wtorek, 12 listopada 2013

Epizod 87.

O Arturze...
Wróć! Co ja też opowiadam za bzdury? Przecież to nie jest Artur. Jeszcze raz.
O Krzysztofie dowiedziałem się...
Stop! Wróć! Jaki Krzysztof? Nie znałem żadnego człowieka o imieniu Krzysztof. Ten facet, którego miałem na myśli znałem, jako Artura. I tak też do niego się zwracałem.
Okej, jeszcze raz.
O chłopaku, znanym mi pod jako Artur, który na boku używał swojego prawdziwego imienia - Krzysztof, dowiedziałem się jeszcze wielu fascynujących informacji. Za czasów, gdy jeszcze się nie znaliśmy, czatował na portalach z kolesiami, a spotykając się z nimi, wprowadzał nową postać - Artura. Studiując materiały dostarczone mi przez Przemka, próbowałem zrozumieć jego myślenie. Czym mógł się kierować, by używać wymyślonego nazwiska? Bał się, że ktoś może skojarzyć, że jest gejem? Całkiem prawdopodobne. Ale przecież nawet w miejscu publicznym darzył mnie dużą dawką sympatii. Okazywał mi swoje uczucia wiele razy, rzucając mi się na szyję, czy łapiąc za rękę. Jakoś się z tym nie krępował. Dlaczego więc poznałem go, jako Artura, a nie Krzysztofa? Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy, by go wytłumaczyć.
Od momentu, kiedy Przemek przekazał mi te rewelacyjne wieści o moim byłym, minęło kilka dni. Nie, nie potrafiłem tak po prostu wymazać tych informacji z pamięci. Nawet teraz siedząc w restauracji na krakowskim Rynku, mając przed sobą oświetlone Sukiennice, myśli wciąż krążyły wokół Artura; czy tam Krzysztofa. Jak zwał tego gościa, tak zwał. Mieszkałem z nim, spędzaliśmy razem prawie każdą chwilę, byliśmy ze sobą dwa lata, a mimo to miałem wrażenie, że tak naprawdę wcale go nie znałem.


Przez pierwsze minuty spotkania, trajkotałem mojemu rozmówcy o Arturze, jak jakiś głupi napaleniec. Wreszcie do kontrataku przystąpił rozsądek, więc urwałem opowieść o jego kłamstwach i zdradach. W porę, bo akurat rozdzwoniła się komórka. Karol. Rzadko kiedy telefonował do mnie po dwudziestej drugiej, no chyba że szliśmy na imprezę albo do knajpy na drinka. Odczekałem jeszcze chwilę, w końcu przeciągnąłem zieloną słuchawkę po ekranie smartfona.
- Słucham cię. - Mój głos nawet dla mnie zabrzmiał bardzo poważnie.
- Cześć - przywitał się smutno. Aha, czyli ma doła. - Co u ciebie?
- W porządku, daję sobie radę.
- Miałem wątpliwości, czy dobrze robię, że do ciebie dzwonię. Nie sądziłem, że odbierzesz. No wiesz... Po tym incydencie z Oskarem przestałeś się odzywać i wyjechałeś do Wawy.
- Wyjechałem z innego powodu - wzruszyłem ramionami. - Ale dzwonisz, bo pewnie coś się stało, mam rację? - Cisza w słuchawce. - Po głosie rozpoznaję. Masz taki, jakby ci ktoś rybki z akwarium ukradł.
Próbowałem być zabawny, ale chyba żart się nie udał. Kiepski. Zresztą moje żarty zawsze były nieudane. Karol nawet się nie postarał, by się zaśmiać.
- Nie mam do kogo się zwrócić, a... a muszę się komuś wygadać.
- I padło na mnie - odparłem. - Co się zatem dzieje?
- Chodzi o Bartka - rzekł niepewnie. - Wiesz, że traktowałem go, jak przyjaciela...
Traktowałem? Czy ja dobrze słyszę? Karol użył czasu przeszłego. Traktował Bartka, jak przyjaciela. Czyżby coś uległo zmianie? Omiotłem wzrokiem Rynek, ale zrobiłem to bardziej w celu zwrócenia uwagi na reakcję gościa przy moim stoliku. Niewiele zauważyłem. Zatrzymałem spojrzenie na wieży ratuszowej, wyłaniającej się zza Sukiennic i swoim ostrym końcem wdzierająca się w czerń nocy.
