środa, 29 stycznia 2014

Epizod 107.

Zakopane.
Ciche pukanie do drzwi oderwało moje myśli znad papierów rozrzuconych na stole. Goście?, pomyślałem zaskoczony. Niemożliwe, odpowiedziałem sobie natychmiast. Do niedzieli mamy wszystkie pokoje zajęte. Kogo licho niesie tuż po Nowym Roku? Chyba że to sąsiadka wpadła do Anieli na pogaduchy.
- Proszę! - zawołałem.
Drzwi skrzypnęły i do środka wszedł mężczyzna. Wytarł buty w przedpokoju i wkroczył do jadalni. Zatrzymał się parę kroków i lekko się skłonił. Zaniemówiłem, bo oto przede mną stał... Konrad, facet Wiktora. W sumie od wigilii można go nazywać już byłym facetem Wiktora. Nigdy z nim nie rozmawiałem, nigdy nie miałem okazji zamienić z nim ani jednego słowa ani tym bardziej bliżej poznać. To on wygrał batalię o Górala. Nie, po prostu oddałem go bez walki. Tak, jestem ciota, wiem o tym. Ale nieważne, mniejsza o przeszłość. Konrad właśnie stał kilka metrów ode mnie.
- Cześć - rzekł z uśmiechem. - Nie mieliśmy okazji poznać się wcześniej...
Zmarszczyłem czoło, nie bardzo wiedząc do czego zmierza jego niezapowiedziana wizyta. W tym momencie zaczęło mi coś świtać. Aniela wspominała o mężczyźnie, który przyszedł po świętach do pensjonatu i mnie szukał. Czyżby to był Konrad?
- Znamy się w sumie z widzenia... Nie wiem czy mnie pamiętasz...
- Kojarzę - przerwałem jego gmatwaninę niedokończonych zdań. - Konrad, jak mniemam, partner Wiktora.
Prawda, że ładnie go nazwałem? Byłem ciekaw jego reakcji.
- Właściwie to już były facet, ale... - postąpił kilka kroków w moją stronę z wyciągniętą ręką - miło mi cię poznać.
Właściwie mnie ciebie znowu tak miło nie jest poznać, przemknęło mi przez myśl, ale zachowałem je dla siebie. Po co ma się chłopak stresować?
- Filip - uścisnąłem jego rękę z wymuszonym uśmiechem. - Mam rozumieć, że ty mnie szukałeś po świętach? Aniela wspominała.
- Tak, to ja. Możemy porozmawiać?
- Nie widzę przeciwwskazań - wzruszyłem ramionami.
Choć właściwie zastanawiałem się o czym chce ze mną rozmawiać. Nie zna mnie, tym bardziej ja jego nie znam, a on nagle chce ze mną prowadzić dyskusję. O czym? Wskazałem miejsce na ławie na przeciwko siebie. Konrad usadowił się wygodnie.
- Nie wiem od czego zacząć...
- Chyba od tego co cię do mnie sprowadza.
- Właśnie! - potwierdził szybko. - Wiktor wspominał mi, że jesteś jego dobrym kolegą...
- Kolegą? - zapytałem zaskoczony.
Chyba zbyt emocjonalnie zareagowałem na to określenie, ale... do ciężkiego licha! Wiktor nazwał mnie kolegą? Jak on mógł? Czyli to, że się bzykaliśmy, to dla niego nic nie znaczyło? Czyżby było tylko zwykłym koleżeńskim dupczeniem? Wstydził się mnie. Innego wytłumaczenia nie było. Byłem kolegą... A ja naiwny myślałem, że więcej dla niego znaczyłem, że byłem kimś więcej niż tylko kolegą.
- A nie? Wiktor wspominał o tobie, jako koledze. - Konrad zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie.
Nie mogłem ukryć, że określenie "kolega" mnie nie zabolało. Myślałem... Myślałem... Właściwie co ja sobie myślałem? Że ja i Wiktor byliśmy parą? Tworzyliśmy związek partnerski? Nie! To był tylko epizod. Tylko i wyłącznie epizod. Łączył nas seks, zwyczajne bzykanko. Tylko w takim celu spotkałem się wówczas z Wiktorem; by się z nim przespać. Nic więcej. Owszem, w międzyczasie coś się podziało. Zaiskrzyło. Ale ja wyjechałem, a Wiktor został w Zakopanem. Nasz... Nie, nie nasz. Nasza znajomość, koleżeńska znajomość po prostu umarła śmiercią naturalną.
- Filip, czy ty czegoś mi nie mówisz? - Konrad miażdżył mnie spojrzeniem.
No to teraz wybrnij z tego, cwaniaczku, powiedziałem sobie w myślach.
- Ja... - Teraz zacznę się jąkać. Super! - Ja... Po prostu myślałem, że... Wiktor i ja... Że my byliśmy... - Znowu utknąłem. Do ust cisnęło się słowo "razem", ale przecież to byłoby śmieszne. I nagle mnie olśniło! - Że byliśmy przyjaciółmi! A on mnie nazwał kolegą?
Wypuściłem głośno powietrze. Konrad wciąż przyglądał mi się uważnie, ale czujność już go opuściła. Przyjął moje wytłumaczenie do wiadomości. Udało się. Jakoś wybrnąłem.
- To będziesz musiał z nim to wyjaśnić. Rozmawiasz z nim w ogóle? Macie kontakt?
- Sporadyczny.
Namiętne pocałunki na imprezie, na której Wiktor był z Konradem, a po świętach krótki esemes, że chce ze mną być i że tęskni. Czyli w sumie żaden kontakt.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Do mnie? - zapytałem zaskoczony.
- Tak. Wiktor czasami o tobie mówił. Nie chcę cię zamęczać naszymi prywatnymi sprawami, ale Wiktor jest dla mnie wszystkim. Całym światem. Oszalałem na jego punkcie. Wiem, że go kocham i wiem, że z nim chcę być. Nie mam pojęcia co się podziało, ale tak nagle, w wigilię, podjął decyzję o rozstaniu. Nie chciał tłumaczyć dlaczego. Tylko, że ja... nie potrafię bez niego żyć. Cały czas o nim myślę i tęsknię za nim.
Zupełnie tak jak ja, pomyślałem.
- Drugi raz ze mną zerwał. Za pierwszym to był efekt wypalenia i licznych awantur. Obaj podjęliśmy decyzję, że każdy idzie w swoją stronę. Ale ja nie umiałem bez niego żyć. Cztery lata to kawał czasu. Tęsknię za nim. Śnię o nim każdej nocy.
- Rozumiem - rzekłem na pocieszenie.
- Filip, możesz z nim porozmawiać?
Zaskoczyła mnie wypowiedź Konrada. Jak to mam z nim porozmawiać? Że niby o czym ja mam z nim rozmawiać?
- Ja? Ale o czym?
- Proszę cię, pogadaj z nim. Niech jeszcze raz to przemyśli. Niech się zastanowi. Ja poczekam cierpliwie. - Chłopak spuścił wzrok. - Wiesz, że nie odpisuje na esemesy? Ani nie odbiera ode mnie telefonów? Powiedział, żebym do niego nie dzwonił, że tak będzie lepiej. Kiedy się wyprowadzałem, przyznał, że poznał kogoś. Wiesz, jak mnie to zabolało? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Wiem - odparłem mimochodem.
- Pomóż mi go odzyskać.
- Konrad, nie wiem czy powinienem się wtrącać...
- Tylko z nim pogadaj. Powiedz, że tęsknię za nim. Obiecaj, że postarasz się go przekonać, by do mnie wrócił. Proszę cię. Zależy mi na nim.
Przez następne kilka godzin siedziałem przy stole, obłożony papierami. Nie potrafiłem się już skupić na pracy. Wizyta Konrada wryła się w moją pamięć, a złożona obietnica ciążyła u mojej szyi. Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego zgodziłem się pomóc obcemu facetowi? Być może dlatego, że zrobiło mi się go żal. Darzył Wiktora wielkim uczuciem, to z łatwością można było dostrzec w jego oczach. I to mnie w sumie wzięło. A co ze mną? Właśnie ustąpiłem. Poddałem się w walce o Wiktora. Oddałem go dobrowolnie, choć był wolny i mogliśmy wreszcie być razem szczęśliwi. Nie mogłem jednak cieszyć się swoim szczęściem, widząc że Konrad cierpi. Tyle, że teraz ja będę cierpiał.
Ukryłem twarz w dłoniach, powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Nie mogłem tutaj się poryczeć, gdzie w każdej chwili może ktoś wejść. Aniela bywa wścibska. Od progu domagałaby się wyjaśnień. Dlatego pozbierałem papiery i zamknąłem się w pokoju, skąd nie wychodziłem do końca dnia.
Dzień później spotkałem na zakupach Elizę. Akurat ja wchodziłem, a ona zmierzała do wyjścia. Dziwne, że z pustymi rękami. Przywitała się wylewnie ze mną, ściskając i cmokając w policzek. Nie spodziewałem się takiego powitania. Rozejrzała się po sklepie i nachyliła głowę.
- Słyszałam o wszystkim - rzekła półgłosem. - Tak się cieszę.
- Ale o czym słyszałaś? - zapytałem zaskoczony.
- Że Wiktor rozstał się z Konradem - ścisnęła mocno moje ramię. Poczułem jej długie paznokcie aż przez kurtkę. - Teraz nic już nie stanie wam na przeszkodzie, by być razem. Tak się cieszę - powtórzyła z uśmiechem.
- Za wcześnie na taką euforię. - Musiałem ją uświadomić, że sytuacja nieco się skomplikowała.
- A to niby dlaczego?
- Odwiedził mnie Konrad...
- Ożeż w mordę! - przerwała zaskoczona. - Czego on chciał? Przecież Wiktor wszystko mu wyjaśnił i na pewno do niego nie wróci.
- On go kocha.
- Wiktor Konrada? - zniżyła głos do szeptu. - Przecież Wiktor szaleje za tobą.
- Nie - rzekłem z naciskiem. - Konrad kocha Wiktora. - Mówiłem z zaciśniętymi zębami tak, by nikt z przechodzących przypadkiem nie dosłyszał naszej rozmowy. A wieści o gejach byłyby nie lada atrakcją na Podhalu. - Był u mnie i mi to powiedział. Zależy mu na nim i bardzo cierpi.
- Przejdzie mu - wtrąciła Eliza. - Zawsze przechodzi. Poboli chwilę, ale w końcu, z czasem to zrozumie. Znajdzie sobie kogoś innego na miejsce Wiktora.
- Czy ty nie rozumiesz, że on go kocha? - Nie mogłem pojąć, jak taka mądra dziewczyna, pokroju Elizy, nie potrafiła zrozumieć, że ktoś może kochać drugą osobę czystą i szczerą miłością. - Byli ze sobą cztery lata - dodałem akcentując ostatnie dwa słowa. - Cztery lata - pokazałem na palcach. - To nic dla ciebie nie znaczy? Nic a nic?
Eliza przekrzywiła głowę na prawą stronę i bacznie mi się przyjrzała. Przez dłuższą chwilę patrzyła w moje oczy, nie wypowiadając ani jednego słowa.
- O co chodzi? - zapytałem wreszcie.
- Co on ci nagadał?
- Nic - wzruszyłem ramionami. - Tylko tyle, że za nim tęskni. Widziałem w jego oczach, że boli go to rozstanie.
- Filip, masz wielkie serce, to widać. Jesteś czułym i wrażliwym facetem, ale, kurwa - zniżyła głos do szeptu - ty też masz prawo być szczęśliwy. Nie możesz być Prometeuszem. To nie ta bajka. Weź się w garść i zacznij zabiegać o Wiktora.
Trzasnęła mnie w ramię z otwartej dłoni.
- Jesteś facetem, do licha - zmarszczyła czoło. - Walcz o Wiktora.
- Nie - zaprzeczyłem stanowczo. - Podjąłem decyzję i... i pomogę Konradowi odzyskać Wiktora.
Eliza spojrzała na mnie z politowaniem.
- Pojebało cię.
- Cześć.
Z boku doleciał znajomy głos. Odwróciłem się gwałtownie. Po mojej lewej stronie stał Wiktor. Brązowe oczy śmiały się zza okularów, a ja poczułem, jak nogi zaczynają mi się uginać w kolanach. Choć tego nie chciałem, to jednak usta mimowolnie rozchyliły się w uśmiechu.
- Jesteś już. - Uścisnął moją dłoń, przytrzymując ją na dłużej. - Cieszę się, że cię wreszcie widzę. Dostałeś mojego esemesa?
- Tak, dostałem - spuściłem wzrok na ziemię. - Ale musimy porozmawiać.
- To ja może was zostawię samych.
Eliza dyskretnie wycofała się ze sklepu. Spojrzałem na niego tęsknię. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Dla mnie już nieosiągalny. Pewnie mnie znienawidzi po tym, co zaraz mu powiem, jaką podjąłem decyzję, ale to dla ich dobra, dla dobra Wiktora i jego chłopaka, Konrada. Westchnąłem głośno. Nie lubiłem takich sytuacji, kiedy musiałem zaczynać rozmowę na trudny dla mnie temat.
- Właściwie nie zajmę ci zbyt dużo czasu.
- Może wyskoczymy na kawę? Albo coś zjeść? - zaproponował.
- Wiktor - powstrzymałem go gestem dłoni - nie utrudniaj. Wiem, że chciałeś dobrze, że chciałeś ze mną być. Ja też, ale... Nie mogę niszczyć twojego związku. Już i tak go nadszarpnąłem, kiedy się - rozejrzałem się po sklepie, czy nikt nie przysłuchuje się naszej rozmowie. Na szczęście było wokół było czysto - całowaliśmy. - Dokończyłem cicho. - Nie powinienem był tego robić, zwłaszcza że jesteś z Konradem.
- Już nie jestem - zaprzeczył.
- Wróć do niego. Wiesz, że go krzywdzisz.
- Co ty wygadujesz? - rzekł zdziwiony. Nachylił się w moją stronę, patrząc w oczy. - Jeszcze parę tygodni temu mówiłeś coś innego, a teraz... Co to ma znaczyć, Filip?
- Tak będzie lepiej. Na pewno nie jest jeszcze za późno, więc pogadaj z Konradem i bądźcie razem. To tyle właściwie chciałem ci powiedzieć.
- Stop! - zawołał. - Mówisz o tym, ot tak, jak gdyby nigdy nic? To dla ciebie takie zrozumiałe? Znowu mnie olewasz? Dla ciebie zerwałem z Konradem, bo nie potrafię o tobie zapomnieć. Szaleję na twoim punkcie, a ty mi to mówisz w taki sposób? Boże, do jasnej cholery!
Uniósł ręce do góry, jakby chciał złapać powietrze i zacisnął dłonie w pięści. Jego bezsilność mnie przerażała, złość, która nagle pojawiła się na twarzy również, ale zaczęło być mi go żal, kiedy w oczach zaszkliły się łzy.
- Przepraszam, Wiktor.
- Przepraszam? - powtórzył przez zaciśnięte zęby. - Ty przepraszasz? Filip, w co ty ze mną grasz?
- Po prostu mam wrażenie, że tylko rozpieprzam związki. Nie będziesz ze mną szczęśliwy, więc lepiej będzie dla ciebie, jeśli będziesz się trzymał ode mnie z daleka. Bądź z Konradem.
- Co ty za głupoty opowiadasz? Skąd możesz wiedzieć, że nie będę szczęśliwy, jeśli nawet nie spróbowaliśmy bycia razem?
- Lepiej nie próbujmy, Wiktor.
Chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Patrzył niemym wzrokiem na mnie, starając się zrozumieć moją decyzję, moje postępowanie. Pewnie nie potrafił. Sam czasami siebie nie rozumiałem. Ale chyba dobrze mu powiedziałem, prawda? Musiałem sam siebie do tego przekonać, a to nie było też takie łatwe. Moje dotychczasowe związki kończyły się fatalnie, więc dlaczego ten ma być inny? Nie chciałem go ranić. Już raz to zrobiłem.
- Przepraszam.
Odwróciłem się na pięcie i zniknąłem między regałami. Przez prawie dwadzieścia minut snułem się leniwie alejkami z produktami. Nie potrafiąc skupić się na liście zakupów, cały czas zapominałem co powinienem zabrać i wracałem do początku sklepu to po folię spożywczą, to po kawę. W mojej głowie widziałem twarz Wiktora. Ciężko będzie wyrzucić mi go z pamięci. Czeka mnie ciężka praca, ale być może skuteczna. Skoro Eliza twierdzi, że Konrad może zapomnieć z czasem o Wiktorze, to to samo tyczy się również mnie. Dam sobie radę. Muszę. Nie mam wyjścia.
Kiedy wreszcie zebrałem z półek wszystko, co było mi potrzebne i po co przyszedłem, ruszyłem do kasy, by zapłacić za zakupy. Wiktora nie było. Nie było przynajmniej w sklepie. Ale czekał na zewnątrz. Jakoś nie zdziwiła mnie jego obecność.
- Rozmawiałeś z Konradem? - zaczepił, kiedy dzieliło nas kilka kroków. - Przyszedł do ciebie po to, żebyś pomógł mu mnie odzyskać?
No tak, najlepsza przyjaciółka Wiktora wszystko wypaplała. Dobra duszyczka, która troszczy się o swojego jedynego geja. Dostrzegłem ją siedzącą w samochodzie. Patrzyła w naszą stronę.
- Tęskni za tobą - odparłem.
- Tak jak ja tęsknię za tobą. - Wiktor odbił piłeczkę.
- Ale z nim jesteś cztery lata.
- Byłem - poprawił szybko. - W minionym roku rozstaliśmy się dwa razy. Definitywnie dwudziestego czwartego grudnia. Nic tego nie zmieni.
- Wprowadź lepiej poprawki.
Czułem się podle. Raniłem jego, ale również sprawiałem ból sobie, odtrącając niepowtarzalną szansę bycia razem. A może by tak spróbować? Nie, nie! Szybko zaprzeczyłem i odpędziłem od siebie tę myśl. Obiecałem Konradowi i tego muszę się trzymać.
Wyminąłem Wiktora i ruszyłem przed siebie prosto na postój taksówek. Nie uszedłem jednak daleko, kiedy podbiegł do mnie i złapał za ramię.
- Nie! - powiedział ostro. - Nie będzie żadnych poprawek. Do twojej wiadomości i zapamiętaj to sobie. - Wycelował palcem w klatkę piersiową. - Zamknąłem rozdział z Konradem. Na amen. Mam teraz czystą kartkę i zaczynam nowe życie. I czy ci się to podoba, czy nie, będę się o ciebie starał, z nadzieją, że w końcu ulegniesz. Że w końcu cię zdobędę. I ten nowy rozdział, tę nową i czystą kartkę będziemy pisać razem. Ty i ja. Zapamiętaj to sobie. Nie zrezygnuję z ciebie.
Spoglądał na mnie wielkimi oczami. Zacisnął usta, po czym wrócił do samochodu, a ja powoli ruszyłem dalej. Słowa Wiktora sprawiły mi niesamowitą radość. Będzie się o mnie starał. Boże, pomyślałem uradowany, jak miło usłyszeć takie słowa. A jeśli się mu poddam?
Wsiadłem do taksówki, obładowany reklamówkami z zapasem jedzenia i innych rzeczy przydatnych w domu i do prowadzenia pensjonatu. Podałem adres, pod który ma mnie dowieźć taksówkarz. W drodze na posesję Anieli myślałem o Wiktorze i o tym co zaszło na parkingu. Czyżby naprawdę mu zależało na mnie? Aż tak, że będzie się starał?
Wiktor, choć stał się mi bardzo bliską i szczególną osobą, to jego postać towarzyszyła mi, aż do chwili, w której przekroczyłem próg pensjonatu. Od progu zawołałem, że już jestem. Myślałem, że ktoś wybiegnie, by odciążyć mnie z siatek, ale nikomu jakoś się nie spieszyło. Przy kontuarze stał uśmiechnięty mężczyzna, twarzą zwrócony w kierunku drzwi wejściowych z walizką przy boku.
- Dzień dobry - przywitał się szczebiotliwym głosem.
- Ja chyba śnię - odparłem zaskoczony.
- Nie, na pewno nie - zaprzeczył szybko. - To ja, Oskar, we własnej osobie.
- Co za licho cię tu przyniosło? Jeszcze ciebie tylko tu brakowało.
Zza lady wyłoniła się oburzona twarz recepcjonistki, która meldowała gościa. Widząc jednak, że nie zwracamy na nią uwagi, uznała zapewne, iż musimy się znać, bo wróciła do przerwanej pracy.
- Też się cieszę, że cię widzę - zapewnił zadowolony.
- Mam nadzieję, że trafiłeś do tego pensjonatu przypadkiem.
- No co ty - zaśmiał się serdecznie. - Karol mnie tu przysłał.
- No oczywiście, któż inny.
- Wyświadczył mi przysługę w ramach rewanżu, za wyświadczenie przysługi tobie. Mówił, że będziesz wiedział o co chodzi.
Czyli to była zemsta Karola. Tak to wyglądało. No okej, jakoś trzeba będzie znieść pobyt Oskara.
- Ciesz się zatem górskim powietrzem - wykrzywiłem twarz w sztucznym uśmiechu.
- Liczę, że mnie oprowadzisz po Zakopanem.
- Pocałuj mnie w dupę - odparłem, a do Renatki rzekłem: - Wymaż tę konwersację z pamięci. Dobrze ci radzę, bo wiesz... nie wszyscy muszą wiedzieć o czym czasami rozmawiam z naszymi gośćmi.
Obszedłem kontuar i zniknąłem w kuchni. Czyli dzień pełen niespodzianek. A myślałem, że już nic dzisiaj mnie nie zaskoczy. Ciekawe po co przyjechał Oskar? Bo na pewno nie przyjechał pochodzić po górach.

