piątek, 13 grudnia 2013

Epizod 96. Rozterki Bartka /10/.

Zasnąłem dopiero koło trzeciej nad ranem. Szczęśliwy, zadowolony, z bananem na ustach.
Powód tego niesamowitego uczucia, które mnie tak nagle dopadło? Michał. Pisaliśmy do siebie kilka godzin, słaliśmy SMS za SMS-em, a w międzyczasie wykonaliśmy jeszcze po kilka telefonów, by usłyszeć się nawzajem. Na dobranoc obiecał, że odezwie się rano, że się spotkamy wieczorem, bo usycha z tęsknoty.
Tuląc komórkę do piersi, ściskając ją w dłoni, zamknąłem oczy. Ale nie spałem. Bo jak w takiej euforii, w takim szczęściu mógłbym zasnąć, kiedy morda samoistnie się uśmiechała. W końcu jednak odpłynąłem.
Trzy godziny później z podpuchniętymi od niewyspania oczami zerwałem się na równe nogi wraz z budzikiem, który wrzeszczał całą swoją mocą. Szybki prysznic, świeża koszula, spodnie, skromne śniadanie, ciepła herbata, czyli stały poranny rytuał. Zdążyłem na autobus i jak zwykle w ścisku, wisząc między uczniakami tarabaniłem się do firmy.
- Dobrze się spało? - przywitał mnie od progu Andrzej.
- Wyśmienicie - odparłem wesoło.
Karolina przyjrzała mi się uważnie. Nasz wzrok na moment się spotkał, spojrzenia się skrzyżowały. To wystarczyło. Zmrużyła oczy i już wszystko wiedziała, a przynajmniej tyle potrafiłem odczytać z jej miny. Kiwnęła nieznacznie głową na znak, że nie muszę nic mówić, że ona już wie, co mi siedzi w głowie.
- Co to za spojrzenia? - zaciekawił się Andrzej.
Czyli nie tylko ja to zauważyłem.
- Popatrz tylko na niego. - Karolina wskazała na mnie ręką. - Oczy podkrążone. Dwie ładne podkówki, jak u kowala. Głupawy uśmiech, który wykrzywia mu usta, jakby dostał paraliżu mięśni. Te kurwiki w oczach. O czym to świadczy?
Andrzej spojrzał na mnie uważnie. Zmarszczył czoło.
- Czy oprócz tego, że wyszedłeś z baru lekko wstawiony i wsiadłeś do taksówki, wydarzyło się coś jeszcze, o czym nie wiem? - zapytał podejrzliwie.
Agata, siedząca do tej pory nieruchomo przy komputerze - zapewne podsłuchiwała, ale nie reagowała na naszą rozmowę - niespodziewanie odwróciła się i zerknęła na mnie. Poczułem się osaczony. Byłem pod ostrzałem trzech par oczu, z czego jedne się ostro nabijały, drugie formowały się w charakterystyczne znaki zapytania, a trzecie trzaskały piorunami; ale chybiały.
- Był u ciebie w barze? - zapytała zaskoczona Karolina.
- Tak, poszliśmy po pracy - pochwalił się Andrzej.
- I wyszedł sam?
- I sam wsiadł do taksówki - dodał. - Wszystko widziałem.
- Czyli zdybał jakąś cizię na ulicy - zgadywała Karolina, dobrze się przy tym bawiąc.
Widziałem, jak kątem oka zerka na Agatę, którą mało co szlag nie trafiał. Ale Karolina najwidoczniej obrała metodę, by nie certolić się z uczuciami koleżanki. Im szybciej dziewczyna wybije sobie mnie z głowy, tym lepiej dla niej. Takie są przyjaciółki. I tak zazwyczaj grają najlepsze koleżaneczki.
- Myślisz? - Andrzej zmrużył oczy, patrząc na mnie. Usiadłem za biurkiem, ale nadal byłem pod ostrzałem. - Nie sądziłem, że nasz as, krakowski Casanova, połasi się na byle dziewuszkę z ulicy.
- Nie, nie, Jędruś. Oj nie! - zaprzeczyła szybko Karolina. - Popatrz tylko na tę uśmiechniętą mordeczkę. Przyjrzyj się tym oczkom. Widzisz to, co ja? To jest to samo spojrzenie, co ostatnio. To musi być ta sama laska, co ją ostatnim razem obracał.
- Aaa, replay! - przyklasnął Andrzej.
- Okej, wystarczy! - podniosłem ręce do góry, by uciszyć rozbrykane towarzystwo. - Pośmialiśmy się, to teraz możemy wrócić do pracy.
- Nie opowiesz, jak było tym razem? - Karolina udała obrażoną. - Lepiej? Gorzej? Dopasowaliście się?
- Do roboty, Karolcia! - wskazałem palcem na jej biurko.
- Czyli ostra z niej babka - podsumowała z zadowoleniem Karolina i zanurkowała w papiery.
Spojrzałem na Agatę. Nasze spojrzenia przecięły się na ułamek sekundy. Ale to wystarczyło na wysłanie sygnału. Odebrałem od niej wiadomość, jak bardzo cierpi z tego powodu, że kogoś mam. Gdyby tylko wiedziała, że nie jestem taki jak myśli. Może wtedy przyszłoby jej łatwiej pogodzić się ze stratą faceta, w którym potajemnie się podkochuje, a który nie odwzajemnia jej uczuć z prostego powodu - jest gejem. Zniosłaby to? Przyjęła na spokojnie? Ogólnie krąży przyjęta plotka, że kobieta, która walczy o faceta i sromotnie ponosi klęskę, daje sobie radę, ale kiedy dowiaduje się, że przegrała z innym facetem... Oj, to wtedy robi się już niebezpiecznie. Wyzwalają się w niej dzikie, stłumione instynkty. Pojawiają się pytania: jak to możliwe, że poniosła porażkę z jakimś gachem? Toż to wstyd i hańba! I wówczas z takiej słodkiej, do tej pory niewinnej istotki, rodzi się monstrum, potwór, który potrafi być niebezpieczny, a zemsta zranionej i odrzuconej kobiety przybiera formę maniakalnej obsesji.
Czy Agata, po uzyskaniu takiej porcji wiadomości, mogłaby przemienić się w żądną zemsty maniaczkę? Nie wyglądała na taką, choć kto ją tam wie tak naprawdę. Z zewnątrz mogła być słodka, niewinna, a w środku szaleje stado wściekłych bestii i opracowuje plan słodkiej zemsty.
Odwróciła się szybko do komputera. Westchnęła i zaczęła stukać w klawiaturę.
Parę minut po trzynastej Agata oderwała wzrok od monitora. Rozejrzała się po gabinecie. Sprawdziła każdy fragment, by znów wrócić spojrzeniem na ekran. Zaczęła pilnie czytać tekst, który wymodziła. Przez ten czas obserwowałem ją sporadycznie. Choć była zajęta, coś niepokoiło mnie w jej zachowaniu. Jej spojrzenie coś sugerowało. Może stado wściekłych bestii w głowie zostało spuszczone z zagrody? Gdy skończyła czytać, uruchomiła drukarkę. Maszyna wypluła dwie, zapisane kartki A4. Przyjrzała się im uważnie. Z tej odległości dostrzegłem tylko, że jest to oficjalne pismo, zaadresowane zapewne do jakiejś instytucji, ponieważ zawierało nazwę miejscowości i datę w prawym górnym rogu, a na środku nazwę; chyba firmy, do której wymodziła ten dokument.
Niespodziewanie podniosła się z fotela. Trzy zamaszyste i długie kroki w butach na wysokim obcasie sprawiły, że Agata zmaterializowała się przed moim biurkiem. Położyła pisemka przede mną. Wreszcie mogłem zobaczyć dzieło, nad którym pracowała cały ranek. Wypowiedzenie z pracy.
- Co to? - zapytałem zaskoczony.
Mogłem się założyć i dać rękę sobie uciąć, że w tym momencie Karolina i Andrzej przerwali pracę, podnieśli zapracowane łepetynki znad sterty papierów i komputera i z zainteresowaniem przysłuchiwali się tej nietypowej wymianie zdań.
- To co widzisz - odparła oschle.
- Agata, widzę co to jest - wskazałem palcem na dokumenty - ale nie rozumiem?
- Przeczytaj, to zrozumiesz.
Przeskakiwałem oczami po wypocinach Agaty. W swoim wypowiedzeniu używała zwrotów takich, jak wypalanie, dyskomfort, zastój, potrzebę zmiany otoczenia, nowych wyzwań. Nie obarczała winą nikogo za ten stan, po prostu nadszedł czas, by zmienić warunki pracy, otoczenie i spróbować swoich sił na nowym polu działań, a przy zdobytym doświadczeniu ma szansę zabłysnąć. Pod koniec swojego listu podziękowała za współpracę, życząc przy tym dalszych sukcesów i powodzenia w projektach. Druga kartka była kopią pierwszego dokumentu.
- Dlaczego? - zapytałem.
Nie rozumiałem jej postępowania, jej idei odejścia z pracy, choć w gruncie rzeczy podejrzewałem, że ma inny powód, dla którego chce opuścić statek i zostawić na nim resztę załogi. Tylko za nic nie mogłem to sobie uzmysłowić. Przecież to byłaby sprawa prywatna, a sprawy prywatne nie powinny raczej wchodzić w kolizję ze sprawami zawodowymi.
- W piśmie jest wszystko wyjaśnione - odparła. Wciąż traktowała mnie z buta, nie pozwalając sobie nic wytłumaczyć. - Podpiszesz? Chcę mieć kopię.
- Chcę wiedzieć dlaczego?
- Tutaj - wbiła palec w dokument - jest wszystko napisane. Pisałam to po polsku. Którego fragmentu pisma nie rozumiesz?
Podniosła głos, ale trzymała się twardo. Nie dawała poznać po sobie, że krew zaczyna się gotować w jej żyłach.
- Wszystko zrozumiałem. Ale uważam, że masz inny powód i nie ściemniaj, że jest inaczej. - Cedziłem słowa spokojnie, ale stanowczo. - Oboje dobrze wiemy, że to, co napisałaś to tylko ładna oprawa, a w rzeczywistości jest inaczej. Myślałem, że będziesz szczera.
- Skoro tak dobrze wiesz, o co chodzi, to nie muszę ci nic wyjaśniać. Podpisz... Proszę!
Dwie sekundy. Tyle pojedynkowałem się na spojrzenia z Agatą. Okej, pomyślałem. Wziąłem długopis, machnąłem podpis na dwóch egzemplarzach i wręczyłem jeden Agacie.
- Pracujesz do końca roku.
- Wiem.
Wróciła na swoje miejsce.
Kiedy wieczorem przyjechała Michał i przy kolacji opowiedziałem mu dzisiejszą historię z Agatą, a przy okazji streściłem poprzednie jej akcje, odczułem po części ulgę. Agata odejdzie z pracy, uspokoi się, przestanie mnie oglądać na co dzień. Może nawet znajdzie kogoś odpowiedniego dla siebie, jeśli tylko wcześniej pozbędzie się jednego uczucia. Jest silna. Da sobie radę. Z pracą też będzie mieć lekko. Z takim doświadczeniem i zaparciem, z jakim ona przystępuje do projektów i działań, to na pewno niejedna firma chciałaby mieć w swoich kręgach takiego pracownika, jak Agata.
A jeśli chodzi o Michała...
Przyszedł wystrojony w koszulę, eleganckie spodnie, czarny pasek z błyszczącą nazwą marki Valentini i szykowne buty. Najpierw, już od progu, namiętne całusy. Nie potrafiliśmy oderwać się od siebie, ale trzeba było coś zjeść. W tej niezwykłej sielance, która zapanowała przygotowaliśmy na szybko zapiekankę z makaronem, przypiekliśmy warzywa, dodaliśmy przypraw. Smakowało przepysznie, a czerwone wino dodało smaku przyrządzonej naprędce potrawie.
Po kolacji te eleganckie ciuchy, które miał na sobie Michał, fruwały po sypialni, niczym w czasie przejścia huraganu. Namiętny i rozkoszny seks trwał nieskończenie długo. Nie liczyłem ile razy dochodziłem, ile razy Michał szalał z rozkoszy, ale kiedy w końcu padliśmy ze zmęczenia, czułem takie szczęście, jakiego jeszcze nigdy przedtem nie zaznałem.
Przez dobrych kilkadziesiąt minut leżeliśmy w egipskich ciemnościach pod kołdrą, wtuleni w siebie. Michał delikatnie łaskotał wargami gorącą skórę na plecach. W końcu ciszę przerwał jego zachrypnięty głos:
- Misiu, mam szalony pomysł.
- Jaki? - zapytałem.
- Co byś powiedział na wspólny wyjazd za Kraków?
Otworzyłem oczy. Ani trochę nie zrobiło się przez to jasno w pokoju. Blade światło latarni ulicznej sączyło się przez zasunięte zasłony, ale bezskutecznie próbowało rozświetlić panujący mrok.
Odwróciłem się twarzą do Michała. Widziałem zaledwie jej rysy, ale wiedziałem, że patrzy na mnie.
- Sylwester poza Krakowem? - zapytałem.
- Nie, choć sylwester też może być poza Krakowem, jeśli tylko chcesz. Wyjedziemy gdzieś... Ale mówiłem o najbliższym weekendzie.
- Dwudziesty pierwszy, dwudziesty drugi? - Musiałem się upewnić, choć wiedziałem, że chodzi o tę datę.
- Tak.
- Ale to tuż przed świętami.
- No i co z tego? - Kołdra zaszeleściła, kiedy wzruszył ramionami. - To tylko dwa dni.
Myślałem przez chwilę. Wyjazd poza Kraków. W sumie... To nie byłby taki zły pomysł.
- A dokąd byśmy pojechali? - zapytałem zaciekawiony.
- Mam pewien pomysł, ale... to byłaby niespodzianka. Najpierw musiałbym wszystko zorganizować.
- Co ty kombinujesz?
- Nieważne. To co? Zgadzasz się?
Jeszcze dałem sobie chwilę na zastanowienie, nim podejmę ostateczną decyzję. Wyjazd z Michałem. Hmmm... Poza Kraków. Z dala od smogu, zgiełku, gwaru. Ciekawe dokąd mnie chce zabrać? Przekonam się, jeśli dam się namówić. Więc?
- Okej, zgadzam się.
- Przygotuj się zatem na niesamowite wrażenia.
Zaśmiał się głośno. Chciałem coś powiedzieć, ale nie zdążyłem. Jego wargi zetknęły się z moimi ustami w namiętnym pocałunku. Już po sekundzie myśl uleciała z głowy.

