sobota, 29 czerwca 2013

Epizod 29.

Weekend!
Z radości uniosłem w górę ręce, wielbiąc ideę stworzenia dwóch wolnych dni od pracy. Nie chcąc kisnąć w dusznym biurze, spakowałem papiery czym prędzej i wybyłem w tę rozgrzaną patelnię. Matti coś tam jeszcze krzyczał, że do zobaczenia w niedzielę na dworcu autobusowym, ale machnąłem mu tylko na pożegnanie, nie wdając się w głębsze dysputy.
Weekend. To się teraz liczyło. Na dwa dni chciałem zapomnieć o pracy. Zresztą dzisiejszego wieczoru czekała mnie impreza. Zwykła, normalna domówka, u niejakiego Oskara, kolegi Karola. Podobno też gej. Czasami o nim wspominał, imię to przemykało w rozmowach, ale niespecjalnie ten chłopak gościł, jako numer jeden w naszych plotkach. Z tego co Karol zdążył opowiedzieć o koledze, można było wnioskować, że całkiem niedawno przeniósł się na nowe mieszkanie. I w związku z tym organizuje parapetówkę. Życie prywatne Oskara owiane zostało aurą tajemnicy. Jedyna informacja, jaka zdążyła się przecisnąć do świata zewnętrznego to taka, że miał chłopaka.
Kiedy więc stałem już przed lustrem i prezentowałem się do wyjścia, przyjmując przeróżne pozy, dotarło do mnie, że wszyscy geje, którzy mnie otaczają są nieszczęśliwi, samotni, rozżaleni i źli na cały świat, bo ich związki szlag jasny trafił. Dlatego geje - single trzymają się razem, organizują imprezki, by choć na moment odciąć się od niesprawiedliwości z jaką się stykają. Do nich zaliczam się również ja. Do czego to doszło? O jacież pierdzielę! Przecież to zajeżdża ciotodramą! Ale skoro obiecałem Karolowi, że tam pójdę, to pójdę. Zresztą będzie Bartek. Ten fakt ostatecznie skłonił mnie do przyjęcia zaproszenia.
Umówiłem się z chłopakami w Galerii Krakowskiej koło Wentzla. Oczywiście pojawiłem się pierwszy i na dodatek za wcześnie. Plując sobie w brodę, zarzekałem się, że to już ostatni raz, kiedy tak się śpieszę na imprezę i przyjeżdżam przed czasem. Do tego trzeba oczywiście doliczyć spóźnienie. Karol zwykle się nie spóźnia, ale zdarzają się wyjątki. Za to Bartek... Ten to spóźnienie ma we krwi. Nigdy nie przychodzi na czas. Zawsze jest ostatni i jeszcze się dziwi, że ludzie mają do niego pretensje.
- Kurwa, kurwa, kurwa! - powtarzałem pod nosem, spoglądając na mijających mnie ludzi. Miałem głupią nadzieję, że jednak moi fantastyczni przyjaciele dzisiaj mnie zaskoczą swoją punktualnością.