B l o g i   g e j ó w

piątek, 24 stycznia 2014

Epizod 106. Rozterki Bartka /15/.

Kraków.
Seks sylwestrowo-noworoczny.
Tak delikatnie można określić sylwestra, którego spędziłem z Michałem. Ze względu na zaistniałą w wigilię sytuację ze Staśkiem w roli głównej, podczas której pękły wszelkie bariery i dałem się ponieść emocjom, fantazji i pożądaniu, a także wielkiej chuci, jaką dostałem na widok kolegi z liceum, starałem się unikać kontaktu wzrokowego i cielesnego z Michałem. Jednak jemu oprzeć się też nie mogłem, a nawet gdybym się opierał, mógłby domyślić się, że coś jest na rzeczy. Do tego jednak nie chciałem doprowadzić, ponieważ nie wiedziałem, jak miałbym się mu wytłumaczyć ze zdrady. Pewnie święty Mikołaj by mi wybaczył to uchybienie ze względu na radosny czas świąt. Gdyby oczywiście istniał.
Krótko mówiąc Michał zerżnął mnie zaraz po powrocie z pracy. Był tak napalony, że dopadł mnie w progu i zdarł ubranie. Jego fujara sterczała w pełnej gotowości. Nawet zastanawiałem się, czy w autobusie też był tak pobudzony. Kiedy mnie rżnął od tyłu, a ja jęczałem z rozkoszy, dostając momentami spazmów, zrozumiałem, że z dużym prawdopodobieństwem tak musiało być. Wiele razy mnie również zdarzało się, że balansujący na wybojach autobus doprowadzał do wzwodu.
Za drugim razem zerżnął mnie po powrocie z Rynku. Wyciągnąłem go na imprezę w plener. Nie chciałem przebywać z nim sam na sam całego wieczoru, bo musiałbym cały czas się pilnować, żeby przypadkiem nie domyślił się, że jest coś nie tak ze mną. Ale za każdym razem, kiedy uprawialiśmy seks, to Staśka miałem przed oczami, nie Michała. I nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłem go przepędzić. Wracał.
I teraz też wrócił.
Od ponad godziny siedziałem przy wielkim stole konferencyjnym otoczony gromadką znudzonych, lekko przymulonych i jeszcze "wczorajszych" menedżerów, kierowników zespołu i opiekunów międzynarodowych projektów, tępym wzrokiem wpatrzonych w wymachującego rękami dyrektora. Mirosław miał jakieś czterdzieści pięć lat, młody skurczybyk, ale już dorobił się już niezłej kasy. Teraz "tańczył" przed nami z bananem na ustach, jakie to zyski odniosła firma w minionym roku, ile dokonaliśmy, ile wdrożyliśmy projektów, o rozwijającej się współpracy zagranicznej, o praktykach i licznych kontraktach. Ale oczywiście na samym końcu musiał powiedzieć to, co u wszystkich wywołało natychmiastowy odruch kiwania głową, czyli wciąż jest "mało, mało, mało, mało". I trzeba jeszcze bardziej się sprężać i pracować, dawać z siebie wszystko, bo przecież nie możemy zostać w tyle za konkurencją. Musimy przeć do przodu. Dlatego właśnie otwieramy się na świat i firma podejmuje współpracę.
Dlatego kiedy Mirek tak smęcił o tych ambitnych planach na nadchodzący rok i sukcesach, które osiągnęła firma, pozwoliłem sobie na oderwanie się od rzeczywistości i chwilowy powrót do przeszłości, a dokładniej do momentu, kiedy to w ciemnej szopie dokonywała się zdrada z moim udziałem. Nawiasem mówiąc bardzo przyjemna zdrada. Aż uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Do pracy!
Ze wspomnień przywołał mnie głos Mirka. Był tak zadowolony z sukcesów, że wręcz pałał energią. Nie to co jego pracownicy, którzy prawie posnęli snem sprawiedliwym. Zebrałem puste kartki, które miały mi służyć potem, jako notatki ze spotkania organizacyjnego z nowymi zamierzeniami i planami na nowy rok i podszedłem do szefa.
- Mirek, masz chwilę? - zapytałem.
- Dla ciebie, Bartku, zawsze. Wiesz, że jesteś moim ulubionym pracownikiem. - Zgasił rzutnik i pokazał białe zęby. Skurczysyn musiał wydać naprawdę sporo kasy, żeby mu zęby tak świeciły.
- Daruj sobie. Wiem, że każdemu tak trujesz.
- Oj tam, nie przesadzaj - zaśmiał się serdecznie. - Mów o co chodzi.
- O tę współpracę z zagranicą, o której dzisiaj wspomniałeś. - Żeby nie było, że nic nie wyniosłem ze spotkania, to zapamiętałem sobie co nieco. - Wspomniałeś, że firma otwiera się na nowe kraje i podejmuje współpracę. Coś tam przebąknąłeś między innymi o Australii i Kanadzie, a także innych pomniejszych państwach. Miałeś kogoś konkretnego na myśli, mówiąc o wysłaniu tam ludzi na kontrakt?
- Parę osób - wzruszył ramionami, nie przerywając sprzątania biurka.
- Na przykład mnie? - zapytałem.
- Na przykład - potwierdził skinieniem głowy. Spojrzał mi w oczy. - Zresztą chciałeś wyjechać. Sam mi o tym mówiłeś.
- Tak, mówiłem - przyznałem, podnosząc nieco głos. Czułem jak zaczynam się denerwować. - Ale to było pięć lat temu.
- Widzisz, Bartuś, marzenia się spełniają.
- Po pięciu latach? - zakpiłem.
- Wiedziałem, że ty zawsze będziesz wierzył w swoje marzenia - poklepał mnie po ramieniu.
Mirek wrócił do porządkowania papierów. Jednym zamaszystym ruchem ułożył je w kupkę i wsadził do teczki. Widząc, że nadal stoję i niepewnie się mu przyglądam, przyjrzał mi się uważniej.
- Bartek! Tylko nie mów, że nie chcesz.
- Wiesz, że to było moim marzeniem - zacząłem się tłumaczyć - więc kiedy o tym usłyszałem, poczułem się tak, jakbyś mówił to tylko do mnie. Ale minęło pięć lat...
- Trzyma cię tu ktoś?
Czy trzyma? Jest Michał. No i teraz Stasiek. Platoniczna miłość, która w liceum była nieosiągalna i pachniała, jak zakazany owoc, teraz stała się realnym zdarzeniem.
Czy trzyma? Dżizas, do cholery, mam dwóch facetów! Oni dwaj mnie tutaj trzymają. Ale to jakieś popaprane wszystko. Ja, moje życie... Przecież nie mogę ciągnąć na dwa fronty. Z kogoś muszę zrezygnować. Tylko z kogo?
- Czyli jednak ktoś się pojawił - Mirek odpowiedział sobie sam na pytanie. - Cóż, Bartku, ja z ciebie nie zrezygnuję. Liczę na ciebie, na twoje zdolności. Wiem, że dasz sobie radę i podejmiesz słuszną decyzję. Nie zawiedź mnie. Mam względem ciebie plany, pamiętaj o tym. Na twoim miejscu już załatwiałbym sobie wizę. I pamiętaj, że to co robisz, musisz robić dobrze.
Mirek zamrugał oczami. Chwycił teczkę i opuścił salę konferencyjną.
- Ja ci dopiero mogę zrobić dobrze - mruknąłem do siebie pod nosem.
Wróciłem do swojego biura nieco przygaszony z wirującymi w głowie myślami. Wymarzony wyjazd zagraniczny był prawie na wyciągnięcie ręki. Przez pierwsze dwa lata mojej pracy w tej korporacji marzyłem o opuszczeniu kraju. Mirek wówczas zapewniał, że na pewno tak się wkrótce stanie. Ale lata mijały, a obietnice stawały się tylko czczą gadaniną. Po trzech latach dałem sobie spokój. Aż tu dzisiaj wraz z początkiem nowego roku dostaję taką niespodziankę.
- Co było na zebraniu? Jakieś zmiany? Więcej pracy? Odcinają nam premię? - Karolina zalała mnie falą pytań, ale na żadne nie byłe w stanie odpowiedzieć.
- Chyba nikogo nie wyrzucają, prawda? - zapytał zaskoczony Andrzej.
- Jest okej, spokojnie! - Usiadłem przy biurku. Od razu dostrzegłem korespondencję. - Nikogo nie zwalniają. Spotkanie dotyczyło podsumowania roku i planów na obecny rok, więc nikomu nic nie grozi.
- To czemu masz taką dziwną minę? - zainteresowała się Karolina. - Wyglądasz, jakby coś cię gryzło.
- Nic takiego. Wszystko w porządku.
Zabrałem się za przeglądanie listów. A tam oczywiście tajemnicza koperta z moim imieniem, napisanym odręcznie znanym mi pismem. Znowu ta tajemnicza A. Kim ona jest? Jakaś napalona fanka sobie upatrzyła we mnie bożyszcze. I jeszcze te głupie liściki z wyznaniami. Może i było to miłe wcześniej, ale teraz zaczęło się robić nudne.
- Jezusie! - jęknąłem zniesmaczony. - Znowu od niej liścik. Ja pierdzielę.
- Co tym razem pisze? - zaśmiała się Karolina.
Przeleciałem oczami po kilku zdaniach.
- Nic konkretnego. Nadal we mnie zabujana, ma nadzieję, że dobrze się bawiłem na sylwestrze, gdziekolwiek byłem i że życzy mi wszystkiego dobrego w nowym roku. Takie pierdoły.
Rzuciłem list w kąt biurka.
- Zakochana jest. Dziwisz się? - Andrzej stanął w obronie tajemniczej A.
- Tak, dziwię się. Nie jesteśmy w przedszkolu, żeby pisać sobie takie liściki. To znaczy ona pisze, bo ja nawet nie wiem kim jest ani jak wygląda.
- Dzieciaki w przedszkolu nie potrafią pisać - zauważył Andrzej.
- No nieważne!
Byłem poirytowany. Bo i ten wyjazd wymarzony się szykował, i miałem Michała. Zaczęło mi się szczęścić i dobrze powodzić, to masz ci los - trzeba wybrać. Albo Michał, albo wyjazd. I jeszcze zerwany zakazany owoc w postaci Stasia. W życiu nie miałem takiego mętliku w głowie. Ktoś na górze urządził sobie całkiem dobrą zabawę moim kosztem.
Musiałem się komuś wyżalić. Odczułem tak nagłą potrzebę wygadania się, że chwyciłem komórkę i wyszedłem bez słowa z biura.
- A ty dokąd? - Usłyszałem za sobą głos Karoliny.
- Przejść się.
Dopiero na świeżym powietrzu trochę się uspokoiłem. Wolnym krokiem ruszyłem wzdłuż budynku, wybierając numer Filipa. Odezwał się po czterech sygnałach.
- Już myślałem, że nie odbierzesz - odetchnąłem z ulgą do telefonu.
- Od ciebie mogę odebrać zawsze, kiedy akurat mogę. - W słuchawce usłyszałem jego radosny śmiech. - Co tam u ciebie, Bartłomieju? Jak w nowym roku?
- W sumie nie mogę narzekać, bo jest... - przerwałem na moment, szukając w głowie odpowiedniego słowa do określenia mojego stanu - przyzwoicie. - Idealnie pasowało. - Wszystko jest tak jak trzeba, a nawet lepiej. Ale, Filip, nie ogarniam tej kuwety.
Czułem, jak zaczyna uchodzić ze mnie powietrze.
- Co się dzieje?
- Moje marzenie się spełniło, rozumiesz? Szef wspomniał dzisiaj o wyjeździe za granicę. Do Kanady. Czujesz to? Do Kanady. Zawsze chciałem tam pojechać. Pięć lat temu, kiedy zaczynałem u nich pracę, szef zapewniał mnie o możliwości takiego wyjazdu. Dzisiaj powiedział, żebym starał się o wizę.
- Ale ci dobrze - w głosie Filipa usłyszałem nutkę żalu. - Cieszę się, ale ci zazdroszczę. A możesz mnie zabrać ze sobą? Proszę, możesz?
- Filip, to nie jest śmieszne - zbeształem go. - Wyjeżdżam, czy ty to rozumiesz?
- Tak, rozumiem, wyjeżdżasz służbowo za granicę. Po prostu super, bo mnie nie zabierasz.
Tym razem w jego głosie dało się już słyszeć żartobliwy ton.
- Nic nie rozumiesz. Muszę powiedzieć o tym Michałowi, a to się wiąże z tym, że muszę go zostawić. Nasz związek tego nie przetrwa. Teraz rozumiesz?
- A Staszek?
No to mi dojechał. Jakby moje sprawy życiowe naprawdę nie były zbyt skomplikowane. Widać, że Filip monitoruje cały czas moje losy.
- No właśnie też nie wiem - przyznałem ze skwaszoną miną. - Nie wiem co mam robić. Nie mam zielonego pojęcia. Nigdy nie byłem w takiej kropce.
- Nie zastanawiaj się, tylko jedź. I pamiętaj, zabierz mnie ze sobą.
- Dlaczego tak się uparłeś, żeby ciebie zabrać? Coś nie tak z Góralem?
- A szkoda gadać! Nawet nie wiem, czy żyje. Czy ten jego Konrad przypadkiem go nie zaszlachtował z rozpaczy. W końcu już drugi raz go zostawia. Wiesz, że jakiś góral mnie szukał? Początkowo myślałem, że to Wiktor, ale Wiktor ma do mnie telefon, więc to nie mógł być on.
- To może ten jego były, czy jak mu tam...?
- Nie wiem.
- Wiesz co? Mamy strasznie popaprane życie.
- Otóż to - potwierdził Filip. - Muszę kończyć, ale jak będziesz chciał pogadać, tyrknij wieczorem. I jedź, nie zastanawiaj się. Może akurat tam sobie kogoś znajdziesz.
- Ale pieprzysz głupoty. Trzymaj się. Pa.
- No pa.
Wróciłem do firmy i zabrałem się do pracy. Właśnie w takich momentach, jak dziś potrzebowałem się spotkać z przyjacielem i pogadać. Tak po prostu, o wszystkich i o niczym. Tylko żeby wysłuchał, pogadał głupio albo pomilczał. Nie musi się odzywać. Grunt, żeby był. I dlatego brakowało mi Filipa. On tam, w Zakopanem, a ja tutaj, w Krakowie. Totalnie rozjechały się nasze drogi. Kontakt telefoniczny to już nie to samo, co spotkania twarzą w twarz.
Kiedy wróciłem na mieszkanie, pod drzwiami czekała na mnie niespodzianka w postaci... Staszka. Zaniemówiłem na jego widok. Przez głowę przelatywało dziesiątki pytań? Skąd on się tu wziął? Jak mnie znalazł? Dlaczego przyjechał? Czemu się tak zaczepnie uśmiecha? Czego może chcieć? Dlaczego ja się do niego uśmiecham?
- Stasiek? - zwróciłem się do niego tym samym zwrotem, który stosowaliśmy w liceum. - Co ty tutaj robisz?
- Przyjechałem do ciebie - odparł spokojnie. - Nie widzieliśmy się od... - Urwał dość szybko, ale wiedziałem o co mu chodzi.
- Musiałem wracać do Krakowa - zwaliłem winę na Gród Kraka. - Jak mnie znalazłeś?
- Popytałem tu i tam - odparł i rozłożył ręce - i oto jestem.
Jego przyjazd nie wróżył nic dobrego.
- A co by było, gdyby coś zatrzymało mnie na mieście? - zapytałem.
- Czekałbym do skutku.
A co by było, gdybym wrócił z Michałem, a w progu mieszkania Stasiek? Lecz tego pytania nie wypowiedziałem głośno. Zachowałem je dla siebie.
- Zaprosisz mnie do środka? - zapytał.
- Tak, jasne - rzekłem speszony. Po prostu nie wiedziałem jak się zachować.
Ręce mi drżały, kiedy próbowałem trafić kluczem do zamka. Dwa razy spudłowałem, przeklinając siebie w duchu za swój stan. Że też muszę się tak zawsze takimi pierdołami stresować.
Zaprosiłem go do środka. Wystarczyło, że drzwi zamknęły się za nami, a Stasiek już przyssał się do moich ust. Mimowolnie rozchyliłem wargi i wpuściłem jego język do gardła, by mógł tam pobaraszkować. Przez dłuższą chwilę czułem, jak bardzo brakowało mi bliskości Staszka.
- Myślałem o tobie cały czas - wyszeptał, łapiąc oddech.
- Stasiek - wymamrotałem, trzymając jego twarz w swoich dłoniach - nie możemy. To nie może się powtórzyć. Ja mam...
W kieszeni kurtki odezwała się komórka.
- Nie odbieraj - prosił Stasiek.
- Muszę. To może być ważne.
Sięgnąłem po telefon.
- O kurwa! - zakląłem siarczyście. - To Michał. Cześć - przyjąłem połączenie, zmieniając szybko głos i udając, jakby nic się nie stało. - Co tam?
- Chciałem zapytać, jak minął ci dzień w pracy?
- Dobrze, dzięki. Już jestem w domu.
Kurwa, przemknęło mi przez głowę, przecież on może lada moment się tutaj zjawić. Będę musiał się szybko pozbyć Staśka.
- Ja będę wolny dopiero koło dwudziestej pierwszej. Zobaczymy się dzisiaj, prawda?
- Jasne, wpadnij do mnie.
Podczas gdy rozmawiałem przez telefon, Stasiek zbliżył się do mnie i chuchnął ciepłym oddechem w ucho. Zadrżałem, z trudem powstrzymując się przed wydaniem jęku. W następnej chwili poczułem jego wilgotne usta, kiedy składał na szyi pocałunki.
- Muszę kończyć...
Ostatnie słowa wypowiedziałem tak rozwlekle, że głupi by się nie domyślił, co się dzieje. Ale mnie już nie było. Zdążyłem odłożyć komórkę na szafkę. Traciłem kontrolę nad ciałem.
- Czyli mamy czas do dwudziestej pierwszej, nim przyjdzie twój facet. Słyszałem każde słowo.
- Tak - wyszeptałem, ściągając kurtkę.
Stasiek wgryzał się w szyję, a ja już jęczałem, czując nieziemską rozkosz, która zalewała mnie od środka. Przedpokój wirował z zawrotną prędkością. Zakazany owoc smakuje dużo lepiej, pomyślałem przypominając sobie sceny ostrego seksu ze Staśkiem tamtej nocy w leśnej szopie. Już za chwilę miało się to powtórzyć. Nie mogłem się doczekać, widząc oczami wyobraźni, jak dajemy upust swoim żądzom. W takim przyjemnym momencie kto myśli o konsekwencjach? Na pewno nie ja.