B l o g i   g e j ó w

czwartek, 12 grudnia 2013

Epizod 95. Rozterki Bartka /9/.

- Auć! - syknąłem z bólu, kiedy palcem wskazującym dotknąłem nabrzmiałą narośl na czole. - Ja pierdzielę!
Patrzyłem na swoje odbicie lustrzane, na wielkiego guza, z którego parę dni temu sączyła się jeszcze krew. To wyglądało okropnie. Taki pięknie prezentujący się siniak nad okiem. Pamiątka po piątkowym zderzeniu ze... To naprawdę był on? Stasiek? Przez sobotę i niedzielę myślałem, czy mi się to wszystko nie śniło, ale guza sobie nie nabiłem, ot tak, przy okazji, tylko zderzyłem się ze Staśkiem. W Blue. Miałem do niego zadzwonić i pogadać o tym, co zaszło, ale odwlekałem wykonanie telefonu, aż weekend się skończył, przyszedł poniedziałek i teraz stałem przed lustrem, ślepiąc w ten paskudny gratis. Przykleiłem rozciętą skórę kawałkiem plastra opatrunkowego, który przynajmniej odrobinę go zakrywał.
Wychodząc z mieszkania i kierując się na przystanek autobusowy, moje myśli powędrowały w kierunku Michała. Oczywiście siedział w mojej głowie przez cały weekend, katowałem się wspomnieniami naszej szalonej nocy. A potem, następnego dnia, kiedy poczułem się ciut niepewnie i wyskoczyłem z pytaniami, ten tak po prostu wstał od stołu, od śniadania i wyszedł. No i zamilkł, przepadając bez wieści. Słuch po nim zaginął.
Autobus wtaszczył się ciężko na przystanek, sapiąc i dysząc. Mroźne powietrze kąsało mnie w nozdrza, ale dało się wytrzymać. Wcisnąłem się głębiej w kurtkę, schowałem twarz w wełniany szal, który oplatał mnie paroma warstwami, niczym wąż boa i upchnąłem się wraz z ludźmi do pojazdu. Drzwi zamknęły się za mną.
A wracając do Michała...
Wiem, roztrząsam strasznie. Wiele razy już karciłem się w myślach za moją głupotę, ale nic nie mogłem poradzić na natłok wspomnień, które jak fala zalewały mój mózg. Starałem się odpędzać od siebie myśli o Michale i skupić się na czymś innym, bardziej przyziemnym, ale one wracały, jak bumerang. Chyba uwielbiam się katować. Taki masochista ze mnie. Albo paranoik. Może powinienem do niego napisać. To nie jest wcale taki głupi pomysł. Przynajmniej będę wiedział na czym stoję. Jeśli coś z tego ma być, niechaj będzie teraz, now, a jeśli nie, to lepiej to szybko zakończyć. Tak też zrobię. Koniecznie dzisiaj, ale dopiero wieczorem, po pracy.
W biurze od razu zwrócili uwagę na opatrunek na głowie. Najpierw padały pytania sprawdzające, troskliwe, a zaraz potem zaczęły się dyskusje i dywagacje o tym, kto jest odpowiedzialny za moje okaleczenie. Karolina posunęła się nawet do stwierdzenia - chyba za bardzo pozwoliła się ponieść swojej wybujałej fantazji - że to ta laska, z którą ostatnio uprawiałem namiętny seks, lubi dominować i pozwoliła sobie na użycie siły, przy okazji doprowadzając partnera łóżkowego, czyli mnie, do uszczerbku na zdrowi. Andrzej i ja śmialiśmy się, tylko Agata nie potrafiła się uśmiechnąć. Zmierzyła mnie wzrokiem, przyjrzała się opatrunkowi i wróciła do pracy.
Prawie do końca dnia Agata utrzymywała dystans. Zauważyłem, zresztą nie tylko ja, że Agata od mikołajków stała się bardziej milcząca. Kiedy ulotniła się na chwilę z biura, Karolina wstała, podeszła do drzwi i wyjrzała na zewnątrz.
- Żal mi Agatki - wzruszyła ramionami.
Spojrzałem na nią pytająco. Andrzej również podniósł głowę znad papierów.
- Jest w tobie zakochana po uszy. - Te słowa skierowała do mnie, choć wciąż patrzyła w korytarz. - Wiesz... zastanawiam się czasami czy jest na tyle silna, że sobie poradzi z odrzuceniem.
- Karolina, ale to nie moja wina, że ona nie jest w moim typie - odparłem. - I proszę cię zakończmy już ten temat. Skoro Agata nie potrafi tego zrozumieć, to nie jest to już mój problem.
- Ależ owszem, mój drogi, to też twój problem. Rozmawiałeś z nią? Mówiłeś, żeby dała sobie spokój? Żeby znalazła sobie inny obiekt westchnień?
- No nie...
- W takim razie dopóki z nią szczerze nie porozmawiasz, to też jest twój problem. Musisz jej to wyjaśnić.
- Chyba daję jej wystarczające sygnały. Nie kuma tego?
- Może i kuma, ale kobiecie trzeba czasami powiedzieć wprost. A co ci się w niej nie podoba?
Wydąłem usta. Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Jezusie, co może mi się w niej nie podobać? No przede wszystkim to, że jest kobietą, a mnie jarają kutasy. Taka prawda. Nawet gdyby miała dorobionego, nadal jest kobietą.
- Co? Ma małe cycki? Wielkie usta, jak u Shreka?
- Co? - zapytałem zdziwiony. Jajcara z tej Karoliny, przebiegło mi przez myśl. - Co ty gadasz?
- O ja pierdzielę! - krzyknęła w popłochu.
Dała nura do biura i usiadła przy biurku. Zarzuciła włosy i już po sekundzie doleciało głośne stukanie w klawiaturę. Andrzej nie wytrzymał i ryknął śmiechem. W tym momencie do biura weszła Agata. Nie spojrzała na nikogo, tylko pognała do swojego biurka. Mało brakowało, a tez ryczałbym tutaj ze śmiechu. Zaciskając usta i powstrzymując się przed parsknięciem, wyszedłem na korytarz z teczką dokumentów.
Rozniosłem papiery po działach, zebrałem kilka potrzebnych podpisów, a wracając po piętnastu minutach odebrałem pocztę. Kilka faktur, nic szczególnego, parę pisemek, jakieś projekty i... I znowu tajemnicza koperta z moim imieniem. Rozejrzałem się po korytarzu. Nikt nie patrzył w moją stronę, a jeśli ktoś mnie obserwował, robił to bardzo dyskretnie.
Rozerwałem kopertę. W środku była kolejna świąteczna kartka. Zimowa, górska sceneria. Drobne płatki śniegu, spadające łagodnie z nieba, przystrojona choinka i zakochana para, zmierzająca za rękę w kierunku oddalonego domu. Odwróciłem kartkę na drugą stronę.
"Bartku, wiem... Nie dostrzegasz mnie. Nie zauważasz. Domyślam się, że pewnie masz na głowie mnóstwo innych spraw, ale nie potrafię... Po prostu nie umiem przestać o Tobie myśleć.
Widzę Cię codziennie, patrzę na Ciebie, ale Ty omijasz mnie wzrokiem. Mam wrażenie, że jestem dla Ciebie powietrzem. Czy coś w końcu sprawi, że mnie zauważysz?
Twój uśmiech na ustach jest wprost zniewalający, ale nie jest przeznaczony dla mnie."
W pierwszym odruchu pomyślałem, że to sprawka Agaty. Tą drogą próbuje się dostać do mnie, więc pisze wyznania. To całkiem prawdopodobne. Czytałem dalej.
"Nie wiem dlaczego tego nie widzisz, że ciągle na Ciebie patrzę. Wywołuję Cię wzrokiem, a Ty tego nie widzisz. Ostatnio, w zeszłym tygodniu, wszedłeś do firmy taki szczęśliwy, radosny, jakbyś unosił się nad ziemią. Ciekawe czym był spowodowany Twój dobry humor? Podejrzenia mam, ale nie chce je wypowiadać na głos. Bo to boli. Bardzo boli.
Ale jeśli wciąż nie będziesz zwracał na mnie uwagi, dam sobie spokój. Nie będę Cię tak nagabywać nachalnie, jak to robi Twoja koleżanka z pokoju. Potrafię przeżyć tak zwanego kosza.
J.
No proszę. Podpisała się. Jest jakiś ślad. Nareszcie. Mam punkt zaczepienia. Ale... J. Jej imię zaczyna się na literę "J". Czyli to nie jest Agata. A to oznacza, że w firmie mam jeszcze jedną cichą wielbicielkę. Szkoda, że to nie cichy wielbiciel, z którym można byłoby poflirtować.
Wróciłem do biura i zalogowałem się do bazy pracowników. Przez następne kilka godzin zrobiłem spis dziewczyn w przedziale wiekowym dwadzieścia pięć do trzydziestu ośmiu lat, których imiona zaczynały się na literę "J". W ten sposób powstała dość pokaźna, aczkolwiek znowu nie taka ogromna lista kobiet. Bagatela, sto osiemdziesiąt cztery dziewczyny. Dużo? Sam nie wiem. Teraz czekała mnie dość żmudna praca. Musiałem je odpowiednio zlokalizować w odpowiednich działach. Szło to wolno i bardzo opornie. Ale częściowo zrobiłem.
Agata wymknęła się pracy jako pierwsza. Pożegnała się krótkim "cześć" i wyszła. Zaraz za nią wyszła też Karolina, sugerując wciąż, że powinienem poważnie porozmawiać z Agatą na temat jej uczucia do mojej osoby. Machnąłem ręką i wróciłem do pracy.
- Masz zamiar nocować?
Andrzej zakładał właśnie płaszcz. Rozejrzałem się po biurze. Za oknem było już ciemno. O Jezu, zasiedziałem się!
- Nie, już się zbieram.
- Może wyskoczymy na jakiegoś drinka? - zaproponował Andrzej, otulając się szalem. - Zapraszam do knajpy, gdzie czasami wieczorami jestem za barem.
- Dzisiaj też jesteś? - zapytałem, gasząc komputer.
- Tak się składa, że tak - przytaknął z uśmiechem.
- To raczej nie możesz pić.
- Zrobimy tak. Ty będziesz pił, a ja będę w pracy. Siądziesz przy barze. Zrobię ci coś wyjątkowego.
Pomyślałem, pomyślałem i zgodziłem się.
Andrzej pracował na Kazimierzu w Le Scandale, przy Placu Nowym. Nie przypuszczałem, że jest barmanem w tak dobrej i znanej knajpie. I nie tylko knajpie, bo w menu lokalu można było również upolować bardzo dobre dania. Akurat głodny nie byłem, więc skupiłem się na bogactwie alkoholi, którym dysponował bar. To whisky, to rum, to wódka, to wino, to koniak, a nazwy tak dziwne, tak różne, że nie miałem wcześniej bladego pojęcia, że coś takiego istnieje. Za whisky nie przepadałem, więc od razu przerzuciłem wzrok na rumy. Jezusie, pomyślałem zadowolony, co za wybór?
Dziesięć minut później za barem pojawił się Andrzej. Biała koszula, dopasowana do jego smukłej sylwetki, wprost na nim świeciła. Podwinięte rękawy odsłaniały owłosione, całkiem ładne ręce. Czarny krawat znikał pod kamizelką.
- To na co masz ochotę? - zapytał z uśmiechem.
- Macie taki wybór, że nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Zaproponuj coś. Zdam się na twój gust.
- Okej - zgodził się Andrzej.
Tylko spojrzał na alkohole, zmrużył oczy i po chwili zabrał się za przyrządzanie specyfiku. Patrzyłem mu na ręce, ale nie potrafiłem odtworzyć w pamięci czynności, które wykonywał, jakie składniki dobierał do mieszanki i w jakiej kolejności. A było tego sporo. Kiedy więc gotowy koktajl stanął przede mną i zapachniało cytrusami, popatrzyłem na niego z niedowierzaniem.
- To naprawdę ty zrobiłeś?
Wzruszył ramionami.
- Pij.
Pociągnąłem przez słomkę łyka. Boski nektar rozlał się po gardle. Połechtał kubki smakowe, wyzwolił niezwykłe doznania, aż pomyślałem, że znajduję się w jakiejś egzotycznej knajpie na rajskich plażach, pod palemką, a nie w mroźnym Krakowie.
- Pychota! - krzyknąłem zadowolony. - Rany, i ty takie cuda przyrządzasz?
- Tak się złożyło - zaśmiał się Andrzej.
W Le Scandale spędziłem ponad dwie godziny. Opróżniłem cztery mocne drinki, które zaserwował mi Andrzej, i po których było mi już wystarczająco wesoło. To był ten moment, kiedy w końcu stwierdziłem, że pora się zbierać. Ale nagle przypomniało mi się, że choć pracuję z Andrzejem od początku grudnia, wciąż nie mam jego numeru telefonu. Napisał na kartce i wcisnął do ręki. Schowałem ją bezpiecznie do kieszeni spodni i wyszedłem na Plac Nowy.
Zamówiona wcześniej taksówka już stała przed knajpą, więc wsiadłem, podałem adres mieszkania i samochód ruszył z miejsca. Byłem w doskonałym humorze. Wprost wyśmienity, a to znaczyło, że jestem dobrze uwalony. Wtem odezwała się komórka. SMS. Sprawdziłem od kogo i... na chwilę zaparło mi dech w piersi z wrażenia. Potem pojawił się uśmiech.
"Tęsknię za Tobą. I codziennie myślę o Tobie."
To SMS od Michała.
Czyli zależy mu na mnie. Poczułem, jak serce z radości zaczyna szybciej bić. Jak szaleje w środku, jak skacze, jak zaczyna się wyrywać. O super! Prawie jęknąłem ze szczęścia, ale w porę się powstrzymałem. Wystukałem więc odpowiedź.
"Czekałem, aż napiszesz. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwy, czytając te słowa."
Wysłałem. SMS zwrotny nadszedł już po kilku sekundach.
"Chcę naprawić błąd. Wyszedłem wtedy tak nagle... Czy możemy o tym zapomnieć i... zacząć od nowa?"
- Tak - wyszeptałem do komórki - możemy zacząć wszystko od początku.
Ścisnąłem mocno komórkę. Postanowiłem. Ryzykuję.
Daję sobie szansę na szczęście, u boku Michała./*