Łudziłem się. Czas mijał, a ich nie było. Po pięciu minutach spóźnienia, kiedy tkwiłem przylepiony plecami do witryny sklepowej, przyszedł esemes od Karola, że będzie za jakieś piętnaście minut. No zajebiście! Niedługo zapuszczę tutaj korzenie. A Bartuś, gwiazda nad gwiazdami, oczywiście nie napisze nic. Bo po co?
Z tego czekania ruszyłem na spacer do toalety. Zawsze to pięć minut krócej. Tłoku na szczęście nie było, choć po galerii szwendało się sporo ludzi. Toaleta świeciła pustkami. Zatrzymałem się na moment przed lustrem. Wyprasowałem dłonią niewidoczne zagięcia i pchnąłem drzwi, za którymi...
Przystanąłem jak wryty. Pojękiwania i stękania wypełniały tę część męskiej toalety. Dochodziły z jednej z czterech kabin. Słyszałem silne pchnięcia i plaskania, zapewne mokrych od potu ciał. Mój wzrok zatrzymał się na drzwiach, które w jakiś dziwny sposób drgały w rytm wydawanych jęków. To tam musiała odbywać się ta zajebista impreza. Nie wiedziałem co mam robić. Wycofać się po cichu? Udać, że mnie tutaj nie było? A może, by tak... Spojrzałem za siebie przez uchylone drzwi. Nikt nie kręcił się przy wejściu do męskiego przybytku, a jęki z przeciwnej strony pobudzały moją wyobraźnię.
Jak na umówiony sygnał, poczułem silne parcie w spodniach. Stanął na baczność i próbował się oswobodzić. O kurwa! Tutaj? Koniecznie musiałem się gdzieś ukryć. A nuż ktoś wejdzie i mnie zobaczy, jak robię sobie dobrze, wsłuchując się jednocześnie w dźwięczną melodię jęków, stękania, ostrych pchnięć i plaskania w nagie ciało.
Już miałem podążać tym planem, nawet wypatrzyłem sobie kabinę w odpowiedniej odległości, by nie budzić podejrzeń i przypadkowo nie rozpraszać zajętych panów, gdy nagle odgłosy ucichły. Doleciało mnie tylko zasuwanie zamka w spodniach. Drzwi zdążyły się niespodziewanie otworzyć. Było za późno na jakąkolwiek reakcję. Ucieczka już nie wchodziła w grę. I zostałbym nakryty na gorącym uczynku. Z kabiny wyskoczyło dwóch roześmianych chłopaków. Ten pierwszy był trochę młodszy, za to ten drugi, który właśnie się wyłonił w pełnej okazałości, sprawił, że moja żuchwa z łoskotem roztrzaskała się o posadzkę. Jego zresztą też.
- Filip? - wykrztusił zmieszany, przeżuwając gulę, która utkwiła mu w gardle.
- O kurwa! - padło z moich ust.
Karol spłonął rumieńcem.