- Co to znaczy? - zapytałem.
- Bartek wysłał mi zdjęcie Michała z Placu Zamkowego, kiedy był w Warszawie. A wiesz, że potem wracali razem do Krakowa? Jedynym pociągiem! Wiesz, poznałem ich ze sobą. I teraz tego żałuję.
- Bo? - Nie przypuszczałem, że będę musiał wyciągać od Karola szczegóły. Ale on tak lubił, kiedy coś zaczynał, nie kończył, osoba z którą rozmawiał musiała zadawać pytania. W ten sposób stwarzało się wrażenie, jakoby temat rozmowy jest bardzo interesujący. - Dlaczego żałujesz?
- Bo się razem dupczyli w pociągu, rozumiesz?
Szczena mi opadła. Prawie słyszałem, jak tłucze talerz, zrzuca sztućce, rozwala kieliszek z białym winem. Przez pierwsze dwie sekundy byłem w szoku. W następnej zachciało mi się śmiać, więc prychnąłem do telefonu, próbując stłumić śmiech.
- Śmiejesz się? - zapytał poirytowanym głosem Karol.
- Bo nie mogę w to uwierzyć - odparłem, starając się nad sobą zapanować. - Bartek i Michał. Ty wiesz co mówisz? Zdajesz sobie tego sprawę? Czy może sobie jaja robisz?
- Nie żartuję - zaakcentował każde słowo Karol. - Przyznał się do tego. Czy to rozumiesz, Filip? Mój przyjaciel przyprawił mi rogi. Najpierw wysyła mi zdjęcie Michała z jakimś gostkiem z Wawy, a potem sam zabiera się za mojego faceta. Rozumiesz to? Bo ja zaczynam się gubić. Myślałem, że jest moim przyjacielem, a tu wywala taki numer.
- Nie sądziłem, że Bartek będzie zabawiał się z Michałem.
- Ja też nie.
- Może pogadaj z nim.
- Nie chcę go widzieć na oczy. Nie chcę go znać. Mam nadzieję, że nie będę musiał go oglądać więcej na oczy. Zawiodłem się na nim.
- Dasz sobie radę? - zapytałem.
- Postaram się. A kiedy się zobaczymy?
- Jak znajdę czas, to się spotkamy. Trzymaj się i uszy do góry. Ja muszę przetrawić tę informację, bo wprost nie mogę w to uwierzyć, co mi powiedziałeś.
- Ale to prawda. Na razie.
Wpatrywałem się w ekran smartfona i oswajałem się z wiadomością, którą dostarczył mi Karol. Bartek pieprzył się z Michałem w pociągu? Bartek. Ten Bartek, którego znam. Ten zakochany po uszy w Karolu, który nie mógł patrzeć, jak jego platoniczna miłość marnuje sobie życie przy boku Michała. A potem sam zabiera się za niego. W jakim celu? Czemu to miało służyć? Aż taką miał chcicę, że chwycił się Michała? Faceta Karola? No nie, to się w głowie nie mieści.
- Karol dzwonił? - odezwała się po chwili osoba, siedząca ze mną przy stoliku.
- Tak. - Nie odrywałem wzroku od wyświetlacza. - I przekazał mi całkiem dziwne informacje.
- Że Bartek zabawia się... - zrobił pauzę dla lepszego efektu.
- Z tobą - dokończyłem za niego.
Odłożyłem telefon i przyjrzałem się Michałowi. Siedział po drugiej stronie z kpiącym uśmiechem na ustach, pewny siebie, jak zawsze, odkąd go znałem.
- Jaką trzeba być żmiją, żeby sączyć tyle jadu i postąpić tak, jak ty? - zapytałem.
- Mówisz o Bartku, czy o mnie? - zaśmiał się ironicznie.
- A jak myślisz? Pewnie, że o tobie. Michał, jesteś podłą żmiją i dobrze o tym wiesz. Zdajesz sobie sprawę, że niszczysz ludzi?
- Sami siebie niszczą, skoro nie potrafią korzystać z życia na całego, tylko biorą wszystko zbyt dosłownie - rzekł na swoje usprawiedliwienie Michał.
- Wiedziałem, że będą z tego same kłopoty, kiedy nakryłem ciebie i Karola w kiblu w Galerii Krakowskiej. Po prostu to wiedziałem. Przecież tam, gdzie jesteś ty, zawsze jest zamieszanie.