B l o g i   g e j ó w

wtorek, 10 grudnia 2013

Epizod 94. Rozterki Bartka /8/.

Te spojrzenia... Czułem je na sobie. Śledziły każdy mój krok, kiedy kierowałem się do swojego biura. O co mogło im chodzić? Może przez ten głupkowaty uśmiech na twarzy, z którym wszedłem do firmy. Chciałem przywołać powagę, ale za cholerę nie potrafiłem tego zrobić. Unosiłem się, czułem się tak lekko, wchodząc do pokoju.
- Dzień dobry - przywitałem się serdecznie.
Andrzej podniósł głowę znad papierów i zmrużył oczy. Agata westchnęła z utęsknieniem, spoglądając na mnie, a Karolina, która stała w kącie i zdejmowała płaszcz, przyjrzała mi się uważnie.
- Bartek! - zawołała z drugiego końca. - Na twoich ustach "dzień dobry"? Skąd taka zmiana?
- Tylko się przywitałem. - Usiadłem przy biurku i odpaliłem komputer.
- A wyglądasz, jakbyś w nocy przeżył najlepszy orgazm w życiu. - Karolina z uśmiechem wbiła szpilę.
W jednej sekundzie ja spłonąłem rumieńcem, Agata zbladła i spuściła wzrok, a Andrzej z zaciekawieniem przyglądał się całej sytuacji. Skąd wiedziała?
- Nie wiem o czym mówisz? - bąknąłem pod nosem.
- Jasne. Oczywiście. Nie, no skąd. Ty i seks? Boże uchowaj od takiego kataklizmu...
- Starczy, okej? - przerwałem ten wytrysk słów.
- O, nasz Bartuś ma nieczyste grzeszki na sumieniu - Karolina wciąż nie dawała za wygraną. - Musiałeś dobrze się bawić tej nocy. No no no! Streścisz?
- Do roboty! - Chciałem być srogi. Musiałem być stanowczy. Dzisiaj niestety wszystko szło nie tak, ale jakoś niespecjalnie się tym przejmowałem.
Zalogowałem się na dawnego Gtalka. Luknąłem kątem oka na Karola. Był niedostępny, może to i dobrze. Na moje szczęście jedna osoba była w zasięgu. Daro.
<Cześć!>, napisałem. <Co tam?>.
Zacząłem bardzo ogólnikowo. Najlepiej tak, potem przejdę do sedna sprawy, a musiałem z kimś o tym pogadać, bo inaczej zjedzą mnie własne myśli.
<No cześć. Kogo ja widzę? Coś dawno się nie odzywałeś. Zapomniałeś o starym przyjacielu?>.
<Jakbym śmiał? Daj spokój>, odpisałem prędko. I dodałem: <Wiem, że masz dużo pracy i musisz się przygotować do zajęć, więc nie chciałem się narzucać>.
<Yhym, jasne! A tak na serio, to o co chodzi?>.
<Przespałem się tej nocy z facetem...>.
Wyplułem z siebie emocje na klawiaturę. I ulżyło mi, naprawdę. Choć nadal czułem się przezajebiście szczęśliwy. Może i Karolina miała rację, że człowiek po seksie jest taki happy, że potrafi góry przenieść. Taka mała rzecz, a cieszy.
Patrzyłem w ekran i czekałem na odpowiedź Daro. Wreszcie po dłuższej chwili raczył odpisać.
<No proszę, proszę. Nasz Bartuś stracił cnotę. Super! To trzeba opić! Kiedy?>.
Ten jak zwykle gotowy do picia.
<Jak się spotkamy>.
<Możemy dzisiaj w wiadomym miejscu>.
<Ile razy Ci mam powtarzać, że nie chadzam po takich spelunach. Może jakaś knajpa?>.
<Oj Bartek, przesadzasz. Blue wcale nie jest speluną. To normalny pub dla facetów>.
<Chyba do dupcenia>, wystukałem.
<Mówi to ten, który minionej nocy jęczał wniebogłosy. Bartuś, Bartuś... Nie potępiaj innych, proszę>.
<Nie wejdę tam>, oponowałem. <Wystarczy, że raz tam z Tobą byłem>.
<To było lata temu. Mój drogi, zmieniło się tam>.
<Umów się ze mną do Coconu>, zaproponowałem nieśmiało. W sumie miałem ochotę na potańcówkę. Po tym seksie poczułem chęć do takich zachcianek.
<Żeby mnie uczniowie zobaczyli? Ty już kompletnie ocipiałeś!>.
<Ale w Blue też Cię mogą zobaczyć>, nie dawałem za wygraną.
<Ale wtedy mogą mi naskoczyć, bo do szkoły już gówniarze nie chodzą. Za to do Coconu piętnastolatka wpuszczą. Zresztą muszę lecieć już na lekcję. Pomyśl i daj znać. See you, kochasiu!>.
<OK, pomyślę. Nara!>.
Daro wylogował się z komunikatora. Westchnąłem. On jeden mi tu został, więc jeśli chciałem z kimś pogadać o tym, co zaszło minionej nocy - no dobra, pochwalić się - to musiałem dostosować się do Darka. A co mi tam! Zrobię ten wyjątek dla niego.
Zabrałem się do pracy. W pierwszej kolejności skrzynka mailowa. Jak zwykle zapchana o tej porze. Nazbierało się przez całe popołudnie, wieczór i przez noc. Cóż, niektórzy muszą popierdzielać w nocy. Potem trzeba podpisać parę dokumentów, przejrzeć "cefałki", może kogoś zaprosić na spotkanie, przy okazji zatrudnić.
Późnym popołudniem otrzymałem esemesa od Staśka. Podziękował w nim za możliwość spotkania, za to, że znalazłem dla niego czas i dodał, że chce to powtórzyć, bo świetnie się bawił. On może i się bawił super, wspominając cały czas liceum, nauczycieli i to, jak robił sobie jaja z oświaty. Trochę to było żenujące, ale gdyby nie to spotkanie, nie wylądowałbym w łóżku z Michałem.
No właśnie, Michał. Milczał. Nic nie pisał, nie dzwonił. Przepadł bez wieści, jak tylko wyszedł z mieszkania bladym świtem, zostawiając mnie samego nad śniadaniem. Miałem dylemat, czy odezwać się pierwszy? Czy może poczekać jeszcze? A nuż coś napisze do mnie. Przecież zwrócił się do mnie "Kochanie"...
Boże, co ja mam robić? Z jednej strony przepełniała mnie taka radość, czułem się taki szczęśliwy, że mogłem nawet w tej chwili wstać zza biurka i zacząć krzyczeć z radości. Ale zaraz nachodziły obawy. A jeśli to się nie uda? A jeśli to tylko chwilowe? Parę dni, góra. Może nawet skończyć się za kilka godzin, a ja niepotrzebnie robię sobie nadzieje.
Przecież ja tylko chcę być szczęśliwy. Czyżby to była szansa? Z Michałem? Czemu nie, to całkiem możliwe. Czasami najbardziej niespodziewana znajomość, może przerodzić się w głębszy związek. Może warto wyzbyć się tych wszystkich wątpliwości i otworzyć się. Dać sobie wreszcie szansę na szczęście przy boku Michała. W końcu nazwał mnie swoim Kochaniem...
Westchnąłem ciężko i wróciłem do przerwanej pracy.
Być może to zrządzenie losu. Być może tak było zapisane w gwiazdach albo pech tak chciał. W każdym razie Michał nie odezwał się do końca tygodnia. Z utęsknieniem wpatrywałem się w wyświetlacz smartfona, oczekując na wiadomość, sygnał lub cokolwiek, co by świadczyło, że jednak o mnie myśli. Nic! Zero! Pustka. A ja zaczynałem popadać w depresję i dziwną paranoję. Zacząłem pluć sobie w brodę, że narobiłem sobie tylko niepotrzebnie nadziei, że pozwoliłem sobie na wyimaginowaną przyszłość przy boku Michała. Jego "Kochanie", którym tamtego poranka się do mnie zwracał, okazało się czczą gadaniną, pustym słówkiem, tak naprawdę gówno wartym.
Z tej rozpaczy dałem się wyciągnąć przez Darka na piwo do Blue. Stwierdził, że się odprężę, zrelaksuję, pobędę wśród normalnych gachów i od razu mi się dobrze zrobi. Przy pierwszym piwie streściłem Darkowi, jak poznałem Michała, jak toczyły się nasze koleje, by w ostatecznym rozrachunku wylądować w łóżku.
- Musiałeś go nieźle jarać, skoro tak był na ciebie napalony - podsumował Darek.
Siedzieliśmy przy barze nad drugim kuflem zimnego browaru.
- Tak był napalony, że aż się wypalił - odparłem z żalem w głosie. - Popierdolone to.
Spojrzałem na Darka. Był rosłym mężczyzną, dobrze zbudowanym, bez wyraźnych efektów po siłowni, jednak uprawiającym jogging i pływanie. Lubił jeździć też na rowerze. Po jego dość wysportowanej sylwetce, ale zaznaczam, że nie pakował na siłowniach, można było snuć podejrzenia i przypuszczenia, że jest nauczycielem wuefu. Nic bardziej mylnego! Darek uczył w gimnazjum angielskiego, a poza szkołą oprócz korków, pracował jako lektor w prywatnej szkole językowej dla dzieciaków. Nie zarabiał kokosów, ale jemu ten fakt niespecjalnie przeszkadzał. Na wszystko mu starczało, a to znaczyło, że umie dobrze gospodarować kasą.
Po raz pierwszy spotkałem Darka na rozmowie kwalifikacyjnej, sześć lat temu. Ja byłem po świeżo po studiach, młody absolwent krakowskiego uniwersytetu z przygotowaniem pedagogicznym, on starszy o rok również starał się o tę pracę. Miło spędziliśmy czas w oczekiwaniu na naszą kolej rozmowy z dyrektorem szkoły. Okazało się, że to Darek otrzymał pracę, a ja musiałem obejść się smakiem. Ale dobrze się stało, bo o wiele lepszą kasę i bez użerania się z dzieciakami otrzymałem w korporacji.
Spotkaliśmy ponownie po kilku latach. Gdzie? No właśnie tutaj, w Blue. Szok, że akurat spotkaliśmy się w takim miejscu, szybko minął. Jakiejś super przyjaźni między nami nie było. Spotykaliśmy się rzadko, czasami w przelocie, by tak sobie po prostu pogadać o wszystkim i o niczym, a przy okazji ponarzekać na pracę. On na dzieciaki i zadufane w sobie nauczycielki, ja na korporację. Ale zawsze potrafiliśmy się z tego śmiać.
- Chyba pierwszy raz gadamy w takim kontekście o facetach - słusznie zauważył Darek. - Do tej pory braliśmy ich na języki, ale nie przeżywaliśmy rozterek z tego powodu. A dzisiaj ty jojczysz i użalasz się nad sobą?
- Co? - zapytałem zaskoczony. - Ja jojczę? Ja użalam się nad sobą? Po prostu jesteś jedynym, z którym mogę sobie teraz pogadać o facetach.
Odwróciłem się twarzą do barmana. Niby pucował szklanki na błysk, ale dyskretnie można było zauważyć, że obserwuje nie tyle nas, siedzących przy barze, co przechodzących za naszymi plecami facetów. Tamci pewnie byli dla niego bardziej atrakcyjni, niż my, takie nijakie wypłosze. Ni to stare, ni to młode.
- A co z pozostałymi? - zapytał Darek.
- Teraz cię to interesuję? - spojrzałem lekceważąco. - Daro, daj spokój.
- No skoro tylko ja ci zostałem, to muszę wiedzieć, co się stało z twoimi przyjaciółmi.
- Po prostu ich nie ma. Nie wiem, gdzie są, co robią... Nie mam z nimi kontaktu. No ale... - wzruszyłem ramionami i upiłem kilka głębszych łyków. - Nie ma co się zamartwiać. Trza żyć dalej! - podsumowałem.
Zerknąłem na zegarek. Dochodziła północ.
- Na mnie czas - rzekłem. - Dzięki za wieczór...
- Ale już lecisz? - wtrącił zaskoczony Daro. - Jeszcze piwa nie dopiłeś.
- Nie smakuje mi już. Baw się dobrze.
- Dasz se radę?
To miała być troska? Zmrużyłem oczy i przyjrzałem się Darkowi. On i troszczenie się o kogoś? Przecież on zawsze martwił się tylko o swoją dupę.
- Dam - odparłem. - Trzymaj się. Do następnego razu. I oby częściej - nachyliłem się nad nim - i oby nie tutaj - wyszeptałem.
Zaśmiał się głośno. Poklepałem go po ramieniu i ruszyłem w kierunku szatni. I nagle bum! Doszło do zderzenia czołowego. W mojej czaszce rozległ się huk, a tępy ból gwałtownie rozszedł się po głowie. Zacząłem przepraszać, że nie zauważyłem, że tak się spieszyłem, że to moja wina, że... Niespodziewanie słowa ugrzęzły mi w gardle. Przede mną wyrósł... Stasiek. Trzymał się za czoło i z otwartymi ustami wpatrywał się we mnie.
- O Jezusie Nazarejski! - wydukałem zaskoczony. - Mam zwidy!
Zataczając się, ominąłem stojącego przede mną gościa i pomimo cholernego bólu, pognałem do wyjścia.