piątek, 28 czerwca 2013

Epizod 28.

Zegar już dawno przestał wybijać godzinę dwudziestą.
Tylko w mojej głowie wciąż jeszcze huczał ten dźwięk. Od prawie dziesięciu minut. Tamtego późnego wiosennego popołudnia, sprzed paru lat, Artur zjawił się punktualnie. Najpierw poczułem intensywny zapach Lacoste, który rozbudził moje zmysły, a kiedy spojrzałem w jego roześmiane oczy, wiedziałem już, że ten wieczór będzie udany. Wciąż pamiętałem tamtą scenę i widziałem ją oczami wyobraźni. Tak było wówczas, w zamierzchłej przeszłości. Dzisiaj jest inaczej. Łudziłem się, że Artur dotrze nad kładkę. Jak ja jestem przygłup, że w ogóle tutaj przyszedłem. Co mnie podkusiło? Co za piernik zakotwiczył się we mnie? Zacząłem nowe życie, bez Artura, a co teraz najlepszego robię? Rozpieprzyłem jedynie skrupulatnie stawiany mur, którym odciąłem się od przeszłości. Dla własnego dobra to zrobiłem. Żeby nie bolało. I sam to zniszczyłem. Cholerny dziwak ze mnie. Co ja sobie najlepszego myślałem, idąc na kładkę?
Kręciłem z niedowierzaniem głową, powtarzając w głowie, niczym mantrę, że jestem skończonym idiotą i tępakiem.
Telefon zawibrował w kieszeni. Czego znowu?, pomyślałem poirytowany. Kolejny esemes od Karola.
"Domyślam się, gdzie jesteś i popełniasz największy błąd. Proszę Cię, zawracaj, póki nie jest za późno. I odezwij się wreszcie."
Już jest za późno. Dziesięć minut za późno. Miałem ochotę cisnąć smartfonem w Wisłę. Tylko co by mi to dało? Straciłbym telefon i kontakt ze światem.
- Niesamowite!
Tuż obok mnie powietrze wypełnił donośny, męski głos. Ktoś przystanął w niewielkiej odległości ode mnie. Jakoś niespecjalnie zwróciłem uwagę na głośne zachowanie mężczyzny. Obracając w dłoni telefon, przymierzałem się do powrotu na mieszkanie. Nie mam co tutaj sterczeć. I tak Artur nie dotrze. Jesteś strasznie sentymentalny. Czas to skończyć. To przeszłość. Odszedł, zostawił bez słowa wyjaśnienia. Trudno się mówi; jego sprawa. Muszę się ogarnąć. Przecież jestem facetem. Mam kurwa jaja od tego.
- I jeszcze mnie nie rozpoznaje.
Mimowolnie mój wzrok powędrował na prawo. Omiotłem spojrzeniem Podgórze. I wtedy go dostrzegłem. Stał w odległości niespełna paru kroków. Był na wyciągnięcie ręki. W pierwszej chwili go nie rozpoznałem. Zmienił się.
- Wow! - wypsnęło mi się.
Bartek z wypiętą klatą, w kraciastej koszuli z podwiniętymi rękawami, trzymał się barierki. Nowy image, fryzura faceta metro zaczesana do góry i na bok jednocześnie dodawała mu urody.
- Wow! - powtórzyłem. - Nie poznałem cię.
- Zauważyłem - odparł z uśmiechem. Miał tylko inny głos, bardziej zachrypnięty. - Jak ci się podobam?
- Seksowny jesteś - zauważyłem z dumą.
- Dzięki. Może wreszcie ktoś na mnie poleci. Nie jakaś młoda ciota, tylko poważny fagas.
- Ale co się stało z twoim głosem? - zmarszczyłem czoło.
- To przez lody, które ostatnio wpieprzałem na Starowiślnej. Od razu mnie złapało. Ale powiem ci, że już jest lepiej. Co w ogóle tutaj robisz, Filipie?
- Yyy, spaceruję - dałem szybką odpowiedź.
Mam nadzieję, że połknął haczyk. Przecież nie może pamiętać naszej rozmowy. Do tego z takimi szczegółami. A jeśli?
- Jasne!
Ten głos już poznałem. Po prawej stronie przystanął Karol.
- Myślałeś, że tak łatwo wciśniesz nam kit?
- Szpiegujecie mnie? - zapytałem zaskoczony. Spojrzałem z pretensjami na Bartka.
- To był jego pomysł - wskazał palcem na Karola.
- Zdrajca - syknął Karol.
- Ok, wystarczy!
Musiałem ostudzić emocje moich chłopców. Jeszcze moment i będą się kotłować na kładce, a piękna fryzura Bartłomieja będzie w totalnym nieładzie i straci urok. A tego byśmy raczej nie chcieli.
- Wracam do domu - stwierdziłem.
- Do żadnego domu nie idziesz - rzekł Karol. - Popełniłeś błąd, że tu przyszedłeś. Na szczęście jesteśmy my, twoi przyjaciele, i zabieramy cię na piwo.
- Idziemy poszaleć po Podgórzu - zakomunikował Bartek.
I chcąc nie chcąc musiałem spędzić ten wieczór z nimi. Nie z Arturem, tylko z moimi przyjaciółmi.