- A mimo to nic nie powiedziałeś Karolowi, że mnie znasz. Zatrzymałeś to dla siebie.
- Wyszła inna sprawa, wybacz - przyłożyłem rękę do piersi. Zrobiłem ten teatralny gest, by wzbudzić nim wściekłość. Ale to był Michał. Jego doprowadzić do wściekłości nie było łatwo.
- Co teraz zrobisz? Polecisz do Karola i powiesz mu, że mnie znasz? Wkopiesz się tylko. I tak, jak Bartek, stracisz przyjaciela.
- Nie twój interes, Michałku, co zrobię.
Upiłem łyk wina, nie spuszczając wzroku z Michała. Przed oczami pojawiły się obrazy sprzed kilku lat, kiedy go poznałem. Było to jeszcze na studiach, bodajże z tego co pamiętam, to na moim piątym roku. Pisałem pracę magisterską. Wprowadził się do akademika w środku roku akademickiego. Już wtedy zgrywał pewniaka, pięknisia, za którym obracały się laski. A ten otwarcie mówił, że woli bzykać chłopców. Towarzyskie panienki uśmiały się z tej wiadomości przednio. Cóż, nie uwierzyły mu, że taki młody i przystojny bóg może być gejem. A jednak sprawa nabrała głośnego obrotu, kiedy Michał zgwałcił na klatce schodowej pierwszoroczniaka. Nakryła ich jedna z jego adoratorek. Wieść lotem błyskawicy rozniosła się po całym akademiku. Mimo tego incydentu, napalone panienki wciąż kręciły się wokół chłopaka, próbując go jeszcze zaciągnąć do łóżka. Robiły to z nadzieją, że może akurat którejś uda się zmienić jego orientację.
Kiedy Karol opowiadał mi, że poznał Michała, nie pomyślałem nawet, że mógł spotkać tego Michała. Czysta zbieżność imion. Przyznał wówczas, że jego Michał ma dwadzieścia cztery lata, czyli że jeszcze jest studentem. I to mnie zmyliło. Dopiero kiedy nakryłem ich w toalecie w Galerii Krakowskiej, gdzie rżnęli się w kabinie, zrozumiałem o jakiego Michała chodzi. Ten Michał miał dwadzieścia siedem lat, a że młodo wyglądał, to z łatwością mógł sobie odjąć lata. Tamto spotkanie wywołało we mnie szok, ale postanowiłem się nie wtrącać. Potem sprawa przycichła, bo na tapecie pojawił się temat Oskara i Artura.
- Ze względu na stare dobre czasy możesz mi zdradzić co zamierzasz - zaśmiał się Michał.
- Daruj sobie - wyszczerzyłem zęby w sztucznym uśmiechu.
- No dobra. - Chwycił kieliszek, zamieszał parę razy jego zawartością, po czym przechylił go i wlał sobie do gardła. - Wiesz, Filip - odezwał się, odstawiając pusty kieliszek - zastanawiałem się, kiedy Karol do ciebie zadzwoni i cię poinformuje, jakim jestem skurwysynem. Upewnisz się tylko, że nic się nie zmieniłem.
- Tacy jak ty, nigdy się nie zmieniają - zauważyłem. - Ale... podziwiam cię. Za twoje podejście do życia, sposób, w jaki je traktujesz, jak żyjesz na pełnym luzie, jak wychodzisz z każdej opresji cało. Nie angażujesz się. Jesteś takim skurwysyńsko zimnym draniem. Podziwiam cię, ale to wcale nie oznacza, żebyś sobie nie myślał, że popieram twoje metody.
- Gdybyś postępował tak, jak ja - Michał wycelował palcem wskazującym we mnie - nie dołowałbyś się teraz przez jakiegoś Artura, który cię zostawił. Gdybyś był mądrzejszy, ty byś go wyruchał. A tak jesteś w czarnej dupie ze swoimi uczuciami.
- Na szczęście tym się różnimy, że ja mam uczucia.
- I co z tego? - wzruszył ramionami. - Popatrz na mnie i popatrz na siebie. Co widzisz? Bo ja widzę wrak człowieka - omiótł mnie kpiącym spojrzeniem - który rozpamiętuje przeszłość, do tego pewnie ryczy do poduszki za Arturem, czy za innym pedałem i nie potrafi się podnieść do pionu i zacząć normalnie żyć. A teraz spójrz na mnie. Płaczę? Chodzę, jak zbity pies? Nie. A dlaczego? Bo trzymam uczucia i emocje na wodzy. Nie angażuję się, jak głupi nastolatek w związki. Musisz pamiętać, że ludzie są niczym hieny. Rozerwą cię na strzępy, jeśli okażesz się słaby.