B l o g i   g e j ó w

niedziela, 8 grudnia 2013

Epizod 93. Rozterki Bartka /7/.

5:42
Taki czas wskazywała podświetlona tarcza elektronicznego zegarka. Od ponad trzydziestu minut siedziałem na brzegu łóżka, nagi, w zalegających w sypialni ciemnościach, wpatrzony w upływające minuty. Za niecałe dwadzieścia minut zadzwoni budzik w komórce. Trzeba będzie wstać do pracy, wziąć prysznic, zjeść śniadanie, zebrać się, wsiąść w zatłoczony tramwaj i jechać do biura. A potem przez cały dzień grać, udawać, że nic się nie stało. Ale przecież stało się.
Zeszłej nocy...
Michał zjawił się punktualnie. W jego oczach widziałem ten charakterystyczny błysk pożądania. Był napalony. Ledwie zamknąłem drzwi, zrzucił kurtkę na podłogę i przyparł mnie do ściany namiętnie całując. Pierwszy pocałunek, delikatne muśnięcie jego rozgrzanych warg, postawiło mojego członka na baczność. Nie krygował się. Ręka chwyciła za krocze i masowała przez spodnie nabrzmiały interes. Na chwilę oderwał się ode mnie i spojrzał głęboko w oczy.
- Piłeś - stwierdził.
- Przeszkadza ci to? - wzruszyłem ramionami.
Nie odpowiedział, tylko zdarł ze mnie ubranie. Nie pitolił się ani trochę. Miał ochotę mnie zerżnąć i musiał to zrobić. A czy w tym czasie rozerwie mi na strzępy ubrania, to już się nie liczyło.
Naparł całym ciałem i nie przestając całować chwycił za uda. Wskoczyłem na niego i objąłem nogami jego biodra. Zaniósł mnie do sypialni, gdzie rzucił na łóżko, niczym swoją zdobycz. Ściągnął koszulę, T-shirt i rozpiął spodnie. Przed oczami pojawił się naprężony kutas. Poczułem niesamowite podniecenie, więc nie czekając dłużej również zsunąłem dżinsy, by bez skrępowania nadziać się na postawionego na baczność penisa.
Przyciągnąłem Michała do siebie i zająłem pozycję od góry. Wpiłem palce w jego skórę na torsie i przejechałem nimi aż do podbrzusza. Przygryzłem nabrzmiałego sutka, aż jęknął z rozkoszy, następnie polizałem i zjechałem językiem do przyrodzenia. Westchnąłem z uśmiechem, widząc prawie dwudziestocentymetrowego olbrzyma. Za jednym razem pochłonąłem go w całości. Żołądź prącia drażniła podniebienie, czułem ją na migdałkach, doprowadzając do niewypowiedzianej rozkoszy. Chwilami dławiłem się, ale nie poddawałem się. Uwielbiałem to uczucie. Jeszcze bardziej mnie podniecało i rozpalało. Michał jęczał i jęczał. Pulsujący penis świadczył, że przeżywa rozkosz.
- Muszę się spuścić - wyszeptał po chwili. - Ale zrobię to w tobie.
Podniosłem wzrok, odrywając się ustami od jego członka, choć nadal trzymałem go w dłoni. Patrzył na mnie. W jego oczach widziałem, że coś się zapowiada. I niespodziewanie zerwał się z łóżka, pchnął na plecy, przyparł ręką, a drugą złapał za kutasa. Drgnął. Już po chwili zniknął w gardle Michała. Cała sypialnia zawirowała, rozmazała się i odleciała w przestrzeń. O Jezusie, raj na ziemi doznawałem! Coś niesamowitego!
Byłem otumaniony. Widziałem jak przez mgłę jego twarz nad sobą, kiedy nagle podniósł moje nogi do góry, odsłaniając tyłek. Zapatrzył się w niego z zadowoleniem. Zrobił sobie dobrze kilka razy ręką, by po chwili naprzeć na mnie z całych sił. Kutas Michała z trudem wniknął do środka. Ból, nieprzyjemne początkowo doznanie, rozszedł się równomiernie. Zacisnąłem zęby. Musiałem przetrzymać. Początki są trudne, wmawiałem sobie, ale potem już idzie gładko. Pchnął kolejny raz, wolno, sprawdzając moją reakcję. Nadal miałem zamknięte oczy. Wciąż nie potrafiłem się na tyle rozluźnić, by rozkoszować się przyjemnym doznaniem. Rozluźnij się, debilu, mówiłem do siebie w myślach. To seks. On jest dla ciebie rozkoszą, przyjemnym doznaniem, niesamowitym przeżyciem.
Czułem jak kutas Michała wysuwa się ze mnie, a już po chwili nagle, całkiem niespodziewanie naparł z ogromną siłą. Otworzyłem usta, z gardła wydobył się okrzyk. Rytmiczne pchnięcia, mimo że doprowadzały do bólu, tym razem stawały się również przyjemnością. Znów robiło mi się dobrze. Otworzyłem oczy. Widziałem go nad sobą, skupionego, przeżywającego rozkosz, jęczącego cicho, zlanego potem. Wpiłem palce w jego ciało, tym razem w mokre plecy. Zjechałem niżej, na pośladki, które podskakiwały energicznie.
Czułem się niebiańsko. Wręcz fantastycznie. Spragniony seksu, przeżywałem rozkosz prawdziwego męskiego jebania. Rżnął mnie przystojny facet, a ja doznawałem raz po raz ekstazy. Miałem wrażenie unoszenia się, odlotu, jakbym był na jakimś haju. Michał finiszował we mnie. Nie pytał o zgodę. Oddając się mu tego wieczoru, zgadzałem się na wszystkie warunki umowy. Byłem jego. Należałem w całości do Michała i tylko on mną dysponował. W tym samym czasie, kiedy on dochodził, ja również przeżywałem orgazm. Sperma tryskała obficie, zalewając jednocześnie i mnie, i jego. Gdy skończył, opadł zmęczony. Trwaliśmy w takim uścisku przez długi czas. Obejmowałem go, sapiąc mu do ucha i mając przed oczami sceny z przeżywanych przed momentem chwil rozkoszy. Nie chciałem go wypuszczać z rąk. Nie chciałem, by to się kończyło.
A teraz, kilka godzin później, siedziałem nagi na brzegu łóżka w mojej sypialni, w zalegających ciemnościach i patrzyłem tępym wzorkiem w uciekające minuty. Przed oczami wciąż widziałem sceny z minionej nocy, które umykały w ekspresowym tempie i jeszcze szybciej powracały. Żywe, realne, nie pokryte nawet odrobiną szarości ani mgiełką czasu. Za to klarownie czyste.
6:00
Ocknąłem się. W ciemnościach rozbłysła komórka. Lekka wibracja smartfona wypełniła poranną ciszę. Pierwszy dźwięk budzika rozległ się pół sekundy później. Złapałem telefon i szybko wyciszyłem. Materac na łóżku drgnął.
- Która godzina?
Za plecami usłyszałem rozespany głos Michała.
- Szósta - odparłem.
- Wstajesz do pracy? - zapytał.
- Tak.
Tego się nie spodziewałem. Michał objął mnie wpół i przyciągnął do siebie. Najpierw zesztywniałem. Nie spodziewałem się takiego wylewu uczuć i fizycznych kontaktów. Objął mnie tak niespodziewanie, że poddałem się temu. Przycisnął mocno do siebie i pocałował w szyję.
- Jak ci się spało, kochanie?
Wytrzeszczyłem oczy. Dobrze, że było ciemno i tego nie widział. Kochanie? Nie wierzyłem własnym uszom. Przecież myślałem, że to był tylko seks? Może on też z takim zamiarem szedł do mnie, ale kiedy zaproponowałem mu, żeby został na noc, uśmiechnął się i przystał na propozycję. Po prostu chciałem go mieć tej nocy przy sobie i tylko dla siebie.
- Kochanie? - zapytałem ostrożnie. - Czy ja się nie przesłyszałem?
- Nie. Słyszałeś głośno i wyraźnie.
Na twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Ogarnęła mnie fala szczęścia. Pocałowałem go w usta i pognałem do łazienki. Wziąłem gorący prysznic, wciąż mając przewspaniałe wspomnienia z kończącej się właśnie nocy. Ale nagle naszły mnie wątpliwości. Czy na pewno dobrze zrobiłem? Przespałem się z byłym chłopakiem Karola, mojego najlepszego przyjaciela. A co jeśli się dowie? Jak zareaguje? Zapewne od razu nabierze podejrzeń, że między nami dochodziło już wcześniej do podobnych sytuacji. I tylko czekaliśmy chwili, żeby Michał uwolnił się od Karola. A wtedy już nic nie stojąc nam na drodze do szczęścia, doprowadziło do faktu, że wylądowaliśmy razem w łóżku. On mnie zabije. On mnie totalnie znienawidzi. Już nie odzyskam przyjaźni Karola. Minioną nocą kompletnie zaryglowałem sobie drogę powrotną do Karola.
Drgnąłem, kiedy drzwi od łazienki skrzypnęły. Przez zaparowaną szybę, zauważyłem postać  Michała. Stał parę sekund i przyglądał się z oddali, by po chwili wsunąć się ostrożnie pod prysznic. Objął i mocno przytulił. Nie spodziewałem się, że z niego taki przytulas jest. Ale kiedy przycisnął do siebie, kiedy poczułem jego ramiona, jego usta na karku, ciepły oddech na uchu, cały strach uleciał. Co tam Karol? Przecież i tak się nie odzywa. I tak już traktuje mnie jak powietrze i raczej jego nastawienie nie ulegnie prędko zmianie. A tak już bywa, że czasem facetów dostaje się po kimś w spadku.
Trzydzieści minut później siedzieliśmy przy kuchennym stole i jedliśmy śniadanie. Na zewnątrz szarzało. Wstawał nowy dzień. Dla mnie też nowy. Obok był on, Michał. Zerkał na mnie zalotnie, z uśmiechem, pewny siebie. Jego oczy też się śmiały. Widziałem w nich szczęście. Ale mimo to czułem się niepewnie i dziwnie jednocześnie. A w tym wszystkim przepełniała mnie również radość. Dlaczego takie dziwne targały mną uczucia? Ano dlatego, że to w końcu jest Michał. Ten Michał, który był z Karolem. Okłamywał go. Mówił mu, że jedzie do rodziny, podczas gdy wsiadał w pociąg na Warszawę i w stolicy umawiał się z jakimś gostkiem. Teraz ja jestem też w takiej sytuacji. Tam w Warszawie czeka na niego tamten koleś, a ja zostałem tylko użyty do zaspokojenia. Ale sam tego chciałem.
- Co tak zerkasz? - zapytał z pełnymi ustami.
- Bo się zastanawiam... - odparłem. Nie wiedziałem czy śniadanie to odpowiednia pora do rozpoczynania poważnych rozmów na poważne tematy. W ogóle nie miałem pojęcia czy powinienem zaczynać takie rozmowy. A jeśli ta noc nic nie znaczyła? Jeśli to było tylko zaspokojenie? - A zresztą... Nie, nieważne.
- No powiedz o co chodzi - zachęcał z uśmiechem. Chyba wiedział o co chcę pytać, ale i tak musiał ciągnąć mnie za język.
Wziąłem głęboki wdech. Raz kozie śmierć.
- O nas - wypuściłem powietrze. - O tym co zaszło minionej nocy.
- A co zaszło? - wzruszył ramionami. - Spędziliśmy cudowną noc...
- Tylko tyle? - Nie starałem się kryć zaskoczenia.
- Jeśli chcesz, możemy to powtarzać. Kochanie - położył dłoń na moim ramieniu - wiesz dobrze, że było bosko i tak jak ci parę miesięcy temu wspomniałem, że chciałem powtórzyć naszą seksualną przygodę z pociągu. Powtórzyliśmy i nie żałuję tego.
- Ale co będzie dalej? Będziemy tak to powtarzać, kiedy nas najdzie ochota?
- A czego ty chcesz?
- Mówisz do mnie "kochanie". Dla ciebie może to tylko słowo, ale dla mnie coś ono znaczy. Coś sugeruje. Na coś wskazuje.
- Chcesz wiedzieć co ono dla mnie znaczy? - Nie spodziewałem się takiego pytania, więc skinąłem szybko głową. - Taka osoba jest mi bardzo bliska. Jest szczególna dla mnie i wiele znaczy. To ktoś, z kim chcę być. Zwracając się tak do ciebie, nie rzucam tych słów na wiatr, ot tak. Sam sobie musisz odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się do ciebie zwracam.
Patrzyłem z niedowierzaniem na niego. Choć w głowie kłębiły się wątpliwości, chciałem, by to co mówi, było najprawdziwszą prawdą. Ale ode mnie zależało czy mu uwierzę i czy zaufam na tyle, żeby wyzbyć się sprzecznych uczuć, mącących myśli. Bo przecież był z Karolem, a w Warszawie...
Nie, wystarczy tego galimatiasu. Musiałem ochłonąć, pozbierać się do kupy.
Michał odstawił talerz z okruszkami i wypił duszkiem herbatę.
- Widzę, że masz wątpliwości - rzekł po chwili. - Wcale się nie dziwię. Masz do tego pełne prawo.
- Byłeś z Karolem. I zdradzałeś go! - wypaliłem chamsko.
Uśmiech zniknął z twarzy Michała. Patrzył mi w oczy, ale nie reagował. Zacisnął usta, jakby już miał na zawsze zachować milczenie. Po dłuższej chwili wstał z miejsca i ruszył do przedpokoju. Słyszałem, jak zakłada buty i kurtkę. Na moment zatrzymał się jeszcze w progu od kuchni, nim skierował się do wyjścia.
- Zapytaj Karola, czy gdy z nim byłem, kiedykolwiek zwróciłem się do niego słowem "kochanie".
Zniknął z pola widzenia. Słyszałem, jak przekręca zamek w drzwiach, jak wychodzi na klatkę schodową, jak zamykają się za nim drzwi od mieszkania. Jeszcze docierały do mnie przytłumione odgłosy z korytarza. Zostałem sam na sam z ostatnimi słowami Michała.
- Nie rozmawiam z Karolem - wymruczałem pod nosem.