czwartek, 27 czerwca 2013

Epizod 27.

Błękit nieba przecinały niewielkie, ale za to wyjątkowo głośne stadka jerzyków. Kołowały, ścinały powietrze, pikowały ostro w dół, by już po chwili wzbić się w górę. Szybowały nad kamienicami, kwiląc radośnie, wydając przy tym przyjemny dla uszu furkot skrzydeł. Bez nich niebo nad Krakowem o tej porze roku byłoby strasznie puste i smutne.
Przyjemność z podglądania życia jerzyków, przerwał głośny dźwięk przychodzącego esemesa. Sięgnąłem po smartfona. Od Karola:
"Hej. Co porabiasz?"
Miałem wrażenie, że przejrzał moje zamiary. Doskonale wiedział, że dzisiaj mija kolejna rocznica poznania Artura. Że nie wspomnę już, że od kwietnia nie jesteśmy razem. A pomimo to zdarzały się momenty, że ogarniała mnie za nim tęsknota. Odszedł tak nagle, bez słowa. Po prostu zniknął z mojego życia, usunął się, nie wyjaśniając dlaczego to robi. Zmieniłem swoje życie. Przeprowadziłem się na nowe mieszkanie, wpadłem w wir pracy i spędzania czasu z przyjaciółmi, a tamten okres został zepchnięty głęboko w zakamarki mózgu i starannie codziennie przykrywała je gruba warstwa kurzu.
Dzisiaj jednak nie potrafiłem zareagować inaczej. Powiał silniejszy wiatr, kurz uleciał i wspomnienia o Arturze wróciły. Oparty o kamienicę, tuż przy "Marchewce z groszkiem", zerkałem w kierunku kładki. Jeszcze tylko parę minut i wszystko będzie jasne. Czy spotkamy się tam tak, jak za pierwszym razem? A potem kontynuowaliśmy ten rytuał co roku? Jak będzie tym razem? Będę sam, a on nie przyjdzie? Wcale bym się nie zdziwił. Przecież odszedł ode mnie. Po co miałby wracać do przeszłości? A chociażby po to, że ma do mnie sentyment!, odpowiedziałem sobie z wyrzutem. Że ma poczucie świadomości, iż nasz związek był szczególny i ważny dla nas obojga. Musi przyjść. Do tej pory przychodził...
Znów spojrzałem w stronę kładki. Pary spacerowały wolno, trzymając się za ręce i głośno się śmiejąc. Tylko ja stałem, jak idiota pod kamienicą i podpierałem ścianę. Co ja najlepszego robię? Zmieniłem swoje życie po to, żeby zapomnieć o Arturze, a jedna głupia rocznica, nasza... pojebana tradycja celebrowania pierwszego spotkania, pierwszej randki, siedzi mi w głowie i pcha do wykonywania absurdalnych rzeczy. Najlepszą karą dla mnie będzie moment, kiedy jak debil będę stał na kładce i czekał, czekał, czekał. Aż zapadnie zmrok, sumienie mnie zeżre, wspomnienia ukatrupią do reszty. Tak, i będę przez kolejne dni lał łzy do poduszki! Przez własną głupotę.
Zerknąłem na wyświetlacz smartfona. Wiadomość od Karola raziła moje oczy. Ostrzeżenie przed rozczarowaniem? Ale skoro już tu jestem...
- Chuj z tym - powiedziałem do siebie. Chyba ciut za głośno, bo krzepka babcia zatrzymała się w odległości paru kroków i popatrzyła na mnie z obrzydzeniem.
- Tak mi się powiedziało, babciu - machnąłem ręką.
Wsadziłem telefon do kieszeni i odważnie ruszyłem przed siebie. Z każdym krokiem, z którym zbliżałem się do kładki, serce przyspieszało rytm. Pulsowanie w głowie zdawało się momentami przybierać na sile. Przekroczyłem ulicę Podgórską i zrobiłem pierwszy krok na drewnianym pomoście. Zgrzytnęło pod stopami, ale niczym w transie szedłem dalej do przodu. Zatrzymałem się pośrodku. Tak jak dwa lata temu. Wtedy również prawie schodziłem na zawał, nie wiedząc co mnie czeka podczas spotkania. W promieniach słońca, zbliżającego się do kresu codziennej wędrówki po niebie, lśniły przyczepione metalowe, mosiężne kłódki z wyrytymi inicjałami. Miłość na wieczność. Spętana, zniewolona, bez możliwości rozwoju. Nasza kłódka nigdy tutaj się nie znalazła. Nie odczuwaliśmy takiej potrzeby. Przetrwała dwa skromne lata. Teraz przeszło mi nawet przez myśl, że może gdybyśmy się uparli na powieszenie kłódki na kładce i wrzucenie kluczyka do Wisły, nasza miłość wciąż by trwała. A tak... szlag ją trafił.
Boże, schowałem twarz w dłoniach, co ja pierdolę? Totalnie mi już odwala.
Zegar na Wawelu zaczął wolno wybijać pełną godzinę. Nadeszła chwila prawdy...

środa, 26 czerwca 2013

Epizod 26.