B l o g i   g e j ó w

środa, 8 stycznia 2014

Epizod 105.

- Proszę. Dla ciebie.
Michał wsunął mi w zmarznięte palce styropianowy kubek z parującym grzańcem galicyjskim, zakupionym przed momentem na trwającym jeszcze kiermaszu świątecznym, zlokalizowanym przy pomniku Adama Mickiewicza. Zniknął jakieś pięć minut temu, zostawiając mnie samego pod ogromną sceną, rozłożoną pod Ratuszem i specjalnie przygotowaną na jutrzejszą imprezę sylwestrową.


W oczekiwaniu na jego powrót z rozgrzewającym trunkiem, próbowałem nie zmarznąć, wykonując podskoki, przytupy, pocierając dłonie. Nic to nie dawało. Choć nie było wcale tak zimno, bo mrozy raczej ulokowały się gdzieś na Syberii, to jednak przenikliwy chłód i nieprzyjemna wilgoć w powietrzu dawała w kość. I pomimo ciepłego swetra pod grubą kurtką, dostawałem momentami dygotek. A staliśmy już w tym jednym miejscu od dobrych dwóch godzin.
Ale na całe szczęście gorący grzaniec miał mnie ogrzać od środka.
- Dziękuję ci bardzo - odpowiedziałem Michałowi, wciągając przyjemny aromat wina. Taki jeszcze świąteczny. - Tego właśnie potrzebuję.
Siorbnąłem cicho parujący trunek. Przyjemna fala ciepła przecisnęła się przez przełyk i wpadła do żołądka. Z każdą sekundą czułem, jak napój rozgrzewa mnie od środka. By zatrzymać na dłużej to uczucie, upiłem jeszcze kilka solidnych łyków, a z każdym miałem wrażenie, że robi mi się coraz goręcej.
- Niech ci wyjdzie na zdrowie!
Uniósł w górę swój kubek z grzańcem w geście wzniesienia toastu.
- Kto teraz zagra?
- Future Folk podobno - odparłem. - Brzmi bardzo zakopiańsko, ale niestety nie znam zespołu.
- A ja parę razy słyszałem chłopaków - stwierdził Michał. - Całkiem nieźle grają. - Po czym upił parę łyków i mówił dalej: - No i muszę cię pochwalić i zwrócić honor. Spotkałem się dzisiaj z Karolem.
- O! - rzekłem zaskoczony. - I jak było?
- Wyobraź sobie, że zadzwonił i zakomunikował, że ma do mnie ważną sprawę. Oczywiście od razu zaznaczył, żebym sobie nie wiadomo czego nie pomyślał, że niby wracamy do siebie, czy coś w tym stylu. Ale po głosie poznałem, że jarał się jak mały konik na wybiegu. Wystroił się na spotkanie, wypachnił, niczym szczur na otwarcie kanału... Czyli wniosek z tego, że mu zależało.
- Sorki, że ci przerwę - wtrąciłem - bo czegoś tu chyba nie rozumiem. Spotykasz się z nim, a zdając mi relację, kpisz sobie z niego. Co jest grane? Ja wiem, że zamiast serca masz kamień i pierdolisz uczucia, bawisz się nimi, potrafisz w sobie rozkochać niejednego geja, a potem tak po prostu się go pozbyć, ale... Michał! Co jest z tobą nie tak? Czemu to robisz?
- Bo życie jest za krótkie, by certolić się z uczuciami? Hello! Trzeba się bawić.
- A nie sądzisz, że ten ktoś może mieć serce? Może czuć? A ty tak go traktujesz!
- No to ma problem - Michał z uśmiechem wzruszył ramionami, przerzucając spojrzenie na scenę.
- Nie miałbym pretensji, gdybyś te swoje wybryki przerzucił na osoby, które nie znam, choć i to byłoby wobec nich świństwo. A ty jak na złość skupiłeś się na Karolu i na Bartku. Dlaczego oni? Przecież Kraków to kopalnia gejów! Dżizas, nie rozumiem cię!
- Lubię się dobrze zabawić - podsumował niewzruszony Michał. - A ty - wycelował we mnie palcem - nie baw się w Matkę Teresę wszystkich gejów, bo oni nie posłużą ci pomocą, kiedy będziesz tego potrzebował.
- Zdziwiłbyś się.
- Ty byś się zdziwił.
Nic do niego nie docierało. Pod tym względem facet był żywą skamieliną, odporną na słowa, uczucia, może nawet i łzy. Jak do niego dotrzeć, by zrozumiał, że swoim cholernie chamskim postępowaniem kogoś krzywdzi? Jedyna opcja, to sprawić, by się zakochał, a ta druga osoba, mogłaby go zrobić w buca. Wtedy mógłby poczuć, jak to jest bawić się cudzymi uczuciami. Cała nadzieja w Bartku. Gdyby udało mi się go namówić, żeby zostawił Michała... Tyle że Michał nie był nawet zauroczony Bartkiem. Traktował go, jak normalną, zwyczajną rozrywkę.
- Michał! - pokręciłem głową zrezygnowany.
- No co Michał? Co Michał? Mam ploty o Karolu. Chcesz wiedzieć, co było dalej?
Nasze spojrzenia skrzyżowały się na parę długich sekund. Patrzył na mnie tymi wielkimi oczami, które śmiały niewzruszenie, spokojne, sprawujące kontrolę nad otoczeniem, pełne nieodkrytych tajemnic. Ile one widziały, to tylko jeden Michał może wiedzieć.
- No dobra, mów dalej - zachęciłem.
Michał upił kolejny łyk grzańca.
- Patrząc mi głęboko w oczy, stwierdził że ma przyjaciela, który prosił go przysługę i dlatego się ze mną spotyka. - Przez cały ten czas, kiedy Michał streszczał spotkanie z Karolem, z jego twarzy nie znikał uśmiech. - Podałem mu namiary do siebie, żebyś mógł się ze mną skontaktować, więc pewnie niedługo zadzwoni i czeka nas oficjalne spotkanie i rozmowa.
- Daruj sobie te ceregiele, Michałku - poklepałem go po ramieniu. - Zapomnij. Wystarczy, że teraz rozmawiamy i okazałeś odrobinę serca, dając mi dach nad głową na dzisiejszą noc.
- Dla ciebie wszystko. - Michał zamrugał zalotnie powiekami.
- No to mam nadzieję, że już przestaniesz mnie szantażować wyjawieniem tajemnicy?
Musiałem się upewnić, że mój sekret jest bezpieczny i nie grozi mu niespodziewane publiczne wyjawienie i ujrzenie światła dziennego. Nieczuły kolega, stojący obok i przerastający mnie o pół głowy, spojrzał na mnie z politowaniem w oczach.
- Kochany Filipku. Dopóki Karolek znów nie zatańczy, jak ja mu zagram, wciąż twoja słodka tajemnica balansuje na krawędzi.
- No to co ja mam, kurwa, robić? Może mi powiesz? - podniosłem głos wpadając w szał.
- Nie wiem. - Michał wzruszył spokojnie ramionami. - Postaraj się bardziej.
- Pierdolę cię!
Przechyliłem styropianowy kubek z grzańcem, opróżniając go z napoju. Czułem, jak krew zaczyna mi szybciej pulsować. Ze złości, a jakże inaczej. Co za ćwok! Z jednej strony go lubiłem, bo był fajny. Miał twarde podejście do życia. Niepowodzenia traktował, jak coś normalnego, nie załamywał się i zawsze spadał na cztery łapy, by po chwili podnieść się z ziemi, otrzepać spodnie i ruszyć dalej. Nie, nie rozczulał się nad sobą, jak ja, czy inni moi znajomi. Michał należał do innych ludzi, tych silniejszych. Za to go lubiłem i to w nim ceniłem najbardziej. Ale ostatnio pokazał również swoją ciemną naturę, czyli jak bardzo potrafi być mściwy, złośliwy i jakich środków może użyć, by dopiąć celu. A ja za cholerę nie mogłem znaleźć na niego metody. Nic nie skutkowało. Facet ze stali normalnie!
- Aż taką masz ochotę? - zaśmiał się Michał.
W tym momencie na scenie zrobiło się zamieszanie. Jakiś pan z wielkimi słuchawkami zapowiedział występ zespołu Future Folk, odliczył do jednego i z głośników popłynęła głośna muzyka. Chciałem mu odpowiedzieć, ale zrezygnowałem. Machnąłem tylko ręką. Bo i tak nic moje gadanie by nie dało.
Odsłuchaliśmy występu do końca, po czym udaliśmy się przez Sławkowską w kierunku Basztowej, skąd odjeżdżał tramwaj na Krowodrzę Górkę, a stamtąd przesiedliśmy się w autobus na Prądnik Biały do mieszkania Michała.
U niego miałem spędzić noc. Nie chciałem nikogo innego prosić o nocleg, a na niego mogłem liczyć, więc kiedy zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że będę przejazdem w Krakowie, od razu wyskoczył z propozycją przenocowania u niego. Przynajmniej pod jednym względem okazywał serce.
Dochodziła już północ. Wykąpany i przygotowany do snu siedziałem jeszcze w kuchni, popijając ciepłą herbatę i przeglądając kolorowy magazyn dla panów. Z jakimiś odżywkami białkowymi, rozpisanymi treningami. Skąd u Michała taka gazetka? A może nie będę w to wnikał. Pewnie różnych typków przyjmuje do siebie na noc. Mógł się zdarzyć jakiś pakeros, który zostawił u niego swoją biblię o specyfikach.
Szum wody spod prysznica ustał. Po kilku minutach drzwi od łazienki zaskrzypiały. Plask, plask, plask, plask i jeszcze jedno plask. Michał paradował na bosaka po mieszkaniu. Zatrzymał się w progu i patrzył na mnie. Nie widziałem jego wzroku, ale czułem go na sobie.
- O co chodzi? - zapytałem, nie podnosząc głowy.
- Tak się zastanawiam...
- Nad czym?
- Nie miałeś nigdy ochoty na mnie?
Urwałem czytanie przyjemnej lektury w pół zdania. Zaskoczył mnie tym, więc mimowolnie uniosłem głowę. Stał oparty o futrynę, owinięty wokół pasa białym ręcznikiem, sięgającym do owłosionych łydek. Na wygolonym, silnie umięśnionym torsie lśniły kropelki wody. Kilka szukało ścieżek na skórze, by dotrzeć do podbrzusza, omijając sutek, ślizgając się po napompowanej od siłowni piersi, a potem wspinając się wolno po napiętym żeberku uformowanego kaloryfera. Do tego włosy w artystycznym nieładzie dodawały mu swoistej urody. W takim stanie wcale się nie dziwię, że Bartek czy Karol nie mogli się mu oprzeć.
Odchrząknąłem, prostując się energicznie.
- Nie - odparłem, patrząc mu w oczy - nigdy nie miałem na ciebie ochoty.
- Nawet teraz? - Puścił oczko, a ja skamieniałem. O cholera! I co teraz?
Poczułem się dziwnie przymroczony. Wstałem bezwiednie od stolika, odkładając gazetkę i zbliżyłem się do Michała na niebezpieczną odległość. Od jego twarzy dzieliło mnie może dwadzieścia centymetrów. Kusił swoim wdziękiem, uśmiechem, mokrym i seksownym ciałem.
- Leciałeś na mnie na studiach, przyznaj to - rzekł prawie szeptem, a jego oddech sprawił, że zadrżałem.
- Przyznaję, masz rację. Było w tobie coś intrygującego. Ale ty wolałeś przeruchać kogoś innego. Tego niewinnego studencika z pierwszego roku.
- Sam nadstawiał tyłek. - Michał musnął wargami małżowinę uszną.
Znów poczułem przyjemne drżenie.
- Zgwałciłeś go - zauważyłem.
- To nie był gwałt. Chciał tego. A co? Chciałeś być na jego miejscu?
- W tamtym czasie? - zamyśliłem się na moment i zamknąłem oczy, czując ciepły oddech Michała na szyi. - Może. Ale to było dawno temu. Chwilowa słabość.
- Ale teraz możemy to naprawić i nadrobić zaległości.
Otworzyłem oczy i przyjrzałem mu się z bliska. W tych szalejących źrenicach czaił się seksualny obłęd, chęć fizycznego kontaktu i wspaniałych cielesnych doznań. Zbliżyłem wargi do jego ucha.
- Michałku - szepnąłem ostrożnie - zapomnij. Za żadne skarby świata nie pójdę z tobą do łóżka.
Odsunął się gwałtownie, by móc mnie lepiej obserwować. Był zaskoczony. Na twarzy dominowało zdziwienie i szok. O, biedny Michałek. Czyżbym wystrychnął go na dudka?
- Nie rozumiem - rzekł po dłuższej chwili milczenia, próbując przez ten czas ułożyć sobie wszystko w głowie. - Co to miało być?
- Nic - wzruszyłem niewinnie ramionami.
- Bawiłeś się mną?
- Przecież nie masz serca - klepnąłem go lekko w klatkę, w miejscu, gdzie zlokalizowany był mięsień pompujący krew. - Idę spać. Dobranoc.
Z uśmiechem zadowolenia skierowałem się do pokoju gościnnego, gdzie miałem przygotowane łóżko. Byłem z siebie dumny, że mogłem choć w takiej części zrewanżować się Michałowi za wszystkie jego wybryki. 1:0 dla mnie. Jupi!
- Masz kogoś! - Jego głos zatrzymał mnie w progu. - Dlatego nie chcesz się bzyknąć, bo kogoś masz? Prawda? - Spojrzałem na niego z politowaniem. Patrzył na mnie i mierzył w moją stronę palcem wskazującym. - Tu cię mam. Już wszystko jasne. Wyjechałeś sobie do Zakopanego, poznałeś górala i teraz tam jest twoje miejsce. Tak szybko zapomniałeś o Arturze? Czy tam Krzysztofie? - dodał szybko. - Zresztą jak zwał, tak zwał. Masz górala, który rucha cię swoją ciupagą.
- Daruj sobie te obraźliwe teksty. Nic nie wiesz.
- Uderzyłem w czuły punkt. Co? Góral wierny, jak pies? Nie prowadzi podwójnego życia, jak twój Arturo? Ale czy na pewno? - zaśmiał się szyderczo. - Może powinieneś go skontrolować. Albo nie! - zawołał. - Mam lepszy pomysł. Poznaj mnie z nim, zostaw na godzinę samych, a udowodnię ci, że po dziesięciu minutach będzie mi obciągał. I to wszystko z miłości.
Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak zbliżam się do niego, kładę dłonie na szyi i zaciskam z całych sił. Dusi się i dławi. Macha rękami, broniąc się przed śmiercią i próbując łapczywie złapać oddech. Lecz nie puszczam; wręcz zaciskam jeszcze mocniej. Czuję jak pod palcami pęka grdyka, a Michał wydaje ostatnie tchnienie, osuwając się na ziemię...
Ocknąłem się. Stał nadal tam, gdzie stał, z tym swoim głupkowatym uśmiechem. Szkoda go zabijać, by potem siedzieć za takiego dziada w pierdlu. Mam tylko nadzieję, że ktoś w końcu kiedyś dobierze się do tej jego dupy i usadzi na amen. Nie będę to ja. Cóż, niedługo cieszyłem się swoim zwycięstwem nad nim. Chłopak zawsze znajdował rozwiązanie, by kogoś pogrążyć. I właśnie to cholernie mi się w nim podobało. Niczym się nie przejmował, a jak spadał, to spadał na cztery łapy. Jak kot.
- Dobranoc.
Zamknąłem drzwi za sobą i położyłem się spać.
Następnego dnia wstałem przed dziewiątą. Michała już było; skoro świt wyszedł do pracy. Zjadłem jakąś kanapkę, zebrałem się szybko i udałem na dworzec. Wsiadłem do autobusu, który jechał do Zakopanego. Przez pół drogi zastawiałem się co mam ze sobą zrobić. Szantaż Michała zaczynał mi ciążyć, a sekret stawał się jeszcze bardziej niewygodny. Może już nadeszła pora, by stanąć z problemem twarzą w twarz i starać się go jakoś ułaskawić. Konsekwencje tamtego czynu muszę ponieść, to pewne, ale czy starczy mi odwagi, by przyznać się do wyrządzonej przed laty krzywdy? Bałem się. Cholernie się bałem.
Strach minął, kiedy dojechałem do Zakopanego, a w momencie gdy przekraczałem próg pensjonatu Anieli, całkiem zapomniałem o Michale i moim sekrecie. Znów osiągnąłem wewnętrzny spokój. Aniela wycałowała mnie na powitanie, zaprowadziła do jadalni i posadziła przy stole.
- Może chociaż zaniosę walizkę do pokoju - rzekłem z uśmiechem.
- Potem! - machnęła ręką. Postawiła przede mną kubek grzańca. - Spróbuj.
Zaciągnąłem się świeżym aromatem goździków. Zwilżyłem usta w gorącym napoju. Solidna dawka alkoholu uderzyła w nozdrza.
- Co to jest? - odstawiłem na bok kubek, krzywiąc się od nadmiaru oparów alkoholowych.
- No jak to co? No grzaniec!
- Jakiś inny - zauważyłem.
- A tyś taki skrzywiony, jakby ci nie smakował.
- Bo ma za dużo spirytusu. Chcesz upić dzisiaj ludzi?
- Przecież sylwester.
- To nie znaczy, żeby się tak od razu ubzdryngolić. Miej litość, Aniela.
- No dobra.
Aniela wstała i podeszła do kontuaru, skąd wzięła jakąś ulotkę i położyła przede mną. Powiedziała, żebym się z tym zapoznał, bo w styczniu jadę na jakieś targi hotelarskie do Poznania, by reklamować przy okazji jej pensjonat, a skoro się na tym znam, to ja zostałem tam oddelegowany. Wzruszyłem tylko ramionami, przecież decyzja już została podjęta.
- No i byłabym zapomniała. - Aniela z powrotem usiadła obok mnie. - Był tu taki pan i pytał o ciebie.
- O mnie? - zapytałem zaskoczony.
- No o ciebie, o ciebie. Chciał jakiś telefon, ale powiedziałam, że nie dam mu, żeby przyszedł, kiedy przyjedziesz.
Wiktor. To musiał być on. Przecież w wigilię napisał do mnie, że zerwał z Konradem, że za mną tęskni. To na pewno on. Nie odpisałem co prawda, bo nie chciałem mieszać, ale mógł zatem mnie szukać. I poprzez Elizę, swoją przyjaciółkę pewnie trafił do pensjonatu Anieli. Zresztą Zakopane to małe miasto i ludzie się znają.
- To był Wiktor? - zapytałem z nadzieją.
- Wiktor? - Aniela zmarszczyła czoło. - Nie wiem, nie przedstawił się, a ja nie pytałam. Może i Wiktor, kto go wie.
- Ale Wiktor ma do mnie numer komórki - pomyślałem głośno. - To nie mógł być on.
- Nie wiem. Pewnie przyjdzie po Nowym Roku, to się sam przekonasz, czy to był Wiktor, czy ktoś inny. No, wracam do pracy.
Aniela wstała i zniknęła na kuchni.
- Super - powiedziałem do siebie na głos. - Szuka mnie jakiś obcy mężczyzna. A już miałem nadzieję, że to Wiktor. Ja pierdzielę.
Westchnąłem głośno. Powąchałem gorący napój sporządzony według receptury Anieli. Natychmiast mnie cofnęło. Wziąłem walizkę i ulotkę o targach i poszedłem do swoich podhalańskich czterech ścian. Dzisiaj sylwester. Trzeba przygotować się do pracy.
- Happy New Year - bąknąłem pod nosem.