B l o g i   g e j ó w

czwartek, 5 grudnia 2013

Epizod 92. Rozterki Bartka /6/.

Trochę obawiałem się spotkania ze Staśkiem. Od pięciolecia naszej matury minęło sześć lat i od tamtej pory się nie widzieliśmy. A dzisiaj mieliśmy się spotkać. Przeżywałem katusze od rana, kiedy tylko przypominałem sobie, co mnie czeka późnym popołudniem i pędziłem raz po raz do toalety, by tam ochłonąć. Ten stres wykańczał mój organizm. Roztrząsałem tę wizytę na części pierwsze. A czy na pewno dobrze robię, że idę na spotkanie? A czy nie będę tego żałował? A może Stasiek tak naprawdę coś kombinuje i próbuje albo wciągnąć mnie w jakieś swoje nieczyste zagrywki, albo chce mnie skompromitować. Z drugiej strony po co miałby to robić? Z czystej złości? Z nudów?
Nie potrafiłem się skupić ani znaleźć sobie miejsca. Wertowałem papiery, przekładałem, coś tam uzupełniałem, podpisywałem, ale nic sensownego nie robiłem. Myśli wciąż krążyły wokół zbliżającego się nieuchronnie spotkania. Agata, Karolina i Andrzej wyczuli, że jestem rozkojarzony i często opuszczam biuro, ale żadne nie chciało się na tyle zeszmacić, żeby mnie zapytać co się dzieje. Widziałem te ich ukradkowe spojrzenia między sobą. Nawet zauważyłem, jak Agata wzrusza ramionami. Ale ona to oddzielna historia. Domyśliłem się, że zakochana stara się po raz kolejny zagrać obrażoną i nieczułą sucz, a ja, ten najgorszy bydlak i drań, czyli po prostu facet, miałem się starać o jej względy, przynieść kwiaty, paść na kolana, przepraszać wniebogłosy i żądać wybaczenia. Terefere! Chciałaby dziunia.
A jeśli tak między mną a Staśkiem znowu do czegoś dojdzie? Zamyśliłem się, ślepiąc w ekran. Może przyjechał tu po to, by się przekonać, czy nie jestem gejem. Wspomnienia w jego tępej główce mogły odżyć, więc ruszył za głosem... serca? No nie, Stasiek raczej nie kieruje się sercem, co najwyżej swoją tępotą lub kutasem. Albo idealnie wyrzeźbionym ciałkiem. Jeśli Stasiek okazałby się gejem, to byłaby miła niespodzianka.
Ale nie!, zaprzeczyłem szybko w myślach. To absurd! Stasiek gejem? Niemożliwe. Jest zbyt męski, a do tego to typ samca, takiego dominanta, typowego heteryka z krwi i kości, które pociągają muszelki i balony, a nie kutasy. Nie widziałem go w roli pedała popaprańca, który interesowałby się obciąganiem penisów. On i gej? To brzmi tak niemęsko, że nie!
- Ocknij się, bo cię okradną. - Andrzej rzucił stertę listów na moje biurko. - Poczta do ciebie.
- Dzięki - odparłem. Zabrałem się za przeglądanie korespondencji.
- Co ci dolega? - Andrzej zniżył głos prawie do szeptu. - Latasz tam i z powrotem, jakby coś cię goniło. Błądzisz cały dzień gdzieś myślami. Jesteś jakiś dziwny dzisiaj.
- Nic takiego - machnąłem kopertą, wertując szybko listy.
- Czyli jednak coś jest na rzeczy - zgadywał dalej Andrzej. - Może chcesz to wyrzucić z siebie?
O tak, bardzo tego potrzebuję, zwłaszcza teraz. Za parę godzin spotykam się ze Staśkiem, który w liceum na lekcji religii doprowadził mnie do wytrysku. Jakbym to opowiedział Andrzejowi, to na pewno by mnie zrozumiał.
- Dam sobie radę, Andrzejku. Wracaj do pracy.
- Okej - wzruszył ramionami i oddalił się od biurka.
W tym momencie w ręce wpadł mi tajemniczy list. Nie miał żadnej pieczątki, żadnej adnotacji, żadnego adresu. Na kopercie ktoś nalepił kartkę z moim imieniem. Energicznie rozerwałem opakowanie. Ze środka wyciągnąłem kartkę, bardziej pocztówkę, z zasypaną wsią, pogrążoną w mroku. W oddali stał niewielki parterowy domek przysypany śniegiem, w oknie paliła się choinka. Na odwrocie znajdowała się krótka wiadomość, pisana ręcznie.
"Masz piękne oczy, Bartku. Można się w nie zapatrzeć, utonąć, zakochać. Marzę, że kiedyś stworzymy na ziemi taką naszą małą ostoję. Taki dom, w którym zamieszkamy razem, w którym wspólnie ubierzemy choinkę, usiądziemy wieczorem przy kominku i wtuleni w siebie będziemy patrzeć w trzaskający ogień. Co noc o tym śnię..."
Wyprostowałem się i odwróciłem kartkę. Ukradkiem zerknąłem na Agatę. Siedziała pod oknem, wklepując do komputera jakieś dane. Była naprawdę niezainteresowana moją reakcją, czy tylko udawała niezainteresowaną? A może to nie był jej pomysł. Może rzeczywiście w firmie ktoś jeszcze za mną szaleje. Prezent mikołajkowy z bielizną Calvina Kleina i wodą toaletową jest tego najlepszym przykładem. I co? I teraz będę otrzymywał takie prezenciki?
- Andrzej! - zawołałem do chłopaka.
- Tak?
Kiwnąłem na niego palcem, więc podszedł bliżej.
- Skąd wziąłeś te listy?
- Z naszej skrzynki.
- Wszystkie? - zapytałem zdziwiony.
- Tak, a coś się stało? - Spojrzał na rozerwaną kopertę z moim imieniem.
- Nic - odparłem - tak tylko zapytałem.
- Przecież widzę - wskazał na tajemniczą kopertę.
Nachyliłem się w jego stronę.
- Dostałem list z moim imieniem na kopercie - stuknąłem palcem w rozerwany papier na biurku  - a w środku kartka. Zwykła pocztówka z zimową scenerią - wskazałem sielski obrazek z pocztówki. - Piękny widok, prawda? Ale na odwrocie jest wyznanie, a raczej marzenie o wspólnej przyszłości, czyli takim domku, kominku i przeogromnym szczęściu. Wiesz może kto mi takie rzeczy podsyła? Masz jakiś pomysł?
- Ja? Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Ktoś mnie cicho adoruje i nie chce się ujawnić. Myślałem, że to Agata - zniżyłem głos do szeptu, wskazując jednocześnie ruchem głowy na dziewczynę pod oknem - ale po piątkowym porcelanowym kubku, kolejnym do kolekcji, wątpię raczej w jej kreatywność. To musi być ktoś inny, tyle że nie mam bladego pojęcia kto.
- No to ja ci w tym nie pomogę.
- Myślałem, że mogę na ciebie liczyć. Wychodzi teraz z ciebie "kolega z pracy" - machnąłem w powietrzu cudzysłów. - Spadaj do swojego biurka.
- Zawsze do twojej dyspozycji - skłonił się szarmancko i wrócił na miejsce pracy.
Przeglądałem kartkę z przodu i z tyłu, szukając jakichś wskazówek. Zajrzałem nawet do koperty, do pustej koperty, z nadzieją, że jednak tam coś znajdę. Nic.
Półtorej godziny później, po kilku sprintach do toalety, pożegnałem się z moją załogą i opuściłem firmę. Ze Staśkiem umówiłem się pod Galerią Krakowską. Dotarłem tam w kilkadziesiąt minut, przebijając się przez jeszcze w miarę mało zakorkowane miasto. Na Pawiej nie byłem od... Od kiedy? Chyba od bardzo dawna; coś mi się wydaje, że od wakacji. W każdym razie z wrażenia aż zatrzymałem się na chodniku i podziwiałem iluminację Galerii.
- Wow! - wydobyłem z siebie ciche jęknięcie.