- Życzę ci, żeby to ciebie kiedyś ktoś wychujał. Żebyś się zaangażował. Żebyś się zapomniał przypadkiem. Chciałbym wtedy przy tym być i patrzeć, jak się zachowujesz i co czujesz.
- Zapomnij, bo to nigdy nie nastąpi. - Uśmiech pojawił się na twarzy Michała.
Kręciłem z niedowierzaniem głową. Słuchałem jego słów, wybałuszając przy tym oczy. Mówił takie bzdury, plótł takie farmazony, a mimo to zawsze mu się udawało. I szedł przez życie niczym burza.
- Czemu ja się z tobą zadaję? - zapytałem.
- Bo mnie podziwiasz? - odparł pytająco. - Bo chciałbyś być taki, jak ja? - Przysunął się bliżej do stolika. - Przyznaj, Filip. Trafiłem w sedno, prawda?
Nie odpowiedziałem. Z jednej strony - tak, chciałem być taki, jak Michał. Ale kij ma dwa końce i do szczęścia brakowało mi też odwzajemnionych uczuć. Tyle że sam nie potrafiłem sobie poradzić. Z natłokiem myśli, na dodatek dołujących, z przeszłością wracającą do mnie niczym bumerang i bieżącymi sprawami, które wciąż się nawarstwiały.
Mimo mojego milczenia Michał zaśmiał się cicho. Przejrzał mnie.
- Nie musisz nic mówić. Zachowam ten sekret dla siebie. - Nachylił się w moją stronę. - Tak, jak i naszą małą, słodką tajemnicę. Nikt się o tym nie dowie, nawet twoi przyjaciele.
Spoważniałem natychmiast i energicznie wyprostowałem się w fotelu. Serce zabiło mocniej. Wydarzenie sprzed lat wychyliło się z mgły i wolno zmierzało w kierunku mojej świadomości. Bolesne i przykre wspomnienie, wręcz skaza, o której lepiej byłoby zapomnieć. Michał uwielbiał katować ludzi taki docinkami. I robił to zawsze perfidnie. Miał na mnie haka, ale obiecał, że go nie użyje. Tylko co chciał w zamian?
- A więc to po to chciałeś się ze mną spotkać. - Wreszcie zrozumiałem prawdziwy sens zaproszenia. - Żeby mi przypomnieć o przeszłości.
- Oj, Filip znowu panikujesz - machnął ręką. - Niepotrzebnie. Chcę tylko... małej przysługi.
- Jakiej? - wycedziłem słowo.
- To naprawdę mała przysługa. Taka ociupinka - wskazał palcami. - Dla ciebie to pestka.
- Jaka? - powtórzyłem.
- Wiesz, że nie lubię być samotny. - Zmrużyłem oczy. Do czego on zmierza? - Przekonaj Karola, żeby do mnie wrócił. Wiem, że potrafisz to zrobić.
Tak, przeszłość uwielbiała do mnie wracać niczym bumerang.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Epizod 86. Rozterki Bartka /3/.

Pierwszy atak Karola zaczął się tuż przed dziesiątą. Szturmował przez Messengera na Facebooku. Zasypywał mnie wiadomościami pełnymi literówek. Klepał widocznie szybko w klawiaturę, nie patrząc na ekran, nie kontrolując tego co pisze i jakie gafy popełnia. Nie nadążałem z odczytywaniem. Zalewał komunikator wyrazami, które tworzyły historię, jak to Michał nalegał na spotkanie, oczywiście Karol domyślał się, że tamtemu zależy na seksie i na niczym więcej. Więc wymigiwał się nawałem pracy, wiecznie rosnącą stertą papierów i brakiem wolnego czasu.