B l o g i   g e j ó w

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Epizod 104. Rozterki Bartka /14/.

Kraków.
Kawa wypita do połowy wystygła już godzinę temu. Ostatnia smużka dymu uniosła się bezwiednie ku górze, po czym rozmyła się w powietrzu. Zniknęła, ot tak. A ja pogrążyłem się w zalegających mój umysł myślach. Myślach, które trawiły mózg i nie pozwalały normalnie funkcjonować, a które dotyczyły wydarzenia, mającego miejsce w wigilijną noc.
Popatrzyłem z obrzydzeniem na zimną kawę i odstawiłem kubek na bok. Praca. Muszę się skupić na pracy, a wtedy na pewno te popaprane myśli, te wspomnienia ulecą. I oby na zawsze. Otworzyłem pierwszą z brzegu tabelkę z danymi. Cyferki i opisy zaczęły skakać przed oczami, jak oszalałe. Pierwsze czynności szły nawet nawet. Ale nim się zorientowałem już zagłębiłem się myślami w obrazach, które niespodziewanie wyskoczyły z zakamarków mózgu i dumnie paradowały, ukazując pełnię męskiej nagości, a przy tym perfekcyjnie odtwarzając wydawane dźwięki.
Chciałem, by zniknęły, więc ukryłem twarz w dłoniach. Nic to nie dało.
Błysk!
Jęk, który wydawałem wtedy, tuż pod lasem, w starej rozwalającej się szopie, wydobył się znikąd.
Błysk!
Stasiek energicznie zdarł ze mnie spodnie i dał z zadowoleniem porządnego klapsa, mówiąc przy tym, że mi się należał od wielu lat. A mnie sprawił on jeszcze większą przyjemność.
Błysk!
Dławiłem się. Krztusiłem, plując śliną, próbując zapanować nad odruchem wymiotnym, by nie zwrócić kolacji wigilijnej. A przed oczami prężył się ogromny kutas Staszka. Złapał za głowę i przycisnął mocno. Połknąłem go w całości. W gardle poczułem, jak pulsuje energicznie, drażniąc podniebienie. Znów poczułem, że się krztuszę. Wyrwałem się, patrząc załzawionymi oczami na ten ogromny nabytek, który był dumą i chlubą Staśka.
Błysk!
Poczułem go w sobie. Jedno mocne pchnięcie, potem następne i kolejne. I znowu to samo. A z gardła wydobył się nieartykułowany dźwięk.
Błysk!
- Bartek, co z tobą?
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dobrej wróżki z bajki o Kopciuszku, obrazy mojej zdrady Michała z młodzieńczą i dotychczas platoniczną miłością licealną prysnęły niczym bańka mydlana. Znów byłem w biurze, w pracy, przed komputerem na którym widniała zapisana tabelka, obok w kubku niedopita zimna kawa rozpuszczalna. I ona, Karolina, ostatnio strażniczka mojego samopoczucia. Kiedy widzi, że nagle odlatuję gdzieś myślami, zjawia się i przywołuje do porządku.
- Znowu bujasz w obłokach - zauważyła, podchodząc do mojego biurka.
Andrzej zajęty swoimi sprawami, nie oderwał oczu od ekranu. Z kolei Agata totalnie wsiąkła w pracę, ignorując wszystkich w biurze. Może dlatego, że dzisiaj był jej ostatni dzień w firmie. W sylwestra wzięła sobie wolny dzień. Między wyjściem do toalety a jej powrotem za biurko, Karolina zdążyła się wypaplać, że Agata szykuje się na jakiś większy bal z okazji zakończenia roku. Podobno zjawił się absztyfikant, który zaprosił ją imprezę. Agata długo się nie zastanawiała. Prawie w ogóle nad tym nie myślała. Po prostu złapała wiatr w żagle i zgodziła się pójść.
- Akurat coś mi się przypomniało. - Starałem się, by moja odpowiedź zabrzmiała bardzo realnie, jednak odniosłem wrażenie, że wywołała wręcz odwrotny skutek. - Wigilia, o! Święta. Dom. Pełno żarcia i zjazd rodzinny, jak co roku.
Karolina usiadła lewym półdupkiem na brzegu biurka. Jej twarz rozświetlił wymuszony uśmiech.
- Tak, jasne. I myślisz, że w to uwierzę? - Nachyliła się w moją stronę i zapytała szeptem, tak by ani Agata, ani Andrzej nie usłyszeli żadnego słowa: - Chcesz pogadać?
- Nie, daj spokój.
- Ale Bartek, dobrze wiesz, że możesz zawsze na mnie liczyć! Może i nie wyglądam na osobę godną zaufania, ale to tylko pozory. Milczę, jak grób. Cokolwiek mi powiesz, to jak kamień w wodę.
I gdyby przyszło mi powiedzieć o sobie, że jestem gejem, to pierwszą osobą, która by się o tym dowiedziała, byłaby z pewnością Karolina. Yhy, tak jasne. Już to widzę, jak leci do Karolina leci do swojej najlepszej psiapsiółeczki z podwórka i niby w sekrecie opowiada jej, zaznaczając przy tym, żeby nikomu nie mówiła i nie przekazywała tej rewelacyjnej wieści dalej, że pracuje z gejem. Dziewczyny już mają to we krwi, że muszą się podzielić cudzymi tajemnicami. Ale duża część tak zwanych "ciepłych chłopców" też ma takie zaleciałości. Ploteczki to ich chleb powszedni.
- Wiem, Karolcia, ja to wszystko wiem - przytaknąłem z uśmiechem. - Jak będę gotowy, to wszystko ci wygadam i streszczę każdy fragment mojej ciekawej historii.
- Trzymam za słowo.
Odprowadziłem Karolinę wzrokiem do biurka, a kiedy usiadła i wróciła do przerwanej pracy, ja przeniosłem wzrok na monitor mojego komputera. Ale zamiast słynnej już tabelki, znów zobaczyłem twarz Staszka. Już nie był platoniczną miłością, niespełnioną zachcianką, którą jarałem się w liceum. W zeszłym tygodniu, w wigilijną noc, tuż po pasterce, ten oto mężczyzna spełnił moje najbardziej wyuzdane marzenie. Mało tego - zdradziłem Michała. Doprawiłem mu rogi, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Że mogę go skrzywdzić. Tak po prostu oddałem się Staszkowi.
Przez dwa dni świąt nie miałem wyrzutów sumienia. Ogarniała mnie tylko przyjemna fala zaspokojenia i spełnienia. Michał zniknął z pamięci. Może i dobrze, że w tym okresie nie dzwonił. Ale, ale... To nie wszystko. Gdzieś w głowie przewijała się wówczas myśl, że pragnąłem Staszka jeszcze bardziej. Tak, brałem pod uwagę powtórzenie tego wybryku. Ale moja dziwna natura kazała mi unikać spotkań z licealnym kolegą.
Wątpliwości pojawiły się nagle, w formie krótkotrwałych rozbłysków o Krakowie. Że trzeba wracać. Że od poniedziałku czeka mnie praca. Prawdziwe obawy zaatakowały przy niedzielnym obiedzie. I zaczęło się. Myśli typu: co ja najlepszego zrobiłem?, jak spojrzę teraz Michałowi w oczy?, czy zauważy po mojej minie, że go zdradziłem?, zostawi mnie?, każe pójść do diabła?, trzepały mną na prawo i lewo.
Ta chwila miała wkrótce nadejść. Musieliśmy się w końcu spotkać. Jednak z obawy, że mnie zostawi za zdradę, nawet nie raczyłem go poinformować, że już wróciłem do Krakowa. Dzisiaj też nie dzwoniłem, on zresztą również nie dawał znaku życia. Ale jutro sylwester. I mieliśmy go spędzić razem, Michał i ja. Takie były plany, lecz teraz... Nie wiedziałem, co mam robić. Przecież on po moim zachowaniu zorientuje się, że jest coś nie tak.
Targany emocjami i kumulującymi się wyrzutami, odczułem niespodziewanie chęć wygadania się przed kimś z tego, co zrobiłem przed tygodniem. Mimowolnie wzrok spoczął na Karolinie. Oferowała swoją pomoc, swoje uszy, oczy, ciepły głos. Zapewniała o możliwości zaufania właśnie jej. Taka fajna lokata. Ale ja niestety do końca nie potrafiłem się przed nią otworzyć.
Sięgnąłem po telefon. W liście kontaktów odnalazłem Filipa. Choć przed paroma miesiącami poróżniła nas głupota, był jedynym człowiekiem, któremu mogłem zaufać, któremu mogłem się zwierzyć. Najgorsze w tym było to, że Filip przeprowadził się do Zakopanego. Być może przyjechał na święta do domu, kto wie, ale w okresie świąt polskie Tatry są oblegane przez turystów, więc pensjonat, w którym pracował mógł przeżywać najazd, a wtedy nici z wyjazdu. Zawsze jednak istniała nadzieja, że wcale nie musiało tak być. Jak to sprawdzić? Tylko zadzwonić i przekonać się na własne uszy, gdzie obecnie jest Filip i co porabia. A nuż się okaże, że jest w Krakowie!
Szczęście mi sprzyjało tego dnia.
Filip odebrał po trzech sygnałach. Był w drodze do Krakowa. Tutaj miał się zatrzymać na noc, a jutro przed południem planował wsiąść w autobus do Zakopanego. Kiedy więc zaproponowałem mu spotkanie, pomyślał nad ofertą przez chwilę, jakby rozpatrywał wszystkie za i przeciw, by wreszcie przystać na propozycję.
Spotkaliśmy się w Kładce Cafe przy Mostowej. Przyszedł z rozwianym włosem, opatulony szalem i z torbą przerzuconą przez ramię. Wymieniliśmy się uściskami dłoni i zamówiliśmy po latte. Początkowo rozmowa krążyła wokół świątecznej atmosfery, obfitym jedzeniu i ograniczonym ruchach na świeżym powietrzu. W końcu zapytałem:
- A na sylwestra przyjechałeś do Krakowa?
- Nie - zaprzeczył szybko, upijając parę łyków gorącego latte. - Wracam do Zakopanego. W zimowej stolicy Małopolski to gorący okres, sporo turystów i jeszcze więcej pracy. Aniela nie chciała tego mówić, ale mam wrażenie, że ma w pensjonacie porządny zajeb. No więc wracam.
- Nigdy nie sądziłem, że przeniesiesz się do Zakopanego. Ty, miastowy, który nie potrafi wytrzymać bez imprez, korporacji i spotkań towarzyskich w restauracjach nagle rzucasz wszystko i wyjeżdżasz do małego miasteczka w górach, gdzie ludzi się znają i wszystko o sobie wiedzą.
- Cztery miesiące już tam mieszkam. - Filip przeliczył szybko w pamięci. - Idzie się przyzwyczaić. Jeśli nie wybijasz się z tłumu, robisz to co do ciebie należy, to jest wszystko w porządku.
- Ale Zakopane? - nadal nie kryłem zdziwienia. - Zrozumiałbym Warszawę, Poznań czy Gdańsk, ale nie Zakopane. Co w nim takiego jest, że akurat tam pojechałeś?
Filip milczał. Tylko po twarzy przemknął blady uśmiech, znikając szybko w kącikach ust. I wtedy mnie olśniło. Jaki ja mądry jestem! Filip nie pojechał tam, ot tak sobie. Przeprowadził się do Zakopanego, bo miał tam kogoś.
- Albo kto tam jest? - poprawiłem się szybko, akcentując słowo "kto".
- Raczej był. - Filip wzruszył ramionami.
- To już nie ma? - zapytałem zdziwiony.
- Kierowałem się tym pulsującym mięsem - wskazał palcem na lewą część klatki piersiowej. - Zachowałem się, jak zakochany nastolatek, rzucając wszystko, zabierając walizki ze sobą i jadąc do ukochanego, w którym się zabujałem. A tam, na dworcu, przyjeżdża mój góral ze swoim byłym i mi oznajmia radosną nowinę, że ma kogoś. Wiesz jak się poczułem? Jak skończony idiota. Chciałem się zapaść pod ziemię. Ale zostałem w Zakopcu, bo w sumie nie miałem też po co wracać do Krakowa. Co prawda w wigilię wyskrobał esemesa, że zerwał z Konradem i że za mną tęskni, ale jakoś nie czuję rytmu.
- Ale nie wszystko stracone. Jest szansa - zauważyłem.
- Zobaczymy. A co u ciebie?
- Co u mnie? - zapytałem samego siebie.
No właśnie u mnie same komplikacje, odpowiedziałem sobie w myślach. Musiałem pożalić się Filipowi. Dźwiganie takiego ciężaru, ciężaru zdrady, to nie lada wyczyn. Dla jednej osoba to katorga.
- Więc... Co u ciebie? Jak się tam sprawy sercowe mają? - Filip wciąż drążył temat, popijając swoją kawę.
- No właśnie między innymi dlatego chciałem się z tobą spotkać.
- To zamieniam się w słuch.
Spojrzałem na niego. Uśmiechał się, a tym szczerym uśmiechem przekonywał mnie, by podzielić się z nim moim sekretem. Sekretem, który trawi mnie od środka i nie daje spokoju.
- Zdradziłem Michała... - wyszeptałem powoli.
Oczy Filipa zrobiły się wielkie, jak pięciozłotówki. A już po kilku sekundach zanosił się śmiechem. Rozejrzałem się po sali. Nikt specjalnie nie zwracał na nas uwagi; każdy zajęty był swoimi sprawami.
- Śmiejesz się? - przerwałem mu zaskoczony. Nie takiej reakcji spodziewałem się po nim. - To dla ciebie jest śmieszne, Filip? - Irytacja we mnie narastała.
- Wybacz. - Jego śmiech dogorywał. Filip usilnie starał się go stłumić. - Nie sądziłem, że ty...
Kolejny chichot zjadł słowa, które chciał wypowiedzieć.
- Ale tak się złożyło, że jestem do tego zdolny. I bardzo ci dziękuję za wsparcie.
Udałem obrażonego. To jednak nie pomogło Filipowi się opanować. No musiał się wyśmiać do końca. Po upływie kilkunastu dobrych sekund wreszcie się uspokoił.
- Jestem z ciebie dumny, naprawdę - odezwał się po chwili.
- Ze mnie? - zapytałem zaskoczony.
- Bo myślałem, że jesteś zakochany po uszy w Michale, a tu takie cyrki odstawiasz. Nie posądzałem cię o to, ale chylę czoło przed tobą.
- Jaja sobie robisz, prawda? - Nadal wątpiłem w jego słowa.
- Nie - zaprzeczył natychmiast. - Może to zabrzmi dziwnie, ale cieszę się, że go zdradziłeś, bo to oznacza, że podchodzisz na luzie do tego związku. Sam wiesz, jak Michał traktował Karola, kiedy z nim był. Zdradzał go z warszawiakiem. Jak widać, Michał nie jest stały w uczuciach, więc ta zdrada jest nawet na rękę.
- Tak sądzisz? - nie do końca wierzyłem jego słowom.
- Ależ oczywiście!
- Ale mi on wcale na takiego nie wygląda. Zmienił się...
- Wiem, wiem! - Filip wszedł mi w słowo. - Jest ciepły, troskliwy i takie tam bla, bla, bla. Ale jest facetem. Zdradził raz, ma tendencję do zdrady kolejny raz.
- Czyli ja też.
- To zależy z kim go zdradziłeś - Filip pokręcił głową na prawo i lewo.
Przed oczami zobaczyłem twarz Staśka. Męski typ, rozbudowane ciało. O Jezusie! Już mi się dobrze zrobiło na samą myśl o nim.
- Z moją platoniczną miłością z liceum - odparłem.
- No to już nie taka platoniczna - zauważył Filip. - Kiedy to się stało?
- W wigilię. A dokładnie po pasterce w starej szopie pod lasem.
- No, no, no. Wow! Po prostu ekstra - zachwycał się Filip moimi wyczynami.
- A wiesz co jest najlepsze? Że kiedy tylko sobie o tym przypomnę, nadal mam ochotę powtórzyć tamto zdarzenie. Jestem wprost okropny.
- Przeciwnie - zaoponował Filip. - Znaczy, że z tobą wszystko w porządku. Podejdź do tego na luzie. Nie przejmuj się, że to zrobiłeś.
- Nie wiem czy mam o tym powiedzieć Michałowi.
Filip zmrużył oczy, a po twarzy przemknął złośliwy uśmieszek. Miałem wrażenie, jakby w jego głowie zrodził się szatański pomysł. Ale dlaczego?
- Nie byłby to nawet taki zły pomysł - rzekł zamyślony. - Całkiem dobra opcja.
- On by mnie zabił.
- Nic by ci nie zrobił. Nie chcesz mu utrzeć nosa?
Podjudzał mnie. Naprawdę mnie podjudzał. Chciał, żebym się wygadał.
- Choć z drugiej strony może lepiej zachować to dla siebie. Dowie się w swoim czasie. A póki co masz faceta, a na boku bzykasz się z licealną miłością.
Na twarzy Filipa pojawił się tajemniczy uśmiech. Coś mi mówiło, że powinienem się temu dokładniej przyjrzeć i wypytać go o tę mimikę twarzy, ale nie chciałem psuć tak miłej atmosfery. Zresztą, dopiero co odnowiliśmy nasz kontakt po paru miesiącach. Żal znów to rozpieprzać z byle powodu; jakiegoś tam uśmieszku.