Patrzyłem i podziwiałem. No widać, że w tym roku postarali się o wystrój. Ciekawe czy w środku też zadbali o wprowadzenie tak imponującego świątecznego nastroju. Wolno ruszyłem przed siebie, nie spuszczając wzroku z iskrzących się różnymi kolorami światełek.
- Krakowiacy się postarali!
Ten potężny, męski głos wszędzie bym rozpoznał. Obok mnie zmaterializował się Stasiek. Trzydziestoletni facet był mniej więcej mojego wzrostu, no może ciut większy. Dlaczego więc ktoś w liceum nazwał go karłowatą mieszanką człowieka i świni? Nie miał postury karła. Był normalnego wzrostu, krótko ostrzyżone włosy, wygolone boki i tył, potężnie zbudowany. Pod sportową kurtką Adidasa prężyły się bicepsy, tricepsy i rozrośnięta klata.
Moja fantazja z wolna ruszyła przed siebie. Już widziałem nas, jak idziemy razem do hotelu, gdzie wynajął pokój, otwieramy wódki, pijemy na umór, a potem dobieram się do niego. Zdzieram ubrania, szarpię się z koszulką, z T-shirtem, rozpinam spodnie i zanurzam jego naprężonego kutasa w swoich ustach.
STOP!
Otrząsnąłem się z poronionych wizji. Obrazy zniknęły. Tak po prostu się rozpłynęły. Musiałem przyznać sam przed sobą, że to było moje marzenie jeszcze z lat szkolnych, by posiąść tego niesamowitego przystojniaka, wyjątkowo męskiego samca wśród heteryków. Jedynego w swoim rodzaju.
- Hej, stary, co ci jest? Coś się tak zawiesił?
Trzasnął mnie z otwartej dłoni w ramię. Ukłucie bólu skrzywiło twarz na moment, ale szybko uśmiechnąłem się do Staśka. Wspomnienia z lat szkolnych powróciły. Ten typ terroryzował nie tylko klasę, ale również szkołę. Nauczyciele zachodzili w głowę, jak dać sobie z nim radę. Próbowali wszelkich metod wychowawczych, ale Stasiek był szczególnym przypadkiem. Nie można go było ująć w żadne normy. Dziwna przypadłość z niego, takie krążyły plotki. A sam Stasiek w dupie miał cały system. Śmiał się nauczycielom prosto w twarz, zwracał się chamsko, a mimo to miał coś w sobie, co przyciągało do niego sporo osób. Ja też się w tej grupie znalazłem, choć pierońsko się go bałem.
Niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i mocno uścisnął. O mały włos, a bym się udusił. Jednak erotyczna część mnie chciała pozostać w tym uścisku na wieczność i wdychać jego męski zapach. O kurwa, odpływałem. Poczułem naprężenie w spodniach. Musiałem szybko reagować. Nie mógł wyczuć, że jestem podniecony jego osobą. Za żadne skarby!
- Gdzie idziemy? - Wyrwałem się z mocnego objęcia. - Nie stójmy tak, bo zimno.
- Ty znasz Kraków, więc prowadź.
- To w takim razie Bunkier Sztuki. Chodź.
Musiałem się uspokoić i przestać myśleć. O Jezusie, za co ja cierpię te katusze. Czemu on mnie tak podnieca? Może to dlatego, że jeszcze nie wskoczyłem z nim do łóżka? Stasiek stanowił taką wisienkę na torcie. Zjada się po kawałku, by w końcu dotrzeć na sam szczyt i w nagrodę połknąć ją w całości.
W Bunkrze Sztuki spędziliśmy ponad trzy godziny. Muszę powiedzieć, że było... super. Zdarzało mu się, że puszczał chamską, wiejską wiązankę, ale poprosiłem go, by trochę złagodniał, bo nie jest u siebie, tylko w kulturalnym mieście. Zaniósł się głośnym śmiechem, ale od tej pory bardziej się pilnował. Przegadaliśmy o szkole, znowu. Nie wiem co on miał z tą szkołą, skoro był to dla niego czteroletni problem. Mimo to ciągle wracał w opowieściach do kolegów z klasy, do dziewczyn, do imprez, ognisk, i tak dalej. Do tego opowiedział o ostatnim zjeździe maturalnym. Podobno zaprosili kilku nauczycieli, ale kiedy usłyszeli, że będzie Stasiek, odmówili udziału w spotkaniu. Za to o pracy nie bardzo chciał rozmawiać. Wspomniał tylko, że jeździ po Polsce, odbywa spotkania z klientami, dokonuje ostatecznych transakcji. Tylko tyle powiedział, więc nie ciągnąłem go dalej za język.
Przystanęliśmy pod Bagatelą. W głowie już mi wirowało po tych kilku piwach, za to Stasiek stał prosto, spoglądając na mnie z zadowoleniem.
- Stary, super że się się spotkaliśmy! - Znów trzasnął z otwartej dłoni w bark. Cholera, co on ma z tym biciem?
Zachwiałem się, ale zachowałem równowagę.
- Przyjemność po mojej stronie - wybełkotałem, łapiąc pion. Zadrżałem z zimna.
- Będę jeszcze w Krakowie przez jakiś czas. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
- Oby - potwierdziłem.
- Cześć.
Uścisnęliśmy sobie ręce. Stasiek wskoczył do podjeżdżającego tramwaju, a ja przeszedłem na drugą stronę i schroniłem się pod wiatą. Nie tak miał wyglądać ten wieczór. Choć było naprawdę miło, choć świetnie się nam rozmawiało, to jednak wyobrażałem sobie, że inaczej spędzę te parę godzin. Gdzieś w podświadomości, pod cienką warstwą alkoholowej otuliny, zapragnąłem spędzić tę noc z facetem. Myślałem, że wyląduję w łóżku ze Staśkiem. A tu nici z moich fantazji. Zerknąłem na zegarek. Za wcześnie na wizytę w Blue XL, za późno, by wpraszać się do Staszka do hotelu.
Mimowolnie wyciągnąłem komórkę. Kierowany dziwnym pragnieniem połączyłem się z internetem Wszedłem na portal. Zalogowałem się jako "Legion83" i w spisie użytkowników odnalazłem nick "ikno". Był dostępny. Miał parę zdjęć. W głowie szalały jego słowa, że jeśli tylko będę chciał, będę potrzebował, mogę się z nim skontaktować. Chyba nadeszła ta chwila. Nim zdążyłem cokolwiek napisać przyszła wiadomość. Od "ikno": No prosze, kogo ja widze?
"Legion83": Przypomniales mi sie, Michale...
"ikno": Raczej nasze wybryki w pociagu. Przyznaj, podobalo ci sie...
"Legion83": Chce to powtorzyc...
"ikno": Przyjechac do ciebie?
"Legion83": Tak, badz za 1,5 godziny. Podaj nr tel. Adres wysle ci sms-em.
Zza zakrętu wyłonił się autobus. Na samą myśl, że tę noc spędzę z Michałem, poczułem, jak mój członek napiera na bieliznę, przybierając wyprostowaną postawę. Już wkrótce, tylko spokojnie.
Autobus linii 152 zatrzymał się na przystanku.

B l o g i   g e j ó w

środa, 4 grudnia 2013

Epizod 91. Rozterki Bartka /5/.