- Powiesz mi o co chodzi?
Matti próbował się wyszarpnąć z mocnego uścisku. Ciągnąłem go za rękaw przez korytarz w kierunku gabinetu prezesa.
- Żebym to ja wiedział - prychnąłem. - Kazał nam przyjść.
- To nie musisz mnie tak szarpać - rzekł prawie obrażony. Zmarszczył czoło w gniewie. - Potrafię sam iść.
- Matti, siedziałeś w necie i na pewno nie byłeś zajęty pracą. - Od pokoju prezesa dzieliło nas zaledwie parę metrów. - Znam cię i wiem, kiedy się obijasz. Przyznaj, co robiłeś?
Patrzył na mnie wielkimi i przerażonymi oczami. Dało się wyczuć strach. Czegoś się obawiał. Miałem nieodparte wrażenie, że coś przeskrobał albo dopiero ma zamiar to zrobić i to coś jest związane ze mną. Ostrzegawcza lampka już migotała jarzeniowym światłem w mojej głowie. Nie wiem dlaczego, ale przez umysł przebiegła mi spłoszona myśl, że to może mieć związek z moim wypadkiem w "Papierosie i kawie" sprzed ponad miesiąca i pobytem w szpitalu.
- Matti? - słyszałem echo swojego głosu.
Skąd u mnie wzięło się takie przewrażliwienie? I takie przeczucia? O dziwo, te przeczucia zaczęły się coraz częściej sprawdzać.
- Matti! - tym razem podniosłem głos. - Co ty znowu wykombinowałeś?
- Bo wiesz... - spuścił wzrok. Niepewnie przestępował z nogi na nogę, próbując wybrnąć z nieciekawej sytuacji. - Strasznie mnie interesuje ten stan... Nie mogę się powstrzymać. Już dużo na ten temat czytałem... A potem doszło jeszcze to...
- Co?
- No twój wypadek i śpiączka - powiedział szybko. Spojrzał w oczy. Pomimo strachu, który się w nich malował, był pewien swoich przekonań. - Musiałeś doświadczyć czegoś, kiedy twoje ciało wegetowało. Po prostu tego nie pamiętasz, ale jest sposób, żebyś mógł sobie to przypomnieć...
Byłem zły. Wręcz wściekły. Podniosłem rękę, by zamilkł. Przerwał w pół zdania.
- Dość - starałem się mówić całkiem spokojnie, choć mną szarpało, by wykrzyczeć Mateuszowi, że jest skończonym debilem, jeśli myśli, że doświadczałem wizji nieba, rozbłysków, fajerwerków i innych cudów. - Dość! Temat jest zamknięty. Zapominasz o tym i nie kontynuujesz. Ale jeśli zobaczę, że w pracy siedzisz na stronach z paranormalnymi zjawiskami ludzkiego ciała, wypierdolę ci komputer przez okno. Zrozumiano?
Nie czekałem na odpowiedź. Ruszyłem przodem do gabinetu prezesa. Matti powlókł się za mną, jak zdechły pies, ze spuszczoną głową. Marek siedział za biurkiem i wystukiwał coś na klawiaturze. Uśmiechnął się na nasz widok i gestem ręki wskazał miejsca, żebyśmy usiedli. Kiedy skończył pisać, rozsiadł się wygodnie i z szerokim bananem na ustach powiedział:
- Zakopane.
Jakby miało mi to coś mówić. Miasto na południu Polski, tak zwana zimowa stolica, skocznia pod Wielką Krokwią, Krupówki, góry. Chyba tyle. Bo co innego można powiedzieć o Zakopanem.
- O co chodzi z tym Zakopanem? - zapytałem zaczepnie. Nie było mi do śmiechu, a tym bardziej nie miałem ochoty na żarty z prezesem.
- Szkolenie. Od tej niedzieli do przyszłego tygodnia. I jedziecie tam we dwójkę. Macie już zrobioną rezerwację w pensjonacie. Przejazd, zakwaterowanie i wyżywienie na koszt firmy. O nic nie musicie się martwić.
- Wow! - odezwał się Matti.
Luknąłem na niego. Ucieszyła go ta wiadomość. Już widziałem te kurwiki w jego oczach. Co go tak cieszy? Góry? Też mi radocha. Nie, góry nie dla mnie, dziękuję bardzo. Musiałem się jakoś wywinąć z tego wyjazdu.
- A dlaczego nikt nie zapytał nas o zdanie? - zapytałem, opanowując złość, już drugi raz tego dnia.
- Nie cieszysz się? - zdziwił się Matti.
Obrzuciłem go spojrzeniem, które mówiło, że jeszcze jedno słowo, a zginie marnie, ale tym razem był silniejszy i nic sobie nie robił z mojej naburmuszonej mimiki.
- No dobra, czemu nikt mnie nie zapytał o zdanie? - poprawiłem się szybko.
- Bo wydaje mi się, że jeszcze taki delikatny urlopik po wypadku ci się należy. Górskie powietrze dobrze ci zrobi - z twarzy Marka nie znikał uśmiech. - Dostaniecie wszystkie wytyczne odnośnie wyjazdu jeszcze dzisiaj. Liczę na was.
- Ja bym tak nie liczył.
Wstałem i wyszedłem z gabinetu. Zakopane! Też mi frajda się trafiła. I to jeszcze cały tydzień. Chyba tam ocipieję, w tym "wielkim" mieście, z góralami na ulicy.

Epizod 25.