B l o g i   g e j ó w

wtorek, 24 grudnia 2013

Epizod 103. Odcinek specjalny.

FILIP
Pierwsze promienie słoneczne padły prosto na moją twarz. Odczułem przyjemne ciepło, które wybudziło mnie z głębokiego snu. Odwróciłem głowę na bok, ale już nie spałem. Do rodzinnego domu przyjechałem w środku nocy, nieco zafrasowany, lekko przybity, mając w pamięci uśmiechniętą buźkę Mikołaja. Mój stan dał się od razu zauważyć, ale zrzuciłem winę na męczącą podróż. Jakoś uszło uwadze. Nim poszedłem spać umieściłem pod choinką kilka upominków.
Wierciłem się w łóżku, próbując jeszcze przywołać sen. Było tak wcześnie, a ja już nie spałem. Po kilkunastu minutach męczenia się i wiercenia z boku na bok, podjąłem decyzję o wstaniu. Podszedłem do okna, przez które wdzierały się promienie porannego słońca. Wielka kula jarzyła się oślepiającym blaskiem i odbijała od zalegającego śniegu. Tu, w tych "niby" górach, święta zapowiadały się białe. Trochę śniegu, błękitne niebo, przystrojone domy. Idealny nastrój na ten czas.
Myślami wróciłem do przeszłości.
Miałem jakieś czternaście lat, może mniej. W każdym razie były to lata dziewięćdziesiąte. Zima wówczas zaczynała się już pod koniec października, a śnieg zalegał na polach i łąkach aż do końca marca. Ale święta Bożego Narodzenia i Wigilia, miały wówczas swój niezapomniany urok. Towarzyszyła im magia, spokój, aura tajemniczości i ciekawości, pomieszana z euforią radości. Pomimo kłótni, które się zdarzały się między mną a moją starszą siostrą, do stołu wigilijnego zasiadaliśmy już pogodzeni. Za to za oknem... To były widoki. Śnieg tworzył w wielu miejscach prawie metrowe zaspy, mróz ściskał mocno i malował na szybach kwieciste wzory. Z trudnością dawało się wypatrzeć pierwszą gwiazdkę. Jeśli się udawało, zasiadaliśmy wówczas do kolacji, ale zazwyczaj niebo pokrywały pierzaste chmury, z których padały wielkie płatki białego puchu.
Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos małych stóp, które wspinały się po schodach na drugie piętro. Podbiegło do drzwi i bez pukania pchnęło je do środka. Ustąpiły, a w progu stanął mój pięcioletni siostrzeniec, Miruś.
- Wujek! - zawołał, kiedy dostrzegł mnie pod oknem.
Nim się zorientowałem już miałem go w ramionach. Już trajkotał o przedszkolu, o zajęciach, o zadaniach domowych, o prezentach, o Mikołaju, o choince. Totalny mix, jak to u dziecka. Nie wdawałem się z nim w dyskusje, bo i tak by mnie przegadał. O prezentach wiedział najwięcej, ale chyba nie dotarło do niego jeszcze, że pod choinką w salonie coś na niego czeka. Wspomniałem mu o tym, że wieczorem będzie mógł sobie otworzyć pudełko. To wystarczyło, by jego ciekawość wzięła nad nim górę. Zostawił mnie i popędził ile sił do salonu, by obejrzeć zapakowany prezent.
Przedpołudnie i popołudnie spędziłem z rodziną na przygotowaniach do wigilii. Ostatnie potrawy zostały odstawione na bok, gdzie spokojnie czekały na konsumpcję. Mały zajął się zabawkami i kreskówkami, więc nie przeszkadzał w kuchni. Ojciec usadowił się na kanapie i zanurzył nos w gazecie, a mama z siostrą przygotowywały stół. Szwagier kręcił się bez celu po domu, a ja udałem się do swojego pokoju.
Chyba przysnąłem na moment, bo kiedy się ocknąłem, zdawało mi się, że słyszę dzwonek do drzwi. W pokoju panował półmrok. Zmierzchało. Nad wschodnim horyzontem zamrugały wesoło blade punkciki. Wystarczyło się wpatrzyć.
Nasłuchiwałem. Na dole zapanowało ożywienie. Ktoś jednak raczył nas odwiedzić w wigilijny wieczór. Nie wiedziałem czy to dobry, czy zły znak, ale coś jednak mnie zaniepokoiło w tym zamieszaniu. Ruszyłem na dół. Gdzieś na pierwszym piętrze usłyszałem, jak Basia, moja siostra woła mnie po imieniu. Niepewnie wkroczyłem do salonu. Przy choince bawił się Mirek, a obcy chłopak, stojący do mnie tyłem, właśnie zdjął szal i rozpinał płaszcz. Mama o czymś z nim zawzięcie dyskutowała, śmiejąc się i żartując. Z obcym człowiekiem taka komitywa? Coś mi tu nie pasowało.
- On do ciebie. - Obok mnie zmaterializowała się Basia. - To twój kolega. Podobno się znacie - wyszeptała z uśmiechem. - A nawiasem mówiąc... masz bardzo przystojnych kolegów.
- O jesteś! - Mama uśmiechnęła się do mnie. - Masz gościa. Czemu nie powiedziałeś, że cię odwiedzi kolega z akademika z czasów studenckich?
Kolega z akademika? Zmarszczyłem czoło.
- Bo nie wiedziałem? - próbowałem zgadnąć.
- Jasne - mama poklepała mnie po ramieniu. - Idę przygotować pokój.
- Ale...
- Cześć Filip!
Mężczyzna stanął twarzą w twarz przede mną. Nie, to jakiś sen. To naprawdę kiepski sen. Głupi żart mojej podświadomości! Zaraz się obudzę, a jego tutaj nie będzie. Zniknie z mojego domu. Zamknąłem oczy.
- O Boże! - wyszeptałem z przerażeniem. - Ja chyba śnię.
- Nie śnisz, Filip. To naprawdę ja, Michał. Wiem, że to może być dla ciebie zaskoczenie, mój przyjazd tutaj, ale tak wyszło. Przypadek po prostu.
Przetarłem oczy ze zdumienia i spojrzałem na niego. Kpiący uśmieszek kipiał na jego ustach. Fagas dobrze się bawił moim zażenowaniem i roztargnieniem. Wiedział, jak uderzyć i gdzie uderzyć, by mnie wybić z pionu, by wprowadzić zamieszanie. I cholera udało mu się to. Zrealizował swój niecny plan. Chciał, żebym nie czuł się pewnie, żebym wiedział, że jest tuż za mną, śledzi każdy mój krok i może w każdej chwili spełnić swoją groźbę ujawnienia naszego sekretu. Mojego sekretu, który mu w zaufaniu powierzyłem. Jaki ja byłem wtedy głupi.
Zerknąłem na Mirka. Jakoś niespecjalnie interesował się nowym gościem. I dobrze, przynajmniej mogłem spokojnie zamienić choć parę słów z Michałem, nim zdecyduje się wyjawić mojej rodzinie tajemnicę.
- Przypadek. Czyżby? - Patrzyłem prosto w jego oczy. - Naprawdę przypadek?
- Jasne. - Michał wzruszył ramionami, ale z twarzy nie znikał ten zaczepny uśmiech. - Byłem w pobliżu i nie zdążyłem na autobus do domu. Pomyślałem, że wpadnę do ciebie na święta, ty mnie przygarniesz pod swój dach ze względu na starą, dobrą przyjaźń. Zadzwoniłem do ciebie, pogadaliśmy, zaprosiłeś mnie, bo co się mam wałęsać po mieście i to jeszcze w wigilię, więc oto jestem; wedle zaproszenia.
- Ładnie to sobie wszystko wymyśliłeś.
- Prawda? Mnie też się spodobał ten pomysł.
Podszedł i oddał mi swój płaszcz. Popatrzył głęboko w oczy. Dostrzegł, że się go obawiam, bo obdarzył mnie zatroskanym spojrzeniem.
- Nic się nie martw, Filip, wszystko będzie dobrze - rzekł prawie szeptem. - Jeśli tylko będziesz trzymał się zasad naszej zabawy. Inaczej... Cóż. Dla twoich rodziców niezaprzeczalnym szokiem, z którego ciężko byłoby się im pozbierać, byłby fakt, że jesteś odrobinę inny, prawda? - A głośniej dodał: - Podobno za chwilę kolacja. Jestem strasznie głodny. Gdzie jest łazienka?
Ominął mnie i zniknął w korytarzu. Kurde mać, co za perfidny koleś! Stałem oniemiały i nie wiedziałem co robić dalej. Musiałem trzymać go, jak najdalej od rodziców. Moją kartą przetargową do jego milczenia mogła być wiadomość, że rozmawiałem z Karolem i ma się zastanowić nad skontaktowaniem się z Michałem. Ale czy to wystarczy Michałowi? To cwana bestia i byle czym się nie zadowoli.
Wróciłem do pokoju. W pośpiechu wysłałem ostatnie esemesowe życzenia do znajomych. Za chwilę czekała mnie wigilijna kolacja. Miałem zasiąść do stołu razem z rodziną i z obcym facetem, Michałem. Basia cieszyła się, że wreszcie pusty talerz nie będzie tak naprawdę pusty, bo będzie jadł z niego niespodziewany gość. Niespodziewany i niezapowiedziany ściślej rzecz ujmując.
W liście kontaktów dostrzegłem Wiktora. Chciałem wysłać do niego życzenia, żeby wiedział, że o nim pamiętam w ten magiczny wieczór. Ale na pewno nie jest sam. O tej porze pewnie siedzi już z Konradem przy stole, łamią się opłatkiem i jedzą wigilijną kolację. Śmieją się i cieszą własnym szczęściem. Nie, nie będę wysyłał. Po co psuć taką rodzinną i szczęśliwą sielankę. Niech im się wiedzie. Po policzku spłynęła łza.
- Wesołych świąt, Wiktor - szepnąłem wzruszony.
Wyłączyłem smartfona. Zgasł szybko. Są święta, czas dla najbliższych, więc telefon idzie w odstawkę.
Zszedłem do przystrojonego salonu. Odciągnąłem na bok Michała.
- Rozmawiałem z Karolem.
- No, jakiś  progres jest - zauważył z uśmiechem. - I co?
- Powiedział, że się zastanowi nad spotkaniem, ale postaram się go jeszcze przycisnąć bardziej. Będę z tobą w kontakcie. A teraz udawaj, że jest wszystko cacy.
Kolacja wigilijna upłynęła w radosnej atmosferze. Postne potrawy smakowały wprost wybornie. Michał zachwalał je z zadowoleniem. Rozwodził się nad ich delikatnością, walorami, doborem przypraw. Używał takich epitetów, że niejeden kucharz, by chciał usłyszeć taką pochwałę od szefa kuchni. A ile było w tym szczerości? Tylko Michał to wie.
Wieczór spędziliśmy przy choince. Mirek szalał z radości, rozpakowując prezenty, zdzierając papier i wyłuskując z pudełek zabawki. Nie interesował się sprawami dorosłych. Siedzieliśmy na kanapie i fotelach, popijając grzane wino, przyrządzone według receptury mojego szwagra. Na lekkim rauszu, ale naprawdę na bardzo minimalnym przed północą udaliśmy się na pasterkę. Michał, jako że niechętnie chodził do kościoła, tym razem musiał dostosować się do reguł, które panowały w moim rodzinnym domu. Wynudził się cholernie. Błądził wzrokiem po sklepieniu, po obrazach, szukając jakiegoś interesującego punktu zaczepienia. Żadne jednak malowidło ani figura świętego nie przykuła na dłużej jego uwagi, dlatego odetchnął z ulgą, kiedy opuścił świątecznie przystrojony kościół, pachnący świeżym świerkiem i obsypany niebywałą ilością kolorowych światełek. Po powrocie padł, jak długi do łóżka i zasnął w parę minut, mamrocząc coś pod nosem.
- Byłby z ciebie fajny facet - rzekłem do niego. - Szkoda tylko, że jesteś takim łajdakiem.
Zamknąłem drzwi i udałem się do swojego pokoju. Stanąłem jeszcze przy oknie. Księżyc świecił intensywnym blaskiem, odbijając się w kryształkach ubitego śniegu. Nad wsią ukrytą między górami panowanie objęła cicha noc. Z tym błogim spokojem zanurzyłem się w pościeli, przytulając głowę do miękkiej poduszki. Niepostrzeżenie przez moje myśli przemknął Wiktor. A może... A może tylko mi się wydawało...