Za oknem hulał wiatr. Po prawdzie to szalał tak od czwartkowej nocy. Potężny niż, ochrzczony jako Ksawery, rozpętał istne piekło, doprowadzając miasto do paraliżu komunikacyjnego. Krótko mówiąc: nastała zima.
Co mnie podkusiło, żeby w taką niepogodę pałętać się po Krakowie? Jechać do centrum i usiąść w knajpie na Kazimierzu? Sam nie wiem. Chociaż nie, wiem co było przyczyną. A raczej kto... Karol. Wczorajsze spotkanie w Marchewce z Groszkiem wpędziło mnie w nostalgiczny nastrój. By nie siedzieć samotnie między czterema ścianami, uciekłem z niego późnym popołudniem i wylądowałem w Krainie Szeptów. Zamówiłem grzane piwo i udałem się piętro wyżej, na poziom dla palących. Nie, nie paliłem, ale... No właśnie, naszła mnie taka ochota na fajkę, że nim dotarłem do knajpy, kupiłem po drodze paczkę L&M. Zielony jestem, jeśli chodzi o marki, wziąłem więc to co najbardziej rzucało mi się w oczy.
Dumnie wyjąłem paczkę fajek z kieszeni i położyłem przed sobą na stole. Wziąłem głęboki wdech i energicznie rozerwałem opakowanie, dobierając się do zawartości. Wciągnąłem nosem zapach tytoniu. Matko Boska, zawołałem w myślach Świętą Panienkę. Nigdy nie paliłem, a teraz siedzę przed otwartą paczką papierosów i wzywam na pomoc siły niebieskie. Chyba tylko po to, żeby pomogły mi wypalić zawartość, bo niby w czym innym?
Stukałem energicznie palcami w blat stolika, nie odrywając spojrzenia od grzechu, który miałem lada moment popełnić. Pociągnąłem kilka łyków ciepłego piwa. Chciałem, żeby ktoś mi przeszkodził. Nie wiem, żeby ktoś nagle tutaj przyszedł, dosiadł się do stolika, zaczął ze mną dyskusję. No cokolwiek. W ten sposób uniknę uduszenia się dymem papierosowym.
Niespodziewanie przed moimi oczami stanął Karol. Jemu nie spodobałby się fakt, że sięgnąłem po truciznę. Znaczy inaczej. Nie spodobałby się, gdybyśmy utrzymywali kontakt. Po wczorajszym zdarzeniu upewniłem się tylko, że Karol nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Ma żal. Ogromny żal. Ale przecież przeprosiłem. Nawet odsunąłem się w cień. Zniknąłem na parę miesięcy, choć nie było mi łatwo. Fakt, że musiałem ograniczyć z nim kontakt, bardzo mnie bolał, ale myślałem, że jeśli po jakimś czasie się z nim przypadkowo spotkam na mieście lub zadzwonię do niego, będziemy mogli normalnie znów rozmawiać. Myliłem się. To milczenie było mu na rękę, dlatego wczoraj zareagował, jak zareagował. Przyjaźni między nami już nie ma i nie będzie, nie wspominając już o czymś więcej. Pora ruszyć do przodu i może dać sobie wreszcie szansę na szczęście przy boku, ale nie Karola, tylko innego faceta. Na Karolu świat się nie kończy. Tylko że... Jezu, strasznie mi na nim zależy. Mam do niego sentyment. I podoba mi się. Czemu akurat w nim musiałem się bujnąć? Czemu trafiłem, jak sroka w gnat?
Westchnąłem głośno. Pociągnąłem solidny łyk piwa. Mój wzrok ponownie spoczął na papierosach. Zapalić czy nie zapalić?
Wtem rozległ się dzwonek telefonu. Komórka zawibrowała głośno na blacie. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego przyjaciela, który od bardzo dawna milczał. Staszek, choć w szkole średniej mówiliśmy do niego Stasiek. I tak zostało. Zamarłem, patrząc w komórkę.
W jednej sekundzie odżyły wspomnienia. Stasiek miał w szkole złą reputację. Oprócz tego, że źle się uczył, ciągle oblewał klasówki i generalnie miał w dupie system szkolnictwa, lubił dręczyć młodszych i słabszych kolegów. Jednego pierwszaka pobił do nieprzytomności, bo rzekomo nazwał go karłowatą mieszanką człowieka i świni. Ten nieprzyjemny incydent jakoś rozszedł się po kościach, sprawa została wyciszona, a Staśkowi dano szansę. Z trudem, bo z trudem przepychano go z klasy do klasy, nauczyciele wyciągali z niego informacje, by tylko mieć z nim spokój. Aż wreszcie dobrnął do końca czwartej klasy, jakimś dziwnym cudem zdał maturę i szkoła odetchnęła z ulgą pozbywając się ciężaru.
Ale prócz złej reputacji i plotek o jego domniemanych kontaktach z dilerami narkotykowymi, które nawiasem mówiąc nigdy mu nie udowodniono, był pieron przeprzystojny. Śliniłem się na jego widok, jak pies na widok suki. Musiałem się pilnować, kiedy mój członek rozsadzał spodnie i parł do przodu. Najgorzej było na wuefie. W szatni zerkałem na jego ogromne przyrodzenie, które nie mieściło się w gaciach. Jak na złość prawie zawsze wypinał się dupskiem na mnie, co tylko jeszcze bardziej mnie podniecało.
Czy był gejem? Ciężko było to wtedy wyczuć. Ja przecież kryłem się z tym, nie dopuszczając do siebie myśli, że mogę odstawać od grupy, więc jak wszyscy kumple z klasy udawałem, jak to mnie pociągają laski z dużymi balonami. Jednak w głowie szalałem za Staśkiem i to z nim uprawiałem seks, kiedy zamykałem się w pokoju po powrocie ze szkoły. To Stasiek doprowadzał mnie do potężnej eksplozji, nie jakaś tam Dominika, czy Iwona.
I wreszcie w czwartej klasie moje marzenie się spełniło...
Stasiek przez cały poniedziałek wodził za mną wzrokiem. Zazwyczaj nigdy nie siedzieliśmy razem przy jednej ławce. Omijał mnie, choć czasami lubił zagadywać. A ja płonąłem rumieńcem, kiedy z czymś się zwracał. Nigdy jednak nie trzymałem z nim sztamy. Ale tego dnia na religii przepędził Poldka z miejsca i usiadł obok mnie w ostatniej ławce. Zerkał, żartował, zagadywał. Wreszcie niespodziewanie chwycił za udo, a ja pisnąłem cichutko w panice. Głos ugrzązł w gardle. Kutas automatycznie się naprężył. Stasiek zauważył moją reakcję. Luknął pod ławkę, a widząc reakcję mojego przyrodzenia, zaczął chichotać. Ale ręki nie zdjął. Mało tego, przejechał nią wyżej, bliżej krocza. Drgnąłem niekontrolowanie. Milion myśli przepłynęło wówczas przez moją głowę, wytworzone wcześniej przeze mnie projekcje z naszych wspólnych dokonań wydostały się z zakamarków mózgu. Ścisnął mocniej, a wtedy trysnąłem, zalewając ciepłą spermą bokserki. Przechodząc orgazm, prawie odjechałem, ale kontroli nad sobą na całe szczęście nie utraciłem. Pamiętam tylko uśmiechniętą twarz Staśka i ponure, karcące spojrzenie Jezusa z krzyża.
Zapanowałem nad ekstazą, jękami i innymi efektami specjalnymi. Nie zapanowałem tylko nad swoim penisem. Cóż, on żył swoim życiem.
Po tym incydencie Stasiek chodził z dumnie podniesioną głową, zerkając na mnie z kpiącym uśmieszkiem. Najbardziej obawiałem się, że może to rozgadać całej klasie. I pewnie paru osobom wspomniał, bo czułem się pod pilną obserwacją, kiedy mijałem gang Staśka, a potem słyszałem za sobą ryk śmiechu. Nigdy więcej już to się nie powtórzyło. To był jeden jedyny raz. Nigdy też do tego nie wracaliśmy, choć spotkaliśmy się kilka lat temu na zjeździe maturzystów z okazji pięciolecia matury. Kończyłem wówczas studia i rozmawialiśmy całkiem normalnie. Na dziesięciolecie nie dotarłem, więc nie wiem co tam się działo.
Aż do dzisiaj, kiedy Stasiek postanowił wybrać do mnie numer.
- Słucham - zapytałem i podekscytowany faktem, że do mnie dzwoni, i jednocześnie przerażony. Czego on może ode mnie chcieć?
- Cześć Bartek! - krzyknął do telefonu. - Co tam stary u ciebie?
- W porządku, dzięki. - Bo co innego mogłem powiedzieć.
- Stary, czemu cię nie było rok temu na zjeździe? Coś taką chałę odpierdolił, co? Dorobiłeś się prezesowskiego stanowiska, więc kumple z liceum już idą w odstawkę? Takiś dumny pan?
Kumplami nigdy nie byliśmy, przeleciało mi przez głowę, ale nie powiedziałem tego na głos.
- Nie miałem czasu. Byłem za granicą w delegacji, więc nie umiałem się rozdwoić.
- Czyli powodzi się prezesikowi - ryknął śmiechem po drugiej stronie telefonu.
Wieśniactwo jednak z niego nie wyszło. Nadal siedziało, głęboko zakorzenione. Wstyd!
- Nie jestem prezesem - wyjaśniłem spokojnie.
- No jak, kurwa, nie, jak wozisz dupę za granicę? - obruszył się Stasiek. - Kasiory masz w pizdu i zapierdalasz. He he he he! - zawył do słuchawki.
Że też on mi się podobał. Muszę to zweryfikować jeszcze raz i przeanalizować dokładnie. Czy to nadal ten sam przystojny Stasiek, który doprowadził mnie do wytrysku?
- Po co dzwonisz? - zapytałem prosto z mostu. Po co dłużej czekać i rozwlekać tę rozmowę? Trzeba przejść do sedna sprawy.
- Tak po prostu. A musi być powód?
- Ty nigdy bez powodu nie dzwonisz - odparłem.
- Chciałem dowiedzieć się, co tam u mojego kolegi słychać w wielkim świecie.
Kolegami też nie byliśmy. Co najwyżej z klasy, ale to się nie liczy.
- Jest okej - wzruszyłem ramionami. - Pracuję, podróżuję, odpoczywam... Jak życie.
- A bo wiesz u mnie...
I zaczęła się trajkotka. Stasiek relacjonował swoje dotychczasowe życie spędzone w licznych rozjazdach, długich lub krótkich; dziwne, bo zazwyczaj dochodziły mnie słuchy, że siedzi w domu i nic nie robi. Jak zarabia na swoje utrzymanie? Ta opcja zawsze pozostawała w cieniu. Nikt do końca nie wiedział, czym zajmuje się Stasiu, choć domysły różne były, że zasuwa jako "rozwoziciel towarów do dużych sklepów". A tu się okazuje, że dostawał jakieś zlecenia, wsiadał w samochód i sunął na drugi koniec Polski, by dokonywać transakcji z klientami, którzy wysoko się cenili; cokolwiek to znaczyło.
W tym momencie dobrnął do sedna rozmowy. Wspomniał, że w następnym tygodniu będzie w Krakowie, by dopilnować pewnej sprawy. Ma już zarezerwowany hotel, więc o nocleg nie musi się martwić, ale skoro tu mieszkam, to wyskoczył z opcją, że czasami może wpaść do mnie na wódkę, wypić i pogadać.
Trochę się tego obawiałem. Tego picia wódki, bo przypuszczając z kim będę miał do czynienia, to raczej nie będę nadążał z kolejką. A wtedy on może mnie wykorzystać seksualnie. O Jezu! Penis drgnął, naprężył się, stanął do gotowości. Co miałem mu odpowiedzieć?
- Co ty na to? - dopytywał Stasiek.
- Nooo... Uff! Nie wiem. Zobaczymy, jak przyjedziesz. I jak czas pozwoli.
- No coś, Bartek, pierdolisz farmazony. Wypijemy i pobojcymy. Powspominamy szkołę, nauczycieli. Zobaczysz, że będzie fajnie.
Powspominamy to na pewno, ale coś innego. A ja już w szczególności.
- Dobra, zobaczymy się - zgodziłem się na spotkanie. Niepotrzebnie, wiem, ale... Ułożyłem głowę na blacie ze zrezygnowania. - Przyjedziesz, to pogadamy.
- Zadzwonię do ciebie. Trzymaj się, stary pryku.
- Cześć! - Rozłączyłem rozmowę. - Ożeż kurwa, co za wioska.
To się wkopałem. Zajebiście!

B l o g i   g e j ó w

niedziela, 1 grudnia 2013

Epizod 90. Rozterki Bartka /4/.