Z niecierpliwością wyczekiwałem, aż Karol pojawi się na GG. To co usłyszałem wczoraj od wrednej Gośki, nie potrafiłem zatrzymać tylko dla siebie. Musiałem natychmiast z kimś się podzielić. Dosłownie to cud, że wytrwałem całą noc, walcząc z sobą, by nie wykonać telefonu do Pawła. A dzisiaj w pracy od rana szalałem. Mało brakowało, a zacząłbym chodzić po suficie. Mateusz patrzył na mnie z boku, z bezpieczniej odległości i nie wchodził w drogę. Widział, że mam wojowniczą minę i wszystko mnie drażniło, dlatego skutecznie usuwał się w cień. Chociaż już na "dzień dobry" trochę mu się oberwało za bałagan na biurku. Tak po prostu chamsko się przyczepiłem.
Kiedy wreszcie Karol pojawił się na stanowisku pracy i uaktywniło się jego słoneczko na komunikatorze, odpaliłem okienko rozmowy. Po miłym wstępie rozpoczęła się właściwa część konwersacji. Przez ten czas Matti intensywnie wpatrywał się w ekran swojego komputera.
Filip: "Wiesz... Martwię się o Pawła."
Karol: "Jakiego Pawła?"
Filip: "Mojego przyjaciela, tego ze studiów. Opowiadałem ci o nim."
Karol: "Aaa... Teraz kojarzę. Co z nim nie tak?"
Filip: "Z nim wszystko ok, przynajmniej na chwilę obecną, ale obawiam się, że może być gorzej. I to przez tę sukę Margaret."
Karol: "Jego przyszłą żonę, chciałeś powiedzieć."
Filip: "No czyli sukę. Sorki, nie przepadamy za sobą, więc nie mam zamiaru jej słodzić."
Karol: "Ale przecież wkrótce będzie żoną Pawła."
Filip: "No właśnie nie wiem czy dojdzie do ślubu."
Karol: "???"
Filip: "Wiesz co ta pizda wymyśliła? Że ona nie wie czy chce wyjść za Pawła. Że się waha, że nie chce się wiązać sakramentalnym węzłem na zawsze."
Karol: "I ona ci to powiedziała?"
Filip: "Tak, widziałem się z nią wczoraj po pracy. Wyobraź sobie, że sama wyszła z propozycją spotkania. Nawet nie wiesz, jakie wywołała we mnie zaskoczenie jej wiadomość. My się tylko nawzajem tolerujemy. Ale szczerze... jakoś nie widzę przyszłości Pawła u boku tej wypizdrzonej gwiazdy."
Karol: "Co zrobisz? Masz jakiś pomył?"
Filip: "Nie wiem. Nie mam pojęcia."
Karol: "Jest twoim przyjacielem. Znasz go bardzo dobrze. Chyba wiesz, co powinieneś robić. Nie wiem na co jeszcze czekasz?"
Filip: "Karol, to nie takie proste. Jestem świadkiem na tym ślubie i życzę mu jak najlepiej. To, że ja nie przepadam za lady Margaret, to nie znaczy, że chcę zniszczyć jego szczęście. Przecież Paweł ją kocha."
Karol: "A ty jesteś tutaj dobrą wróżką, która wie o wszystkim, ale będzie czarować i udowadniać innym, że wszystko jest cacy. Prawda?"
Filip: "To mam mu powiedzieć?"
Karol: "Oczywiście! Niech wie na czym stoi."
Filip: "On ją kocha. Jest ślepy."
Karol: "To mu otwórz oczy! Jako jego świadek i przyjaciel, masz do tego prawo. Niech chłopak nie pakuje się w bagno. A jeśli ci nie uwierzy, to już jego sprawa. Jest dorosły i sam za siebie odpowiada."
W tym momencie zadzwonił telefon stacjonarny. Zanim odebrałem przypomniały mi się słowa Pawła, który to samo powiedział o Karolu, kiedy mówiłem mu o problemach Karola z Michałem - że jest dorosły i sam za siebie odpowiada. Okazało się, że to prezes i chce pilnie ze mną rozmawiać. A przy okazji mam również zwerbować Mateusza. Wystukałem tylko wiadomość do Karola, że muszę kończyć, bo prezes wzywa na dywanik. Po czym chwyciłem Mattiego za koszulę i zaciągnąłem kolegę w kierunku gabinetu prezesa.

środa, 19 czerwca 2013

Epizod 24.