WIKTOR
Dwudziesty czwarty grudnia przywitał Zakopane słoneczną pogodą. Nigdzie się nie wybierałem. Zakupy zostały wcześniej zrobione. A mimo to tyle jeszcze rzeczy było do przygotowania. Sama wieczerza wigilijna wymagała sporego nakładu czasu i pracy. A właśnie czas działał tutaj na niekorzyść. Jak zawsze o tej porze roku, jakby mu się gdzieś śpieszyło. Dwanaście potraw dla dwóch osób, dla mnie i dla Konrada. Od czterech lat jesteśmy razem i od czterech lat spędzamy co roku te święta w swoim towarzystwie.
W tym roku stanęły pod solidnie dużym znakiem zapytania. Na wiosnę rozstaliśmy się. To był marzec. Coś się wypaliło w naszym związku. Od połowy stycznia, z tego co pamiętam, zaczęło dochodzić między nami do sprzeczek, ale to takich, które kończyły się awanturami. Zdecydowaliśmy się pójść każdy w swoją stronę. Konrad wyprowadził się, wynajął mieszkanie i zniknął z mojego życia. Ale po paru miesiącach wrócił. Przyznał, że popełnił błąd, że nie potrafi żyć beze mnie, że jestem jego ostoją, jego stabilizacją. A że nie miałem nadal nikogo, poza przelotnym romansem z Krakuskiem, zgodziłem się dać nam drugą szansę. Wprowadził się jeszcze tego samego dnia.
Romans z Krakuskiem. Tak nazywałem sobie Filipa. On o tym nie wiedział. Ech, chłopak totalnie zawrócił mi w głowie. Oszalałem, jak nastolatek na jego punkcie. Zawładnął moimi myślami, moim ciałem, moją duszą, umysłem... Cały byłem jego. Ale jak to na prawdziwych Centusiów przystało, tak i ten nie mógł w pełni zdeklarować się, co tak naprawdę do mnie czuje. Więc zaczął mnie unikać. A ja, mimo że wróciłem do Konrada, nie potrafiłem o nim zapomnieć. Nawet teraz myślę o Filipie.
To mogły być nasze pierwsze wspólne święta. Moje i Filipa. Zadrżałem na samo wspomnienie jego imienia. Oczami wyobraźni widziałem jego pogodną twarz. Te niesamowite oczy, ta głębia, w której można było się zanurzyć i łatwo zatracić. To mogły być nasze święta. A są... moje i Konrada.
Filip, wymówiłem w myślach jego imię. Z oczu popłynęły łzy. Boże, co mi jest? Przecież nie mogę tak kombinować i krążyć wokół wspomnień o Filipie. Mam Konrada, muszę na nim się skupić. To mój obowiązek. Jesteśmy razem, jest nam ze sobą dobrze, wprost świetnie, bo przecież się nie kłócimy, co najwyżej różnica zdań. Ale szybko dochodzimy do porozumienia i nie ma sprzeczek ani boczenia się na siebie. Ciche dni to już przeszłość. A mimo to miałem wrażenie, że nie do końca, że nie w pełni jestem szczęśliwy. I to przez kogo? Przez Filipa. Zawrócił mi w głowie. A prawie byłem na dobrej drodze do odzyskania świętego spokoju. Zniknął z mojego życia. Totalnie przepadł. Aż tu nagle po paru miesiącach znowu się pojawia. Odradza, niczym Feniks z popiołów. Muszę to przyznać przed samym sobą - cholernie za nim tęsknię.
Konrad wrócił z miasta, kiedy już mrok spowijał Zakopane. Ostatni dzień w pracy. Zauważył, że jestem w jakimś dziwnym nastroju. Dopytywał co jest grane, ale udało mi się go spławić. Powiedziałem, żeby się przebrał i przygotował do kolacji.
Pół godziny później Konrad zjawił się wypachniony w kuchni, elegancko ubrany. Zawsze zważał na to, by w taki czas, jak dzisiaj ubrać się adekwatnie do święta. Cenił sobie wigilię. Od dziecka miał wpajane, że dwudziesty czwarty grudnia to szczególnie magiczny dzień, w którym wszystko może się zdarzyć. Wyglądał tak przystojnie i schludnie, że powstrzymując napierające łzy, uśmiechnąłem się do niego i pocałowałem w usta.
- Pięknie wyglądasz.
- Dzięki, kochanie - szepnął.
Składając mu życzenie zdrowych i spokojnych świąt, myślami byłem przy Filipie. Widziałem go przed sobą, czułem zapach jego skóry, woń perfum, których używał unosiła się wokoło. Rzeczywiście to magiczny czas, pomyślałem z żalem. Nie pamiętam czego mi życzył Konrad. Patrzyłem na niego, dostrzegałem poruszające się wargi, które wypowiadały słowa, ale nic nie słyszałem.
Kiedy usiedliśmy do stołu, wówczas coś we mnie pękło. Kilka dużych kropel łez, wielkich jak grochy, spłynęły po policzkach. Konrad natychmiast zjawił się przy mnie i objął ramieniem.
- Kochanie, co ci jest? - zapytał. - Czemu płaczesz?
Kręciłem głową, próbując zapanować nad sobą, ale im bardziej się starałem, tym bardziej słowa grzęzły w gardle. Chciałem mu powiedzieć, że nic mi nie jest, że to efekt tego dnia, wspólnej wigilii, że jestem szczęśliwy, ale kłamstwo nie mogło mi przejść przez usta, bo natychmiast zaczynałem głośno zawodzić.
- Już spokojnie - przytulił i poklepał po plecach. - Już w porządku. Cichaj, kochanie.
Po chwili byłem już odrobinę spokojniejszy. Nie mogłem dłużej tak tego ciągnąć. I ja się źle z tym czuję, rozczulam się w najmniej spodziewanym momencie, i Konrad na tym cierpi, bo może tylko snuć domysły, co mi dolega.
- Konrad - zacząłem, patrząc w skupieniu na parujący z talerza barszcz, w którym pływały uszka. - Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Mów śmiało. Widzę, że coś cię gryzie.
Wziąłem głęboki wdech. Chwila prawdy.
- Nie możemy być razem. Nie czuję się z tobą szczęśliwy. Musimy się rozstać.
Dłoń Konrada zawisła w powietrzu. Nastała niezręczna cisza. Poprzez łzy spojrzałem na jego bladą twarz. Raczej nie takiej wiadomości się spodziewał. I nie w takim dniu, jak ten dzisiejszy.
- Przepraszam - wyszeptałem, czując, jak kolejne gorące krople spływają po policzkach. - Wybacz.
Wstałem od stołu i zamknąłem się w sypialni. Zanurzyłem twarz w dłoniach. Oto ja, dotychczas spokojny i opanowany mężczyzna, nie czyniący nikomu nic złego, pogodny i ciepły, właśnie zrujnowałem życie Konradowi. Czyli jednak nie byłem taki do końca dobry. Cieniem na moim życiorysie położyła się jeszcze świadomość, że rzuciłem faceta w wigilię, niezwykły i magiczny dla niego dzień. Dzień, w którym podobno dzieją się cuda. I oto jeden z tych cudów właśnie się ziścił. Co za ironia losu!
Trzask drzwi wyjściowych przywołał mnie do porządku. Wyjrzałem ostrożnie. W przedpokoju nie było butów ani kurtki Konrada. Wyszedł na miasto, by pobyć sam. W tej chwili poczułem niesamowitą ulgę. Że jestem wolny, że mam swobodę działania, że nie mam zobowiązań wobec Konrada. Nareszcie mogłem być naprawdę szczęśliwy. U boku Filipa.
O Jezu, pomyślałem z roztargnieniem, Filip. Muszę do niego zadzwonić. Chwyciłem komórkę i wybrałem jego numer. Nie odpowiadał. Automatyczna sekretarka od razu mówiła, że abonent jest poza zasięgiem. Czyli wyłączył telefon. Wiedziałem, że muszę mu o tym powiedzieć. A skoro nie mogę się dodzwonić, wyślę SMS-a. Odczyta, jak włączy telefon.
"Zerwalem z Konradem. Tesknie za Toba. Wesolych Swiat, Filip."
Wystukałem szybko wiadomość i wysłałem. Mam nadzieję, że jeszcze zdąży go odczytać w ten magiczny wieczór. Oby. Objąłem dłońmi komórkę i spojrzałem na kolorowe światełka.
- Filip, jak ja za tobą tęsknię, to sobie nawet nie wyobrażasz - wyszeptałem.

BARTEK
Suta wigilijna kolacja dobiegła wreszcie końca. Nie sądziłem, że mamuśka tyle przygotuje. Co prawda zawsze gotowała dużą ilość jedzenia, jak dla całej armii żołnierzy, ale obiecała, że w tym roku będzie objętościowo mniej. I niby odrobinę było mniej, ale musieliśmy i tak wszystko wmłócić w siebie. Ze zmęczenia i z przejedzenia padłem na kanapę i zamknąłem oczy.
Przez całe popołudnie próbowałem dodzwonić się do Michała, ale nie odbierał telefonu. Wspominał, że może nie mieć zasięgu, ale chciałem go usłyszeć. To pierwsze święta od wielu lat, kiedy jestem tak szczęśliwy. Mam faceta, na którego punkcie oszalałem. On też za mną przepada. Jesteśmy zgrani w seksie, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Czegóż można chcieć więcej od życia?
Przed północą wybrałem się, jak co roku na pasterkę. Nie pchałem się do przodu. Znalazłem sobie miejsce tuż pod chórem. Zazwyczaj większość młodych okupowało tę miejscówkę. Dlaczego? Daleko od centralnej części kościoła, oko księdza aż tak w dal nie sięga, nie trzeba się wysilać w śpiewaniu, a przy okazji ma się pod kontrolą kto wchodzi i kto wychodzi.
- Cześć.
Obok mnie zjawił się Stasiek.
Ożeż ja pierdzielę, pomyślałem zestresowany. Akurat jego to tutaj się nie spodziewałem. Wszystkich tylko nie jego. Przecież on nawet nie chodził do kościoła w liceum. Co go tak nagle wzięło? Co go tak nawróciło? No to się w głowie nie mieści. Stasiek w kościele! Ale cyrk. Świat staje na głowie.
- Cześć - wyszeptałem z przerażeniem.
Mocny uścisk przywołał wspomnienia naszego ostatniego pobytu. W tym samym momencie rozbolała mnie głowa, a dokładniej miejsce, w które uderzyło czoło Staśka. Natknęliśmy się na siebie, całkiem przypadkiem oczywiście w Blue. Doszło do czołowego zderzenia z dość przykrym skutkiem następnego dnia. Guz, rozcięta skóra i ból czaszki, z którym musiałem się zmagać. A w pracy pytania oraz dziwne insynuacje. Od tamtego feralnego momentu nie spotkaliśmy się więcej.
- Miło cię wreszcie zobaczyć - odparł z uśmiechem.
Zdałem sobie sprawę, że nadal ściska moją dłoń, więc wyswobodziłem rękę.
- Ciebie też - bąknąłem. - Co ty w ogóle tutaj robisz? Przecież ten Stasiek nie chodzi do kościoła.
- Ty też nie chodzisz, ale wiem, że od święta bywasz. Domyślałem się, że będziesz, a muszę z tobą pogadać. Uciekłeś wtedy z Blue tak szybko...
Wyprostowałem się energicznie. Tamten pamiętny wieczór z prędkością światła śmignął mi właśnie przed oczami. Czyli jednak pamięta.
- A ja chciałem cię wyruchać - wyszeptał do ucha.
Ciało zadrżało pod wpływem jego elektryzującego głosu. Rozpływałem się, ale przecież, no na Boga, jestem w kościele. Muszę się opanować. Mimo mojego samokarcenia, poczułem twardość w kroczu. O Jezusie! Tylko nie teraz.
- Ale zawsze możemy to nadrobić. Wiem, że na mnie lecisz. Masz do mnie słabość. Widziałem to już w liceum, nawet wtedy, jak doprowadziłem cię na religii do wytrysku. Byłeś cholernie szczęśliwy.
- Przestań, Stasiek - wyszeptałem.
- Wiem, że tego chcesz. - Był jak ukryte pragnienie, które dotąd nieosiągalne, teraz wystarczyło sięgnąć po nie ręką.
- Przestań - powtórzyłem.
- Ja też tego chcę. - Spojrzałem w jego oczy. Dostrzegłem w nich pożądanie. - Znam fajne miejsce. Zobaczysz, Bartek, nie pożałujesz.
- Mam kogoś - rzekłem, jakby na swoje usprawiedliwienie, ale bardziej starałem się uzyskać przyzwolenie i akceptację. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
- Nie musi o tym wiedzieć...
Mój umysł, jakby został nagle przyblokowany i inne racjonalne sygnały przestały do niego w tym momencie docierać.
Dwie i pół godziny później wróciłem do domu. Spełniony i cały happy. Uśmieszek zadowolenia rozkwitał na ustach. Dziwne, ale nie miałem wyrzutów sumienia, że przed momentem zrealizowałem swoje ukryte marzenie jeszcze z czasów liceum. Ani przez moment nie myślałem o komplikacjach i wyrzutach sumienia. Po prostu byłem spełniony.

B l o g i   g e j ó w

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Epizod 102.