Cztery miesiące później...
Z końcem listopada nastąpiła reorganizacja biura. Dyrektor zarządził przeprowadzkę. Więc grzecznie upakowaliśmy w pudła nasze skarby, których się dochowaliśmy w ciągu tych kilku lat i przenieśliśmy się dwa piętra wyżej. Takie coś w formie awansu. Tak to przynajmniej żartobliwie interpretowała Agata. Mało tego, z początkiem grudnia, w zaledwie parę dni po przeprowadzce do większego pomieszczenia, do naszego dwuosobowego zespołu dołączyły dwie osoby. Jak się okazało pierwszego dnia naszej wspólnej pracy - awansowały.
Karolina to szczupła brunetka z kręconymi włosami, z mocnym makijażem, sporą ilością pudru na twarzy, podkręconymi rzęsami, z wielkim biustem, który do biura wchodził pierwszy, a potem dopiero ukazywała się właścicielka tych krągłości. Agata patrzyła z zazdrością na falujące piersi Karoliny, pożerała je wzrokiem i pewnie obawiała się, że nowa koleżanka będzie dla niej konkurencją. Owszem, zwróciłem uwagę na cholernie wielki biust, ale przecież laski mnie nie kręcą. Mimo to zauważyłem, jak Agata wypina dumnie pierś do przodu, co i tak niewiele dało, bo ani jej od tego nie przybyło, ani nie dodało uroku. Karolinka okazała się bardzo bystrą i inteligentną bestyjką. Już pierwszego dnia wytknęła błąd Agacie, który ta popełniła przy wypełnianiu deklaracji. Ale jak to baby - znalazły wspólne tematy o ciuchach, butach, kosmetykach, błyskotkach i facetach. Od razu zaczęły ploteczki.
Drugą osobą, która dołączyła do naszego zespołu był Andrzej. Ciemne blond włosy z charakterystycznym przedziałkiem sprawiały, że można było się w nim zauroczyć. Miał pociągłą, szczupłą twarz, widoczne kości policzkowe i kilkudniowy zarost, który dodawał mu uroku osobistego. Jego zielone oczy wodziły po nowym pomieszczeniu, oswajając się z biurem, ze świeżo wymalowanymi ścianami i nowymi osobami, z którymi przyszło mu pracować. Kręcił nosem, kiedy wnosił swoje pudełko, ale miałem nadzieję, że to jego grymaszenie potrwa tylko jeden dzień. Na dzień dobry przyznał, że biuro zajeżdża świeżą farbą. Miał szczęście, że ta mina była tego powodem.
Agatka od razu zwróciła uwagę na nowego kolegę, więc zaczęła się do niego przymilać, cały czas zerkając w moim kierunku. Tak, tak, chciała wywołać we mnie zazdrość. Ale widząc brak zainteresowania z mojej strony, nie kryła złości, co wywoływało efekt frustracji, a podniesiony głos tylko sugerował rosnący poziom wkurzenia moją osobą. Nowi od razu obczaili, że w powietrzu coś wisi, coś bardzo poważnego, ale z wiadomych względów nabrali wody w usta. I chwała im za to!
Prawdziwe jednak piekło rozpętało się parę dni później...
6 grudnia 2013 roku. Mikołajki.
Totalnie zapomniałem o jakimś podarunku dla Agaty. Do tej pory, co roku sobie dawaliśmy. W tym wyleciało mi z głowy. Ale moja dzielna Agatka pamiętała. I zrobiła dwa prezenty, bo kiedy wszedłem do biura, na moim biurku stały dwie odświętne torebki z podarunkami. No, postarała się. To robiło się już coraz bardziej męczące, a ona sama aż nazbyt nachalna. Nie powiem, zrobiło mi się trochę głupio, ale przecież prezenty daje się bliskim osobom, a Agata jest tylko koleżanką z pracy. Z takim małym wyjątkiem. Naprawdę mało znaczącym; po prostu źle ulokowała uczucia. Kiedyś pasuje to wreszcie skończyć.
- Jeśli ktoś spotka dzisiaj tego Mikołaja - odezwałem się na tyle głośno, by wszyscy słyszeli - który zostawił te prezenty na moim biurku, podziękujcie mu ode mnie. I powiedzcie mu jeszcze, że w tym roku nic ode mnie nie otrzyma.
Zerknąłem na Agatę. Początkowo się uśmiechała, ale kiedy skończyłem mówić nagle spoważniała. Zacisnęła usta i zanurkowała w ekran komputera, mrugając intensywnie powiekami. Zaraz się dziewczyna popłacze. Ale co miałem robić? Przecież jeśli ciągle będę udawał, że jest cacy i że mi się podobają te prezenty, to adorowanie, to dziewczyna nigdy się nie ocknie, tylko będzie wzdychać ukradkiem do mnie. Tym razem trzeba naprawdę ostro.
Wyjąłem z torebki... porcelanowy kubek z jakimiś sentencjami o miłości, parą gruchających gołąbków, szalejących za sobą i rysunkiem pukającego do rytmu czerwonego serduszka. Kolejny do kolekcji. Kolejny z miłosnym wyznaniem. Kolejny od Agaty, który miał mi dać do zrozumienia, jak bardzo za mną szaleje. Gdyby wiedziała, że ten kubek, jak i pozostałe porcelanowe podarunki od niej trafią w prezencie w inne ręce, chyba by mnie na miejscu zabiła.
- Ładny kubek - powiedziałem na tyle głośno, by usłyszała.
Odwróciła twarz od ekranu. Obdarzyła mnie słodkim uśmiechem. Zerknąłem ostrożnie na Andrzeja, który z trudem powstrzymywał się przed atakiem śmiechu. Pracował ze mną piąty dzień, a już pojął o co tak naprawdę tutaj chodzi. Dobry jest.
- Podoba ci się? - zapytała podekscytowana Agata.
- Jasne - skłamałem.
- To teraz sprawdź drugi prezent. To pewnie od Karoliny.
- Ode mnie? - Karolina wyprostowała się w fotelu. - Przecież ja Bartka nie znam.
- Od Karoliny? - zapytałem zaskoczony. - Myślałem, że od ciebie - zwróciłem się do Agaty.
- Zatem, jeśli nie ode mnie i nie od Karoliny, to w takim razie od kogo?
Oczy wszystkich powędrowały w kierunku Andrzeja. Zaśmiał się głośno.
- Chyba nie myślicie, że ode mnie? - zdziwił się chłopak, siedzący po przeciwnej stronie biura. - To że Bartek jest moim szefem, to nie znaczy, że będę mu się podlizywał. Kiedy przyszliśmy z Karoliną, prezent już był na biurku.
- No niby przyszliśmy razem, ale kto cię tam wie - dziewczyna zaniosła się śmiechem, po czym dodała szybko: - No, ale prezent już był. A to oznacza, że ktoś w firmie, oprócz Agaty, jeszcze się w tobie podkochuje - dodała Karolina. Zerknęła na zaskoczoną koleżankę. - Masz konkurencję, złotko - zwróciła się do niej. - Radziłabym się lepiej postarać o względy Bartka, bo chłopak może ci się wymknąć między palcami. I nawet się tego nie będziesz spodziewać, jak jakaś blondi zapierniczy ci twój obiekt westchnień.
Agata oblała się rumieńcem. Płonęła ze wstydu. Każdy by się domyślił, że się we mnie buja i każdy czy też każda na jej miejscu już dawno by sobie odpuściła i darowała te niepłodne zabiegi. Ale nie, Agata była uparta jak osioł.
- Ale... - bąknęła oszołomiona tym niespodziewanym atakiem.
- Kochana, wszyscy to widzą, jak gonisz za Bartkiem! - Karolina machnęła ręką.
Bezpośrednia kobieta, pomyślałem z rozbawieniem. Ale może dzięki niej Agata wreszcie zrozumie, że nie ma u mnie szans.
- Bartuś! - Karolina spojrzała zadowolona w moją stronę. - Co jest w środku?
Zajrzałem do mikołajkowej torebki. No no! Same cuda.
- Na pewno nie kubek - rzekłem po chwili i wyjąłem czerwoną czapkę świętego Mikołaja. - Ale to jeszcze nie wszystko. - Ze środka wydobyłem pięknie zapakowane bokserki... Calvina Kleina. O kurde, znak rozpoznawczy gejów. Przełknąłem głośno ślinę i przywdziałem szybko na twarz szeroki uśmiech.
- No no no! - zawyła zadowolona Karolina. - Widzę, że jakaś laska chce cię zobaczyć w samych gaciach i w czapce Mikołaja.
- I jest coś jeszcze!
Wyjąłem z torebki przewiązaną czerwoną tasiemką wodę toaletową Lacoste.
- O cholera! - Andrzejowi oczy wyszły na wierzch z wrażenia. - Wygląda to bardzo poważnie.
- Bokserki, czapka Mikołaja i woda toaletowa. - Karolina wyliczyła na palcach prezenty. - Zapowiada się zajebisty weekend. Bartuś, mam nadzieję, że opowiesz jak było?
- Jeśli tylko dowiem się od kogo ten prezent - odparłem zaskoczony, ale też i bardzo zadowolony z takiej niespodzianki. Gdyby to tylko podarował mi jakiś facet, a nie kolejna cicha wielbicielka.
Agata wstała ostentacyjnie, uniosła dumnie głowę i wymaszerowała z pokoju. Karolina powiodła za nią wzrokiem, totalnie zaskoczona jej reakcją.
- Yyy, co jej? - zapytała.
- Zapytaj ją - odparłem.
- Wiesz co, jak cię lubię, niuniuś, ale... przestałbyś robić jej nadzieję.
- Przecież ja ją totalnie ignoruję - odparowałem Karolinie. - To na nią nie działa.
- Bardziej się postaraj. A teraz wybaczcie, panowie. Jak przystało na dobrą koleżankę - Karolina wstała od biurka - muszę ją pocieszyć i powiedzieć, że faceci są totalnymi świniami. Ech, ciężko jest grać rolę dobrej koleżanki. Ale cóż... Taki los.
Stukając obcasami, opuściła pokój. Dostrzegłem, że Andrzej wciąż patrzy w moją stronę i dziwnie się uśmiecha.
- O co chodzi? Co tak patrzysz? - zapytałem zaczepnie.
- O nic - wzruszył ramionami. - Tak tylko patrzę. Masz adoratorkę, tylko ci pogratulować.
Albo adoratora, przemknęło mi przez myśl, kiedy spojrzałem na gumkę z napisem CALVIN KLEIN.
- A ty nie masz nikogo? - zapytałem od niechcenia, pakując z powrotem prezenty.
- Nie mam czasu. Wieczorami pracuję za barem, wymyślam koktajle, jeżdżę na kursy barmańskie, więc sam widzisz, że czasu na przyjemności brak.
Spojrzałem na Andrzeja. Informacja, że chłopak dodatkowo pracuje w knajpie, trochę mnie zaskoczyła. Myślałem, że po pracy wraca na mieszkanie, zaszywa się w czterech kątach i spędza czas przy komputerze lub ciupiąc w Fifę. A ten wieczorami staje za barem i robi drinki.
- Jesteś barmanem? - zapytałem.
- Tak - rzekł zadowolony. - Gdy już się dowiesz, kim jest tajemnicza pani Mikołajowa, która obdarzyła cię takim prezentem, to zapraszam do Le Scandale na Kazimierzu. Daj znać wcześniej, zrobię wam wcześniej rezerwację.
Andrzej zaśmiał się głośno. Zmierzyłem go wzrokiem, więc kiedy spoważniał, odparłem:
- Pajac!
Odstawiłem na bok prezenty i zabrałem się do pracy.
Późnym popołudniem, a właściwie już wieczorem wybrałem się na obiad do Marchewki z Groszkiem. Zlokalizowałem wolny stolik w samym kącie pod oknem na drugiej sali, gdzie w spokoju zajadałem się plackami ziemniaczanymi. Przez cały czas zastanawiałem się od kogo mógłbym dostać ten dzisiejszy prezent; bynajmniej nie porcelanowy kubek. Ten prezent był od Agaty. Nikt sensowny nie przyszedł mi do głowy. Ktoś z biura? Ale kto? Przecież nie utrzymuję zażyłych kontaktów z innymi osobami. Bardziej jestem z nimi tylko na zwykłe "cześć". Nie wdajemy się w głębsze relacje.
Pozwoliłem mojej wyobraźni na bardziej odważne pomysły. Michał? Dowiedział się, gdzie pracuję, jakoś udało mu się przegadać recepcjonistkę, dostał się na górę albo przekupił kogoś, kto dostarczył prezent na moje biurko. Wspomnienie wagonowej przygody z wakacji odżyło na nowo. Choć to było już tak dawno, to jednak gdzieś w umyśle strzępy obrazów z przeszłości zostały.
Chyba że to prezent od... Karola. Może chciał się pogodzić. Może wreszcie zrozumiał, że razem jesteśmy w stanie coś zbudować. Oj, jak chciałbym, żeby zmienił o mnie zdanie, żeby przestał mnie traktować tylko jak przyjaciela, ale spojrzał również pod kątem partnerskim. Ale nie, to nie mógł być Karol. Od wakacji milczy. Śmiertelnie się obraził, urwał kontakt, spalił wszelkie mosty za sobą, które w jakikolwiek mogły nas łączyć. Nie było szans, by to odbudować, a próba odnowienia kontaktu kończyła się fiaskiem.
W każdym razie prezent nadal był. Od kogo? Nadal nie miałem pojęcia.
Zapłaciłem za obiad, podziękowałem za obsługę i zebrałem się do wyjścia. Zmierzając do drzwi, moim oczom ukazał się Karol. A właśnie o nim przed chwilą pomyślałem! I proszę, oto ściągnąłem go tu myślami. Nie był sam. Przy stoliku towarzyszył mu jakiś młody chłopak z fajnym zarostem. O czymś tam zawzięcie dyskutowali, ale kiedy szedłem w ich stronę, trzymając spojrzenie na Karolu, mój dawny przyjaciel nagle przeniósł wzrok na mnie. Ucieszył się na mój widok? Trudno było to wyczuć, ale kiedy speszony uciekł spojrzeniem na swojego towarzysza, coś w środku mnie ukłuło niespodziewanie. To nie było normalne zachowanie Karola. On nigdy tak się nie zachowywał. Czyżby nadal miał do mnie żal? Po tylu miesiącach niewidzenia się?
- Cześć - przystanąłem przy stoliku.
Obcy chłopak uniósł wzrok. Przyjrzał się uważnie, ale widząc, że patrzę na Karola, przeniósł na niego pytające spojrzenie.
- Cześć - Karol mruknął odpowiedź pod nosem, nie patrząc mi w oczy.
- Dawno się nie widzieliśmy - zacząłem spokojnie rozmowę, łudząc się, że może jest speszony naszym spotkaniem. Mógł się zestresować, w końcu nawet się nie przygotował do takiej sytuacji. Ale ja też byłem zaskoczony. - Co u ciebie?
- Dobrze - wzruszył ramionami.
Zacisnął usta na słomce i wolno sączył grzane piwo. Jego aromat unosił się znad stolika.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - zapytałem zaskoczony. - Nie widzieliśmy się kilka miesięcy. Dzwoniłem, pisałem, ale nie odpowiadałeś...
Odstawił kufel i po raz pierwszy w czasie tej rozmowy spojrzał na mnie.
- Te parę miesięcy nie dało ci do myślenia? - Karol podniósł głos. - Nie rozumiesz, że nie chcę mieć z tobą żadnego kontaktu? Że nie chcę mieć z tobą nic do czynienia? Nie dociera to do twojej pustej głowy?! A teraz wybacz - wskazał ręką na oniemiałego chłopaka, który nie wiedział, co ze sobą począć - ale jestem zajęty. I proszę cię, nie nachodź mnie więcej.
- Aha.
Drzwi. Wyjście z restauracji. To był mój cel. Muszę stąd wyjść. I to jak najszybciej. Zbłaźniłem się w oczach nie tylko tego niedorosłego żółtodzioba, ale pogrążyłem się przed Karolem. Co mi wpadło do głowy, żeby do niego podejść? Przecież już jego pierwsza reakcja wskazywała, że nie ma zamiaru ze mną rozmawiać. A ja jak na złość miałem nadzieję, że się mylę. Że zrobił to specjalnie. Tak dla zmyłki.
Zapiąłem kurtkę pod samą szyję, by ochronić się przed chłodem. Opatuliłem się wełnianym szalem i opuściłem Marchewkę z groszkiem. Zimny wiatr zadął przeraźliwie głośno, kiedy zatrzymałem się przed knajpą, po czym popędził w kierunku rzeki. Oświetlona ulica Mostowa wskazywała drogę do kładki Bernatki na Wiśle oraz dojście na Plac Wolnica. Skręciłem w lewo, na kładkę. Co prawda nad Wisłą będzie jeszcze zimniej, ale co mi tam. Nie miałem ochoty wracać na mieszkanie. Musiałem ochłonąć po tej, jakże niemiłej niespodziance, którą zgotował mi Karol. Czyli nadal ma żal do mnie. I nic nie wskazuje, żeby to szybko przeszło.
Kiedy szedłem przed siebie, powłócząc noga za nogą, na ziemię zaczęły spadać drobne płatki śniegu. Jeden z nich osiadł na rozgrzanym policzku. Dwie sekundy później zamienił się w kroplę wody, która spłynęła na podbródek i wsiąknęła w szal. Uniosłem głowę w kierunku latarni, jarzącej się intensywnym blaskiem. W tym świetle dostrzegłem wyraźnie opadające płatki. Czyżby zbliżała się zima?