Szliśmy Plantami w kierunku centrum. Jak na dziewczynę, a właściwie dwudziestosiedmioletnią kobietę, którą Paweł zarwał na studiach, poruszała się dosyć ociężale w szpilkach. Nie wychodziło jej to zbyt dobrze. A ślub tuż tuż. Wiedziałem, że nie spotkaliśmy się z Gosią przypadkiem, ot tak, żeby omówić plany na wesele. Od początku naszej znajomości Gosia dawała mi do zrozumienia, że nie przepada zbytnio za moją osobą, dlatego też takie zdziwienie wywołał u mnie jej telefon i chęć, wręcz nakaz spotkania się z nią. Na kilometr śmierdziało interesem. Teraz jednak widziałem, kiedy tak namiętnie trajkotała o kieckach, jedzeniu, muzyce, a nawet wtrącając zamierzchłe historie z czasów jej szalonego dzieciństwa, że czegoś się obawia. Jak nic ma stracha przed ślubem, pomyślałem. Przeszedłem więc do inicjatywy. Musiałem tak pokierować rozmową, aby sama się wypaplała, bez żadnego przymusu. Tylko że to u mnie niemożliwe. Zawsze walę z grubej rury o co mi chodzi, nigdy nie potrafię ściemniać. Tym razem nie mogło być inaczej, pomimo ogromnych chęci.
- Fajne miałaś życie - wtrąciłem, kiedy wzięła dłuższą przerwę na oddech. Wykorzystałem ten moment. - Ale zastanawia mnie fakt... po jakiego ciula mi to mówisz?
Popatrzyła na mnie przerażonymi oczami. Z wyższością. Szpilki dodawały jej parę centymetrów wzrostu.
- No sorry, ale nie patrz tak na mnie. Da się wyczuć twoją niechęć do mojej osoby - stwierdziłem bez ogródek. - Od początku jakoś nie pałałaś do mnie sympatią. Owszem tolerowałaś mnie, ale głównie dlatego, że jestem przyjacielem Pawła. No tylko nie mów, że było inaczej.
Szła milcząc. Cierpliwie czekałem na potok jej słów, jak na początku spotkania. Nic z tego. Źródło wyschło.
- Powiesz coś? - zapytałem po chwili.
Czekałem. Odezwała się. Ale akurat nie to chciałem usłyszeć.
- Waham się, czy nie odwołać ślubu.
Powiedziała to spokojnie, nie patrząc na mnie, skupiając wzrok na jakimś punkcie przed sobą. Zatkało mnie. Aż przystanąłem z wrażenia. Ona uszła kawałek, ale również się zatrzymała. Staliśmy od siebie w odległości zaledwie kilku metrów. Gosia, twarda suka, z zaciętą twarzą, bez cienia uśmiechu, poważna, skupiona. Ja, przerażony, zastanawiający się co będzie z zakochanym Pawłem, z milionem myśli na sekundę. Miałem ochotę ją rozszarpać, połamać te wielkie szpilki, roztrzaskać tę pizdę o o asfalt. Ale nie mogłem tego zrobić. Jeszcze pójdę do pierdla.
- Coś ty powiedziała? - Prawie się poplułem. - Chcesz odwołać ślub? Teraz? Na cztery tygodnie przed?
- Tak - odparła.
- Ja pierdolę! - krzyknąłem. - Zaproszenia wysłane, goście zaproszeni, potwierdzone ich przybycie, wszystko prawie dopięte na ostatni guzik. Orkiestra, sala, rodzina... A ty, kurwa, wyskakujesz z takim zajebistym pomysłem!
- Nie życzę sobie, żebyś na mnie krzyczał.
Po raz pierwszy popatrzyła mi w oczy. Zimne spojrzenie, wręcz lodowate. Zero współczucia, zero cienia skruchy. Jakby już postanowiła.
- Po co mi to mówisz? Powiedz to Pawłowi.
- Jesteś jego przyjacielem. Chciałam wiedzieć, jakby zareagował na taką wiadomość...
- Na pewno by się ucieszył i skakał z radości. Byłby wniebowzięty tą informacją - odparowałem.
- Widzę, że zmarnowałam tylko czas.
- Najwidoczniej.
Machnęła ręką i ruszyła w kierunku Rynku. Uszła zaledwie parę kroków. Zatrzymała się i powiedziała:
- Mam do ciebie prośbę. Obiecaj, że nie powiesz o tym Pawłowi.
- Chcesz mu zrobić niespodziankę?
- Powiedziałam ci tylko, że się waham co do ślubu. Nie jestem pewna, czy chcę się wiązać, jakimś węzłem małżeńskim. Nie przeinaczaj moich słów na swoją modłę. I jeszcze jedno - podniosła palec wskazujący do góry - rzeczywiście za tobą nie przepadam.
Szła wyprostowana. Przed siebie. Ostrożnie stawiała kroki, żeby przypadkiem nie skręcić sobie kostki na nierównej powierzchni. Wygrała! Pierdolona suka. Może i jestem najlepszym przyjacielem Pawła, ale mam zbyt miękkie serce i nie lubię dostarczać złych wiadomości. Wygrała picza.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Epizod 23.