- Dobry wieczór!
Rejestratorka uniosła głowę znad terminarza i spojrzała na mnie uważnie. Zmrużyła oczy, próbując sobie przypomnieć, skąd zna moją twarz. Zapewne tak będzie łatwiej. Skupi myśli, a pamięć szybko wróci. Na szczęście ja ją pamiętałem.Co roku miałem zaszczyt oglądać ją za kontuarem i co roku pani Matylda nie potrafiła sobie skojarzyć mojej buzi. Więc, jak co roku musiałem naprowadzić ją na właściwy tor myślenia.
- Dobry wieczór - odparła niepewnie. Zerknęła na zegarek. Tak wiem, było już późno i mogła mi grzecznie pokazać palcem drzwi wyjściowe, ale wiedziałem, co muszę zrobić. Nie po to się fatygowałem, by mnie odprawiła z kwitkiem. - Pan do...?
- Filip Niedziałkowski - przedstawiłem się.
Klapka, którą blokowała jej wspomnienia, nagle opadła, a fala wspomnieć zalała jej umysł. Oczywiście, że mnie pamiętała, a wystarczyło podać tylko swoje nazwisko. Uśmiech zaokrąglił się na twarzy pielęgniarki.
- Wiedziałam, że pana skądś kojarzę. Ta twarz... - wskazała na mnie zadziornie palcem.
- Co roku pani sobie przypomina - odparłem z uśmiechem. - Czy mogę...? - wskazałem na korytarz kliniki.
- Ależ oczywiście! - rzekła zadowolona. - Co prawda to późna pora, ale na pewno się ucieszy z pańskiej wizyty. Co roku pana oczekuję i prawdę powiedziawszy zaniepokoiło nas jego zachowanie. Stał się apatyczny, zamyślony, mało jadał; prawie wcale. Mam nadzieję, że poprawi mu pan nastrój.
- Postaram się.
- Trafi pan na salę?
- Tak, bez problemu.
Sala dwadzieścia cztery znajdowała się na drugim piętrze kliniki, na końcu korytarza. Przystanąłem na chwilę. Zawsze odczuwałem stres, kiedy miałem przekraczać próg tego pokoju. Serce zaczynało wtedy gwałtownie walić w piersi, jakby chciało uciec, wyswobodzić się z tej klatki i pognać w przestrzeń. Boże, pomyślałem zeschizowany, czemu muszę przeżywać takie katusze, stojąc pod tymi drzwiami?
Wziąłem głęboki wdech i pchnąłem cicho drzwi, ale nie wszedłem. Z tej perspektywy miałem dobry widok na niewielką jednoosobową salę. Łóżko stało na samym środku pomieszczenia, bokiem zwrócone w kierunku okna. Obok niego znajdowała się drewniana szafka nocna. Po drugiej stronie umieszczono stolik, dwa krzesła, regał z książkami i zeszytami. Ściany obklejone zostały fotografiami sportowych samochodów. Tu porsche, które przecinało pola. Tam najnowszy model terenowego suzuki, pędzącego przez ulice amerykańskiej metropolii. Okna tonęły w blasku kolorowych, migających światełek. Malutka, czterdziestocentymetrowa choinka, obsypana została miniaturowymi bombkami.
Mieszkaniec tego pokoju siedział na wózku i uparcie wpatrywał się w rozbłyskujące nad jego głową LEDowe diody. Blond grzywka opadła na czoło, kiedy zawzięcie przypatrywał się światełkom. Ostrożnie wszedłem do środka i przymknąłem drzwi. Przysiadłem na skraju łóżka. Tłumiąc łzy, przyglądałem się kilkunastoletniemu chłopaczkowi, przykutemu do wózka. Sparaliżowany od pasa w dół, zamknięty w sobie i żyjący w swoim świecie, z uszkodzonym ośrodkiem mowy i częściowym niedowładem górnych partii ciała.
- Cześć - przywitałem się i zacisnąłem szybko usta.
Ilekroć przychodziłem do Mikołaja w odwiedziny, miałem ochotę płakać, ale zawsze udawało mi się zapanować nad swoimi emocjami. Tym razem nie mogło być inaczej.
- Słyszałem, że nie mogłeś się mnie doczekać. Podobno wytoczyłeś wojnę tym w białych fartuchach? Przestałeś jeść. Wiem, że mogą być przykre. Jestem tego świadomy, ale nie możesz bojkotować jedzenia. Mam nadzieję, że to nie moja wina. Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej.
Nadal nic. Moje słowa trafiały w pustkę, a chłopak nie reagował. Mrużył tylko oczy, wciąż wpatrując się w niebieskie żaróweczki, rozwieszone nad oknem. Ale innej reakcji nie mogłem się spodziewać.
- Muszę ci się do czegoś przyznać. - Pomimo jego ignorancji, mówiłem dalej. - Uciekłem z Krakowa. Przeprowadziłem się do Zakopanego, wiesz? Wyjechałem w góry. Pewnie chciałbyś wiedzieć po co? - Spuściłem wzrok na podłogę. - Przedtem ścigałem swoją miłość. To znaczy, wiesz, wydawało mi się, że to miłość mojego życia. Ale teraz... Mimo że mi zależy i myślami błądzę wokół tego szalonego uczucia, to nie jestem pewien czy dobrze wówczas postąpiłem. Moja miłość wróciła do byłego.
Podniosłem wzrok. Chłopak nadal nie reagował.
- Wiesz, że miałem w tym roku nie przyjeżdżać do Krakowa. Miałem zostać w Zakopanem. Nie odwiedziłbym cię...
Niespodziewanie Mikołaj nadstawił uszu i spuścił wzrok z lampek. Wolno przeniósł spojrzenie na mnie. Przyglądał mi się ze strachem w oczach. Zrozumiał. Moje słowa dotarły do niego, ponieważ zareagował.
- Nie chciałem wracać do Krakowa. Zasiedziałem się w Zakopanem, choć właściwie nic dobrego mnie tam nie spotkało. Może odzyskałem spokój i harmonię duszy. Inaczej patrzę na świat, na ludzi, ale strach nadal pozostał i paraliżuje moje ruchy. Nie mam odwagi, by sprostać wyzwaniom i problemom. Jestem tchórzem.
Wydawało się, że Mikołaj wsłuchuje się w dźwięk wypowiadanych przeze mnie słów i je rozumie. Ledwo zauważalnie kiwa głową na potwierdzenie tego faktu.
- Aniela, moja pracodawczyni, namówiła mnie do wyjazdu. Powiedziała, że muszę jechać na święta do domu, do rodziny, bo oni na pewno chcą spędzić ze mną ten czas. Wepchnęła mnie do autobusu i... oto jestem. I pomyślałem o tobie. Bo tęskniłem za tobą. Naprawdę, zawsze o tobie myślę. I wiesz, mam dla ciebie prezent.
Mikołaj ożywił się nagle. Wydobył z siebie niewyartykułowany dźwięk, podniósł rękę do góry, jakby chciał odebrać niespodziankę.
- Jesteś już dużym chłopcem, Mikołaju, więc pluszowe misie wychodzą z mody.
Wyjąłem z reklamówki świąteczną torebkę z namalowanym brzuchatym panem w czerwonym kubraku, brzuchatym i z siwą brodą. Taszczył na plecach wielki worek, a w oddali stały sanie, zaprzęgnięte w sześć reniferów.
- To dla ciebie.
Z torebki wyciągnąłem wojskowy helikopter. Mikołaj kwiknął radośnie. Przyklasnął w dłonie i chwycił niezdarnie śmigłowiec.
- Brum, brum! - zawołał.
- Podoba ci się. Wiedziałem, że trafię w twój gust.
Przyglądałem się, jak Mikołaj obraca śmigłem wojskowego airwolfa, pokazując przy tym całą swoją radość. Chociaż tyle mogłem dla niego zrobić. Takim niewielkim gestem dać Mikołajowi odrobinę szczęścia, a przy okazji zagłuszyć na chwilę wyrzuty sumienia. Patrzyłem, jak się cieszy, jak się uśmiecha, jak całym sobą emanuje czystym uczuciem euforii. Jeden prezent. Jeden helikopter, a taka fala radości.
- Rzadko kiedy widzę Mikołaja w takim stanie.
Odwróciłem się gwałtownie w kierunku drzwi. Nie słyszałem, jak skrzypnęły. Byłem totalnie zaskoczony niespodziewaną wizytą młodej, wyglądającej na oko trzydziestodwuletniej kobiety. Krótka czarna spódniczka odsłaniała kształtne nogi, które prężyły się dumnie na wysokich obcasach. Spod rozpiętego płaszcza wychylała się biała bluzka i granatowy żakiet. Zgarnęła jedną ręką brązowe włosy i przypatrywała się niepełnosprawnemu chłopaczkowi.
- Przepraszam za najście - wydukałem zaskoczony.
O tej porze rodzina raczej nie przychodziła w odwiedziny. Nigdy dotąd nie natknąłem się na nikogo. Aż do dzisiaj. Wiedziałem tylko, że muszę się, jak najszybciej ewakuować, bo jeśli jeszcze ktoś mnie tutaj nakryje, będę musiał w zastraszająco szybkim tempie zwijać żagle.
- Nic się nie stało. - Kobieta weszła do pokoju i zarzuciła torebkę na poręcz łóżka. - Wie pan - skrzyżowała dłonie na piersiach - że od paru lat zastanawiałam się kto daje Mikołajowi te wszystkie tajemnicze prezenty? Panie w recepcji zawsze nabierały wody w usta. Wcześniej mnie to wkurzało. Płacimy w końcu z siostrą grubą kasę za opiekę nad Mikołajem i chciałyśmy wiedzieć, kim jest sekretny darczyńca. Nie chciały powiedzieć kto go odwiedza i zostawia te podarki. Odpuściłam, kiedy zauważyłam, że Mikołaj po takiej wizycie zaczyna się uśmiechać. I z utęsknieniem czeka na kolejny rok. Teraz już wiem - pogłaskała chłopaka po głowie. - To pan jest tym Mikołajem dla naszego Mikołaja.
- Przepraszam, jeśli sprawiłem kłopot...
- Nie, ależ skąd. - Kobieta machnęła ręką. - Przez pierwsze miesiące, gdy Mikołaj po wypadku wylądował w tej klinice, wkurzała mnie ta tajemnicza osoba, która zostawiała prezenty. Oj byłam wściekła i gotowa nawet iść na policję. Ale moja siostra mnie powstrzymała; matka tego szkraba - uśmiechnęła się do swojego siostrzeńca. - Skupiłyśmy się, aby Mikołaj czuł się tutaj dobrze. Wiem pan, że nigdy już nie będzie taki, jak jego rówieśnicy?
Zacisnąłem usta i utkwiłem wzrok w uśmiechniętej buźce nastolatka. Przytaknąłem skinieniem głowy.
- A jego... ojciec?
- Ojciec? - zapytała zdziwiona ciocia Mikołaja. - Chyba tylko z nazwy - prychnęła z pogardą. - Okazał się wrednym pedałem. Zostawił Mikołaja i Karolinę, moją siostrę, a sam czmychnął do jakiegoś fagasa. Słuch po nim zaginął. Gdybym dostała go w swoje ręce, zmiażdżyłabym mu te jaja. Jednym cięciem bym go wykastrowała, jak psa.
Kobieta, o nieznanym imieniu, ciocia Mikołaja, zacisnęła w złości dłoń w pięść i pogroziła niebu. Szybko się ogarnęła i przywołała do porządku.
- Przepraszam za swoje zachowanie. Jestem na niego wściekła, a Karolina milczy jak zaklęta i nie chcę wypowiadać nawet jego imienia.
- Wcale się nie dziwię - rzekłem, patrząc na Mikołaja.
Pora się ewakuować. Posiedziałbym dłużej, ale muszę jeszcze dotrzeć na dworzec i wsiąść w ostatni autobus do mojej rodzinnej miejscowości.
- Będę się zbierał - rzekłem.
Mikołaj przerwał zabawę i popatrzył na mnie ze smutną miną. Uścisnąłem jego wątłą dłoń i pogłaskałem po policzku.
- Trzymaj się, szkrabie. Do następnego razu. Wesołych Świąt!
Jęknął żałośnie. Rozumiał, że wychodzę i dlatego było mu smutno. Ale musiałem wyjść. Nie mogłem tu dłużej przebywać z kilku ważnych dla mnie powodów.
- Dziękuję, że pan go odwiedził, panie...?
Patrzyliśmy chwilę na siebie w milczeniu. Chciała znać moje imię, a ja wolałem pozostać anonimowy. Mój wzrok spoczął na przepełnionych żalem oczach chłopaczka.
- Niech pozostanę Świętym Mikołajem, ale bez brody, bez czerwonego ubrania, bez reniferów i bez sań, ale za to z prezentem. Do widzenia.
Zarzuciłem torbę podróżną i opuściłem salę, pokój Mikołaja, który był dla niego teraz domem.
Czułem napierającą do oczu falę łez. Nie mogę ryczeć, no na litość boską, nie teraz! Nie w tym miejscu. Powstrzymując się dzielnie przed wybuchem, minąłem rejestrację, pożegnałem się i wypadłem na zewnątrz, prosto w zimne, wieczorne powietrze. Fala chłodu owiała rozgrzane policzki. W tym momencie coś we mnie pękło. Zgrzytnęło ostro. Z oczu popłynęły pierwsze łzy, a już po chwili cicha ulica wypełniła się płaczem.
Ojciec Mikołaja został nazwany wrednym pedałem!
Jezu, pomyślałem rozgoryczony, za jakie grzechy?
A najbardziej w tym wszystkim był poszkodowany sam Mikołaj. Jego było mi żal.

B l o g i   g e j ó w

niedziela, 22 grudnia 2013

Epizod 101.

