie spotkanie, żeby wyszło, że przypadkiem Oskar przechodził Mostową i się na nas natknął.
Zmrużyłem oczy, chcąc się upewnić, że Bartek nie ściemnia. Jego twarz nabrała ponurego wyglądu, więc na pewno nie kłamał ani nie naginał historii. Tylko w jakim celu mi to mówi? Po co?
- Czemu mi o tym mówisz dopiero teraz? Chcesz nas poróżnić? Przecież sam wiesz, że już się trochę poróżniliśmy po parapetówce.
- Nie, nic z tych rzeczy - machnął szybko ręką, jakby chciał odgonić złe skojarzenia. - Chcę, żebyś wiedział, że taka sytuacja może się jeszcze powtórzyć i jeśli chcesz uniknąć spotkania z Oskarem, to lepiej mieć się na baczności i trzymać rękę na pulsie. I pamiętaj, że kiedy wy się praliście po ryjach, kibicowałem tobie.
- Jasne - zaśmiałem się. - Słyszałem, jak mówiłeś, że impreza wreszcie robi się ciekawa. Ok, dzięki za takie kibicowanie. A możesz mi powiedzieć, jeśli wiesz oczywiście, dlaczego nie doszło do spotkania z Oskarem?
Popatrzył na mnie przez moment, jakby chciał się upewnić, że może mówić dalej. Chyba tym pytaniem wkraczałem na grząski teren. I nie myliłem się.
- I tu do akcji wkroczył właśnie Michał. - Bartek z trudem wypowiedział ostatnie słowo. Nawet głos mu zadrżał, co w jego przypadku bardzo rzadko się zdarza.
- A co on ma do tego?
- Jak się okazuje, to bardzo wiele. - Bartek włożył ręce do kieszeni. - Zażądał spotkania z Karolem, więc dlatego tak szybko zakończyliśmy spotkanie.
Mówił to z takim żalem w głosie, że aż zacząłem go żałować. Wiedziałem co się święci i nie trudno było się domyślić. Spoglądałem na Bartka z litością. Bił się z myślami, próbował sobie radzić ze swoją słabością. Nawet mu to wychodziło, ale wystarczyłaby chwila nieuwagi i jego pewność siebie szybko by zniknęła. W jednej sekundzie by się rozkleił.
- Aż tak bardzo go kochasz?
Spojrzał na mnie z przerażeniem. W jego oczach zauważyłem strach. Myślałem nawet, że zacznie krzyczeć i śmiać się jednocześnie, że coś sobie ubzdurałem, ale nie było w nim żadnej złości.
- Tak to widać? - odpowiedział pytaniem na moje pytanie.
- Tak - kiwnąłem głową. - Od jak dawna to trwa?
- Odkąd się znamy. Raz uczucia są silniejsze, innym razem słabsze, ale wciąż są te same i nie znikają. Złoszczę się na niego, próbuję wzbudzić w nim zazdrość, ale to nie działa.
Widzę, że nie tylko ja mam dzisiaj problemy z zapanowaniem nad uczuciami. Akurat parę dni temu odżyły te skierowane do Damiana, a już wczoraj dostałem kosza.
- Przejdziemy się? - zaproponowałem Bartkowi spacer wzdłuż Wisły. - Wyrzucisz z siebie te wszystkie tłumione emocje.
Zgodził się. A zresztą i tak nie miał wyboru.