Smok zagwizdał, a zaraz potem buchnął ogniem w niebo. Powietrze wokół niego zadrżało - efekt gorącego beknięcia. Stał dumnie na skale z rozwartą paszczą skierowaną groźnie ku sunącym leniwie obłokom. Pozbawiony skrzydeł raczej nie mógł się wznieść zbyt wysoko. Nie mógł również wykonać ruszyć się z miejsca. Przytwierdzony do głazu na wieczność, bez możliwości ułaskawienia. Gdyby teraz zjawił się Dratewka, chłopczyk z polskiej wsi, nie musiałby silić się na podstęp z owieczką.
Rozmyślając o chłopaczynie ze wsi, bohaterze krakowskiej legendy, oparłem się o skałę, na której dumnie prężyła się bestia. Już niegroźna, raczej jej marna imitacja, ze starości pogwizdująca zanim pierdnie ogniem w niebo. Patrzyłem na przechodzących turystów. Dzieciaki kwiczały z radości, pstrykając sobie fotki, pokazując palcami dragona. Wywoływał u nich zachwyt. Ta wszędobylska stonka rozpleniła się wokół Smoczej Jamy, niczym jakaś zaraza. Rany, pomyślałem zdziwiony, czy ja też tak szalałem, kiedy zobaczyłem go pod Wawelem, będąc tutaj pierwszy raz w życiu? Za cholerę nie potrafiłem sobie przypomnieć. Jedna z pań nauczycielek, próbując przekrzyczeć grupę bachorów z innej grupy, opowiadała znaną mi z dzieciństwa legendę. Znowu usłyszałem to imię - Dratewka. Jezu, jak można było dziecko nazwać Dratewką? Ludzie we wsi musieli mieć z niego polew.
Ktoś pociągnął mnie za spodnie. Mały szkrab stał i patrzył na mnie wielkimi, jak pięciozłotówki oczami. Wskazał palcem nieśmiało na smoka. Zerknąłem na potwora. Myślałem, że się ruszył, czy coś, i dlatego wywołał taki szok u dzieciaka. Wiedziałem tylko, że lada moment może zagwizdać.
- Nie ucieknie, spokojnie - palnąłem bez przekonania. Nie wiedziałem przecież czego może on chcieć, ale pasowało coś powiedzieć. - I nie jest groźny.
- Podsadź mnie - wskazał palcem.
Jeszcze czego! Ledwo ja mogłem się tam wspiąć. Ja - młody, pełen wigoru trzydziestoletni facet. A tu mam dzieciaka podnosić.
- Zapomnij, koleżko. Poproś rodziców.
- Ale ja chcę go dotknąć! - rzekł mały uparciuch.
- Ale go nie dotkniesz - odparowałem.
Zacisnął usta ze złości. Ściągnął brwi. No jeszcze brakuje tego, że zacznie mi tutaj beczeć na całe gardło. Ktoś pomyśli, że sprałem bachora. Wezmą mnie za ojca, który twardą ręką wychowuje dziecko. Co to, to nie!, pomyślałem.
- Smaruj do rodziców - dodałem.
- A wiesz, że on latał? - wskazał palcem na metalową imitację baśniowego stwora.
- Jasne. Z tym kamieniem i bez skrzydeł. Zasuwał tak po niebie, jak rakieta.
- Mama mówi, że on latał - tupnął ze złości pulchną nogą. - A mama wie lepiej od ciebie.
- Nie może być inaczej.
- Gerwazy! - krzyknęła jakaś kobieta. Obok mnie natychmiast zmaterializowała się jego mama. Chwyciła go za rękę. - Ile razy ci mówiłam, żebyś się nie oddalał. Przepraszam pana bardzo za Gerwazego. Mam nadzieję, że nie był natrętny.
Spojrzałem z góry na... Gerwazego. Gerwazego, kurde! Ja pitolę, matka musi być szaloną polonistką, mającą fioła na punkcie "Pana Tadeusza". Pewnie każdego ranka, zamiast pacierza odmawia inwokację. Machnąłem ręką, z trudem powstrzymując się przed parsknięciem. Na całe szczęście szybko się oddalili. Kurdupel jeszcze krzyczał, że mu bajki opowiadałem o smoku, czy coś w tym stylu.
- Cześć. Sorki za spóźnienie.
Z lewej strony przystanęła młoda, zgrabna laska. Bez skrępowania zmierzyłem ją z dołu do góry. Kilkucentymetrowe szpilki wbijały się w rozgrzany asfalt - to cud, że jeszcze buta nie zgubiła - długie, zgrabne nogi kończące się zwiewną letnią sukienką, sięgającą do połowy ud. Silniejszy powiew wiatru i stringi na wierzchu, przemknęło mi przez myśl. Ramiona odsłonięte, duży dekolt, ukazujący świeżą opaleniznę. A do tego długie, kasztanowe włosy, lekko pofalowane, pozostawione w artystycznym nieładzie. Do tego mała torebeczka, zapewne mieszcząca w sobie wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Oto Gosia, obecnie narzeczona Pawła, za cztery tygodnie jego przyszła żona.