Dwadzieścia godzin wcześniej.
Sobota, wieczór.
Z dumą spoglądałem na świetnie urządzoną salę. Oprócz świątecznych dodatków w postaci ogromnej choinki, stojącej pod oknem, obsypanej kolorowymi i migającymi światełkami, ręcznie malowanymi bombkami z górskimi motywami, wielkimi łańcuchami, oplatającymi zielone drzewko, na pierwszy plan rzucał się bogato wyposażony stół dla około dwudziestu gości. Rzekomo miało to być spotkanie biznesowe, ale w ostateczności organizatorka tej imprezy określiła je jako spotkanie towarzyskie.
Kieliszki do wina, kieliszki do szampana, kieliszki do wódki, szklanki do napojów, filiżanki na herbatę lub kawę, soki, alkohole różnego rodzaju, słone przekąski w postaci krakersów, paluszków, chipsów i orzeszków, jakieś słodkości na deser. Nie zabrakło również naczyń do ciepłych dań, które już dymiły w metalowych garnkach, gotowe na wjazd na salę.
Jeszcze jeden rzut na wystrój. Kolorowe lampki mrugały wesoło, wijąc się wzdłuż ścian, sufitu oraz kontuaru, niczym węże. Ekipa kelnerów, która miała krążyć wokół biesiadników, ustawiła się obok mnie, przygotowana na pracowity wieczór. Minutę temu dostałem cynka, że goście już się schodzą.
- Denerwujecie się? - zapytałem z uśmiechem.
Rozległ się szmer. Jedni nic sobie nie robili z tej imprezy, bo ja stwierdzili, to przecież praca jak każda inna. Ktoś bąknął, że serce mu zaraz wyskoczy przez gardło. Jakąś dziewczynę, po głosie poznałem, że to Ilona, rozbolał brzuch. Tę to zawsze coś zacznie boleć w najmniej odpowiednim momencie.
- A ty? - zapytał najbliżej stojący mnie kelner o imieniu Szczepan.
- Ja? Jak cholera się stresuję.
Wybuchnęliśmy śmiechem, dokładnie w chwili kiedy drzwi do sali drgnęły, a do środka wlała się masa ludzi. Wśród tłumu wyłowiłem twarz Elizy, organizatorki tej biesiady, która podeszła do mnie i uścisnęła dłoń.
- Wygląda przepięknie - powiedziała z zachwytem. - Nie spodziewałam się takiego rezultatu.
- Cieszę się, że się podoba - odparłem.
Eliza podziękowała i udała się do stołu. Elegancko ubrani goście - panie w długich wieczorowych sukniach, panowie w koszulach i w marynarkach, niektórzy pod krawatem - zajmowali wolne miejsca. Jako że męskie piękno nie było mi obojętne z prostej przyczyny, musiałem przyznać się przed sobą, że można było na czym oko zawiesić. Wodząc wzrokiem od jednej osoby do drugiej, niespodziewanie zatrzymałem się na mężczyźnie w okularach. Wyglądał znajomo. Aż za bardzo znajomo. Te czarne włosy, ten artystyczny nieład na głowie, seksowny i pociągający uśmiech z błyskającymi białymi zębami. To nie mógł być nikt inny, tylko on. Ale co on tutaj robi? Tu, w tej sali, na tym spotkaniu towarzyskim. Kogo, jak kogo, ale jego akurat się nie spodziewałem.
Wiktor usiadł wygodnie przy stole i mimowolnie powiódł wzrokiem po sali. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się przecięły. Poczułem elektryzujący wstrząs, jakby prąd przeszedł przez moje ciało. Przez moment zdawało się, że mnie nie zauważył, ale już po chwili przyciskał mnie swoimi oczami do ściany. Nie ruszałem się. Stałem jak słup i z niedowierzaniem, a jednocześnie z nieodpartym uczuciem szczęścia wpatrywałem się w faceta, który kilka miesięcy temu zawrócił mi totalnie w głowie. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Ustąpił miejsca zamyśleniu, być może wspomnieniom. Był na wyciągnięcie ręki, ale nie mogłem nic zrobić. Podejść do niego? Przywitać się? Ale po co? Przecież jest w towarzystwie swoich znajomych. Po co mam mu się naprzykrzać. Ostatnim razem, gdy się widzieliśmy, w sierpniu, na zakopiańskim dworcu autobusowym, nie był sam. Przyjechał ze swoim facetem. Obwieścił mi tę przeradosną wówczas nowinę, która jednak mnie totalnie sponiewierała.
Skinął lekko głową, po czym wrócił do rozmowy z kolegą siedzącym obok. Kolegą? Też wyglądał znajomo. Przyjrzałem się uważniej. No jasne, to nie był żaden kolega, tylko jego facet. Ten sam, z którym Wiktor przyjechał tamtego dnia na dworzec, by przekonać się na własne oczy, że z własnej i nieprzymuszonej woli zawitałem do Zakopanego.
Muszę się ogarnąć. Wystarczy tych niepotrzebnych powrotów do przeszłości. Było minęło. Nie przyszedłem tu po to, by rozpamiętywać wydarzenia sprzed kilku miesięcy. Jestem w pracy, a że jednym z klientów jest "mój niedoszły były" to trudno. Zakopane to małe miasto. I tak trzeba przyznać, że to cud, że przez cztery miesiące nie udało mi przypadkiem natknąć na Wiktora ani jego faceta.
Wśród świątecznych piosenek, które płynęły z głośników, Eliza złożyła swoim przyjaciołom i ich bliskim życzenia, łamiąc się z każdym po kolei opłatkiem. Spotkanie niby opłatkowe, niby towarzyskie już po paru godzinach przerodziło się w prawdziwą bibę. Alkohol lał się strumieniami. Jak chyba na górali przystało, wódka królowała na stole. Dla nas był to czas czujnego odpoczynku. W każdej chwili mogli potrzebować przekąsek, zagryzki, czy dodatkowej flaszki. Wydając odpowiednie dyspozycje kelnerom, by pilnowali wesołej kompanii, wyszedłem z sali. Przeciąłem hol szybkim krokiem i wszedłem do pokoju dla menadżerów. Telefon od kilku dobrych chwili wibrował mi w kieszeni, ale z uwagi na natłok zajęć nie mogłem odebrać. Dopiero teraz w spokoju zadzwoniłem do Karola. Odebrał po dwóch sygnałach.
- No nie mogę się do ciebie dodzwonić - rzekł na powitanie. - Dzwonię i dzwonię, a ty nie odbierasz.
- Wybacz, ale jestem w pracy - odparłem. - Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. Wiem, że jest późno.
- Ale, Filip, przecież jeszcze nie śpię. Co się stało?
- Dzwoniłem, bo mam do ciebie pewną sprawę. Dosyć nietypową.
Przygryzłem dolną wargę. Jak mu o tym powiedzieć? Przecież za chwilę mnie zje. Znienawidzi mnie za to, ale nie miałem wyboru. Musiałem wybrnąć jakoś z tej sytuacji.
- O co chodzi?
- Nie o co, ale o kogo - poprawiłem. Przeciągałem rozmowę, by jak najpóźniej poinformować go, co za niespodziankę dla niego przygotowałem.
- To o kogo chodzi? - dopytywał.
- Wiesz... Ostatnio nie mieliśmy ze sobą zbyt dobrego kontaktu, ale jesteś dobrze poinformowany, gdzie obecnie przebywam.
- Tak, w Zakopanem - wtrącił szybko.
- Dokładnie! I tu pracuję. A jak to w górach bywa. To teren typowo narciarski, sportowy. My mamy gości, chętnych na stoki, by pozjeżdżać...
- Filip - Karol wszedł mi w słowo - do czego zmierzasz?
O Boże, westchnąłem w myślach. On mnie zabije. On po prostu mnie zabije. No ale trudno. Przynajmniej będzie to szybka i mam nadzieję bezbolesna śmierć.
- Chcę, żebyś się z kimś spotkał.
- Z kim? - głos Karola nabrał ostrego brzmienia.
- Kiedyś wspominałeś mi, że Michał zajmuje się sprzedażą sportowej odzieży. - Postanowiłem przedstawić sprawę na jednym wydechu. - A skoro do nas przyjeżdżają goście, mamy sporo turystów, to pomyślałem sobie, że skoro go znasz, to mógłbyś mi załatwić jakiś rabat. Spotkasz się z nim...
- Filip! - zagrzmiał Karol.
Natychmiast urwałem swój słowotok. Wkurwił się, to na pewno. I teraz ja mam też przejebane. Co prawda ten rabat na ciuchy sportowe wcale mnie nie interesował. Tak naprawdę chciałem, żeby Karol i Michał się spotkali. Być może wówczas oni się skumają, a Michał da mi spokój i przestanie prześladować.
- Tak? - zapytałem nieśmiało.
- Po pierwsze i najważniejsze nigdy nie wspominałem ci o tym, żeby Michał zajmował się sprzedażą odzieży sportowej. Nic mi o tym nie wiadomo. Pierwsze słyszę taką rewelację.
O cholera! Jasny gwint! To się wygadałem niepotrzebnie. Teraz Karol może zacząć coś podejrzewać. Że niby znam Michała. Muszę z tego wybrnąć.
- Nie wspominałeś o tym?
No tak, jeszcze muszę się bardziej pogrążać, drążąc ten temat.
- Nic mi o tym nie wiadomo. On dopiero skończył studia, ale od wakacji nie wiem co się z nim dzieje. Nie mam z nim kontaktu.
- Aha - bąknąłem pod nosem. Rzeczywiście Karol wspominał o tej drugiej tożsamości Michała. Michała, jako studenta ostatniego roku jakiegoś tam kierunku, cholera wie jakiego. Co teraz? Już wiem! - No przecież, że mi nie wspominałeś, bo jak mogłeś wspominać, skoro z nim nie jesteś. Widziałem to w internecie. I dlatego pomyślałem sobie, że skoro go znasz...
- Zapomnij, Filip! - Karol wszedł w zdanie.
- Ale Karol, możesz to przecież dla mnie zrobić.
- Nie, nie mogę. Nie chcę mieć z nim nic do czynienia.
I wcale się nie dziwię. Nie ty jeden, przeleciało mi przez umysł.
- Ale ja potrzebuję tych ciuchów. To byłaby dla mnie dobra inwestycja. Pensjonat by zarobił więcej.
- Filip, ty pracowałeś w reklamie. Ty rozmawiałeś z klientami. I to ty im załatwiałeś reklamy, więc... sam widzisz. Jesteś w tym dobry. Nie potrzebujesz wysługiwacza.
- Potrzebuję zniżek, a gdybyś z nim pogadał...
- Nie! - Karol uparcie trwał przy swoim zdaniu. Co za wredny uparciuch!
- Obiecaj chociaż, że się zastanowisz. Proszę cię.
- Nie!
- Proszę cię, nie podejmuj pochopnie decyzji. Zastanów się, a ja niedługo się odezwę. Tylko zastanów się na tak, okej? No to pa. Do zdzwonienia.
Rozłączyłem się. Odetchnąłem z ulgą. Mało brakowało, a sypnąłbym się odnośnie znajomości z Michałem. Wiedziałem za dużo. Muszę się bardziej pilnować.
Do drzwi rozległo się pukanie. Odwróciłem się energicznie. W progu stał Wiktor, opierając się o futrynę. Chwiał się na nogach, co oznaczało, że alkohol swobodnie poruszał się po jego organizmie, ale mimo to dzielnie utrzymywał pion, by nie paść przede mną jak długi. A skoro doszedł o własnych siłach, aż tutaj, to znaczy, że nie jest aż tak ubzdryngolony. Trzy odpięte guziki ukazywały masywny tors. Spoglądał na mnie i miażdżył tym swoim obłędnym wzrokiem. Jego oczy pożądliwie patrzyły i pożerały. Tak jak wówczas, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Krupówkach. Był tak blisko, a mimo to wciąż nieosiągalny. Do cholery, nie mogę przecież rzucać się na zajętych facetów!
- Cześć - przywitałem się z uśmiechem. Głos zadrżał; bardziej z wrażenia, pomieszanego ze strachem.
- Kiedy szedłem na to spotkanie, nie spodziewałem się, że spotkam na nim ciebie. - Ominął część oficjalną powitania i przeszedł od razu do rzeczy. - Wchodzę, śmieję się, obok mnie Konrad, mój facet... Wśród większości znajomych figuruje jako przyjaciel z dzieciństwa, co by nie było posądzania mnie o pedalstwo. A na sali kto? Ty - wskazał na mnie palcem. - Miałem ułożone życie, wiesz? Takie spokojne, w małym mieście, u stóp ukochanego Giewontu. Z facetem u boku, który za mną szaleje. Po prostu sielanka. Niczego więcej nie chciałem. I nagle zjawiasz się ty, tak niespodziewanie. I tylko w głowie słyszę, jak cały mój świat z hukiem rozpada się na drobne kawałki. Wciąż słyszę ten hałas, rozumiesz?
- Przepraszam.
Choć nie wiedziałem za co przepraszam, to jednak to powiedziałem. Pewnie chciałem mu ulżyć.
- Przepraszasz? Ty przepraszasz? - zapytał zdziwiony, po czym zaniósł się gromkim śmiechem. Gdy przestał, spojrzał na mnie z bólem. - Co tutaj robisz? Co robisz w Zakopanem?
- Pracuję. Zostałem. Osiadłem na stałe.
- Ty? Ty w Zakopanem? Czemu nie wróciłeś do Krakowa?
- Do czego miałem wracać? Przyjechałem specjalnie dla ciebie, a na dworcu dowiaduję się, że wróciłeś do tego tam - wskazałem głową w kierunku sali. - Do swojego byłego.
- On ma na imię Konrad.
- Cieszę się - odparłem.
Wiktor spoglądał w moje oczy. Widziałem w nich błysk i pożądanie. Nie wiem czy to ten alkohol wydobył z niego ukryte emocje, czy tak było naprawdę, ale dostrzegłem w nich pożądanie. On wciąż coś do mnie czuł. Wciąż nie byłem mu obojętny.
- Po co wróciłeś? Nie mogę tego zrozumieć. Wydawało mi się, że już totalnie o tobie zapomniałem.
- A nie zapomniałeś?
Zrobił krok w moją stronę.
- Co noc o tobie śnię, Filip. Nie mogę cię wyrzucić z mojej pamięci. Zawróciłeś mi w głowie. Oszalałem na twoim punkcie. Budzę się przerażony, przy Konradzie i zastanawiam się czy czasami przez sen nie wymawiam twojego imienia. Nie potrafię o tobie zapomnieć. To nie takie proste.
Zatrzymał się. Dzieliło nas zaledwie dwadzieścia centymetrów. Wyciągnął dłoń, która zawisła w bezruchu w powietrzu. Czułem jego oddech na sobie. W tym momencie miałem ochotę zedrzeć z niego koszulę. Boże, jak ja za nim tęskniłem. To naprawdę cud, że w tak małym mieście, jakim jest Zakopane, nie udało nam się do tej pory spotkać.
Ciepła dłoń spoczęła na szyi. Miękkie opuszki palców przejechały po policzku. Zadrżałem. Zbliżył się jeszcze bardziej. Musnął nosem mój nos, potem wargi. Położyłem dłonie na jego torsie i zacisnąłem na koszuli, gotowy szarpnąć z całych sił i zedrzeć z niego ten ciuch. Delikatnie pocałował.
- Tęskniłem za tobą - wyszeptałem.
- Ja też tęskniłem.
Nasze wargi zwarły się w namiętnym pocałunku. Język Wiktora wsunął się z impetem przez zęby do gardła i błądził po omacku po podniebieniu. Jęknąłem, czując niesamowitą radość.
- Nie.
Wiktor oderwał się ustami ode mnie, choć nadal trzymał moją twarz swoich dłoniach.
- Co się stało?
- Nie - wyszeptał ponownie, odzyskując oddech. - Nie możemy tak. Ja jestem z Konradem. Mam obowiązki. - Zrobił dwa kroki do tyłu. Uniósł ręce w geście poddania się. - Proszę cię, wróć do Krakowa. Tak będzie lepiej. Dla ciebie... Dla mnie. Przepraszam.
Chwiejnym krokiem opuścił pokój. Chciałem za nim zawołać. Chciałem go zatrzymać, ale zrezygnowałem. Co to było w ogóle? Przed chwilą się całowaliśmy, dotykaliśmy się, byliśmy tak blisko siebie. Znowu czułem nabuzowany hormonami, gotowy na dokonywanie wzniosłych czynów. Ale nie! My nie możemy być razem. Nie możemy być razem, bo co? Bo Wiktor jest z Konradem, a tak naprawdę ma chcicę na mnie? Boże, jaki popierdolony jest ten świat!
Ogarnąłem się i ruszyłem w stronę sali. Kiedy od szklanych drzwi wejściowych do restauracji dzieliło mnie zaledwie kilka kroków, z sali wyszła Eliza. Uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Tu jesteś - zwróciła się do mnie. - Szukałam cię. Muszę przyznać, że jestem pod bardzo dobrym wrażeniem całej organizacji tej imprezy i wystroju. Wszystko jest pyszne.
- Schlebia mi to - wymusiłem na twarzy uśmiech. Przez przeszklone drzwi dojrzałem Wiktora. Siedział obok swojego i nad czymś zawzięcie dyskutował.
- Wiktor wiele mi o tobie opowiadał - Eliza odezwała się niespodziewanie.
Zamurowało mnie. Popatrzyłem na nią. Utkwiła wzrok w biesiadnikach, którzy stawali do walki z kolejną butelką wódki. Nie wiedziałem co powiedzieć. Słowa ugrzęzły w gardle.
- Kiedy cię poznałam i przedstawiłeś się, jako Filip, nie przypuszczałam, że to ten Filip, dla którego Wiktor totalnie oszalał. On jest w tobie zakochany. Cholernie zakochany.
- Ale jest z... - wskazałem ręką w stronę chłopaków.
- Jest z Konradem. I Konrad tak łatwo z niego nie zrezygnuje. Nie odda ci Wiktora bez walki. Wiesz... - klepnęła mnie w ramię. - Współczuję ci. Nie chciałabym być w twojej skórze i przez to przechodzić. Masz przejebane.
Eliza wróciła na salę. Przejebane? No super. Takich słów pocieszenia właśnie potrzebowałem teraz. Żeby mi współczuć i pogratulować przejebanej sytuacji. Wziąłem głęboki wdech. Już dość dzisiaj namieszałem z Wiktorem. Być może nie powinno było dojść do tego pocałunku, ale cóż, stało się. Nieważne. Czekają mnie teraz obowiązki. Praca.
Do pensjonatu wróciłem bladym świtem. Goście rozeszli się parę minut po trzeciej. Sprzątanie sali, mycie naczyń, by wszystko błyszczało, jak przed rozpoczęciem imprezy trwało do szóstej, stąd taki późny albo wczesny powrót. Padłem do łóżka i zasnąłem.
Obudziłem się wieczorem, kiedy już mrok spowijał zakopiańską ziemię. Giewont groźnie majaczył w oddali. Przypomniałem sobie Wiktora. Tak, siedział w głowie od wczoraj. Ale nie łatwo było się go pozbyć. Podobno na wszystko potrzeba czasu, zwłaszcza na niespełnioną miłość. Wyleczyć się z niej to trudna sztuka, ale możliwa. Jasne, pomyślałem w duchu. Tyle czasu minęło odkąd widziałem ostatni raz Wiktora, a wczoraj gdy tylko go zobaczyłem, zachowałem się jak dzieciak i dałem się ponieść chwilowej głupocie.
W salonie zjadłem odgrzany przez Anielę obiad. Siedząc przy kominku i patrząc w telewizor, wciąż pozwalałem swoim myślom błądzić gdzieś w stratosferze, zamiast przywołać je do porządku. Aniela dosiadła się do stolika z kubkiem kawy i zaczęła opowiadać ile to gości się dzisiaj zjechało, a na święta to już zapowiada się oblężenie.
- A ty kiedy wybierasz się do domu? - Aniela zadała pytanie z charakterystycznym góralskim zaśpiewem.
- Ja? - zapytałem zaskoczony. - Skoro mammy tylu gości, to raczej spędzę święta z wami.
- A nie wybierasz się do domu? Do rodziny? Może oni chcą cię mieć przy sobie.
- Przecież ja duży chłopak jestem - zaśmiałem się. - Trzydziestoletni facet.
- To nieważne ile masz lat, ale ważne, by z bliskimi spędzić święta. My sobie tu poradzimy. Wieczerzę postną przygotujemy, damy gościom zjeść i pójdą sobie w góry. Kiedy byłeś ostatnio u rodziny?
Zamyśliłem się na chwilę. Miałem być w wakacje, ale ostatecznie nie pojechałem. Wcześniej po wypadku, ale też nie dotarłem. Ciągle coś mi wypadało i nie mogłem się zebrać na wyjazd, choć do rodzinnej miejscowości nie jest tak daleko od Krakowa.
- Nie pamiętam, ale chyba ponad pół roku temu.
- No to tyś wyrodny syn! - zawołała Aniela. - Pakujesz się jutro i jedziesz do domu.
- A pensjonat? - zapytałem z troską.
- Damy sobie radę, Filip. A ty odpocznij, boś się ostatnimi czasy napracował.
Zgodziłem się. Może i wyjazd dobrze mi zrobi. Powrót do rodzinnych korzeni trochę mnie wzmocni, nabiorę sił i dystansu do spraw i tego całego życia. Spojrzę na to wszystko z boku i przestanę sobie je komplikować. Przynajmniej wstąpiła we mnie taka nadzieja, że wyjazd z Zakopanego mi pomoże.
Następnego dnia spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy do torby podróżnej. Zabrałem ze sobą laptopa; a nuż zdarzy mi się popracować w domu, kto wie? Aniela odwiozła mnie na dworzec. Z nieba wolno spadały płatki śniegu, które przy zetknięciu z gorącą skórą szybko zamieniały się w kropelki wody.
- Chyba będziecie mieć białe święta - zauważyłem. - Tego wam zazdroszczę.
- A może u ciebie też spadnie śnieg. Tego nie wiesz, Filipku.
Uściskała mocno, życząc wesołych świąt.
Próbowałem jeszcze przekonać Anielę, że mój pobyt w Zakopanem może jej się opłacić, ale zaśmiała się głośno, po czym wepchnęła na siłę do autobusu. Odczekała, aż drzwi się zamkną, a potem pomachała na pożegnanie. Pożegnałem Anielę z uśmiechem. Co za fajna, ciepła z niej kobieta. Optymistyczna, zawsze uśmiechnięta i cierpliwa.
Autobus wyjechał z dworca. Zerknąłem w niebo. Widziałem tylko drobny puch, który z wolna opadał na zakopiańskie ulice i utulał zimową kołdrą. Założyłem słuchawki od mp4 i wsłuchałem się w świąteczną piosenkę Varius Manx "Hej ludzie idą święta." Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wyjazd do domu to tak naprawdę dobry pomysł. Przyda mi się taka odskocznia od pracy, od codzienności. Jest ku temu powód. Przecież są święta.
Kilka godzin później moja noga dotknęła krakowskiej ziemi. Ponownie, jak za starych dobrych czasów. Jak przed czterema miesiącami. Po peronach kręcili się podróżni z wielkimi walizkami. Przy stanowiskach tłoczyły się kilkudziesięcioosobowe grupy ludzi. Każdy chciał wejść pierwszy do autobusu. Całe szczęście, mój autobus nie przewidywał takiego nalotu podróżnych.
Zarzuciłem torbę na ramię i klucząc przez Galerię Krakowską, a przy tym doskonaląc się w slalomie między klientami tego molochu, wyszedłem na płytę główną przed dworcem kolejowym. Mini kiermasz świąteczny kusił turystów małopolskimi przysmakami. Z drewnianych bud unosił się zapach grillowanej kiełbasy, boczku i oscypka. Skręciłem w lewo i podszedłem do bandy, otaczającej lodowisko. Potrzebowałem nacieszyć oczy miejskim życiem ludzi. Tam w Zakopanem, mieszkańcy skupiali się na pracy. Tu, w Krakowie praca była na pierwszym miejscu, ale po godzinach ludzie chcieli odpocząć i zażyć odrobinę rozrywki. Płozy łyżew skrzypiały o skruszony lód. Amatorzy, którzy pierwszy raz założyli łyżwy poruszali się niezdarnie, stawiając niepewnie kroki. Ich krzyki i piski mieszały się z kolędami i piosenkami świątecznymi, płynącymi z wielkich głośników, rozstawionych dookoła placu.


Po twarzy przemknął uśmiech, który szybko zniknął w kącikach ust. Mimo to poczułem się jakoś raźniej. Dużo lepiej. Prawie, jak... Jak w domu. Zrobiłem głęboki wdech. Od razu wyczułem unoszący się w powietrzu zapach spalin. Typowe dla stolicy Małopolski, pomyślałem z rozbawieniem.
- Witaj... mój Krakowie - rzekłem z udawanym grymasem na twarzy.

B l o g i   g e j ó w