Nie odpisałem ani na jedną wiadomość. Bo co miałem mu odpisać? Że dobrze robi, trzymając go na dystans? Że unika z nim spotkania? W głowie przecież ciągle miałem incydent z obskurnej, przesiąkniętej smrodem toalety w wagonie w pociągu relacji Warszawa Wschodnia - Kraków Główny. Nawiasem mówiąc bardzo przyjemnej. Ale... Szybko otrząsnąłem się z tych zbereźnych myśli. Zdradziłem najlepszego przyjaciela. Będąc szaleńczo zakochanym w Karolu, ale oczywiście bez wzajemności, doprawiłem mu rogi, pozwalając zrobić sobie dobrze. I to komu? Jego chłopakowi. Myślałem, jak z tego wyjść bez szwanku, nie tracąc zaufania przyjaciela. Przyznanie się do prawdy nie wchodziło w grę. To definitywnie zakończyłoby naszą znajomość. Kłamstwo? Wyparcie się? Skąd, to też niemożliwe. Byłem w kropce i nie miałem pomysłu, jak pozbyć się Michała, a jednocześnie nie skrzywdzić Karola.
Drugi szturm nastąpił parę minut po dwunastej. Tym razem zapipczał komunikator na Hangoutsie, dawnym Gtalku. O Jezusie, jęknąłem w myślach. Karol przesłał parę wiadomości, nadal nie uzyskując ode mnie odpowiedzi. W końcu napisał, że przecież widzi, że jestem dostępny, więc muszę dać mu jakiś znak życia. Odpisałem tylko, że odezwę się za moment, bo mam teraz do załatwienia ważną sprawę.
W końcu Karol nie wytrzymał i zadzwonił koło piętnastej. Dzwonił raz. Potem po pięciu minutach komórka zadzwoniła drugi raz.
- Odbierzesz w końcu? - Agata, sąsiadka dzieląca ze mną biuro, podniosła głowę znad sterty dokumentów, która w ciągu dnia zmniejszyła się zaledwie o centymetr.
Co ją obchodzi mój telefon? Nasze spojrzenia spotkały się. Wyczekiwała mojej reakcji, patrząc zza okularów. Widziałem na jej twarzy żałość, pomieszaną z gniewem. Nieoficjalnie po dziale krążyły plotki o jej platonicznej miłości. Dziewczyna zabujała się we mnie i na każdy dźwięk dzwonka, reagowała agresywnie. Potem okazywało się, że laska niepotrzebnie się stresuje, bo kiedy padało męskie imię, spod okna wydobywał się świst wypuszczanego z ulgą powietrza. Wiele razy zdarzyło się już, że okazywała nadmiar swojej sympatii w moją stronę, ale skutecznie ją ignorowałem. Chciałem być przy tym miły, by jej nie skrzywdzić słowami, ale dawałem wyraźne sygnały, że nie jestem zainteresowany opcją wiązania się z nią. Każda inna na jej miejscu domyśliłaby się, że coś jest ze mną nie tak, skoro nie zwracam na nią uwagi, wręcz traktuję, jak powietrze. Ale nie Agata. Ona sądziła, że jestem najzwyczajniej w świecie nieśmiały. I pewnie przyjęła sobie za cel wyprowadzenie mnie z tej nieśmiałości.
- Cześć - przyjąłem połączenie, by nie patrzeć na koleżankę. Zapatrzyłem się w monitor, pełen tabelek i licznych wykresów z przypisami. Miałem jednak świadomość, że Agata wytęża słuch, a ucho rozrasta się do olbrzymich rozmiarów, by nie uronić ani jednego słowa. - Co tam u ciebie?
Mój głos niespodziewanie zadrżał. Obawiałem się najgorszego - spotkania z Karolem. Jeśli będzie chciał się spotkać, a ja się zgodzę i do terminu spotkania nic nie wymyślę sensownego, by naturalnie się zachowywać w jego obecności, to jestem w czarnej dupie. Od razu wyczai, że mam coś na sumieniu i unikam drażliwego tematu. A Karol na pewno zechce rozgadać się o Michałku. O Jezusie!
- Cześć. Sorry, że przeszkadzam i tak wydzwaniam do ciebie. - Dało się wyczuć, że Karol balansuje na krawędzi użalania się nad sobą i eksplozji agresji. - Potrzebuję z kimś pogadać. Kiedy wracasz do Krakowa z tej Warszawy?
Rzeczywiście z Karolem było nie najlepiej, skoro nie wyczaił, że pisał do mnie na służbowym Hangoutsie. A tego komunikatora używam tylko w pracy.
- Wróciłem w zeszłym tygodniu?
- W zeszłym? - usłyszałem zaskoczony głos Karola. - To dlaczego nie zadzwoniłeś, że już jesteś w Krakowie, co?
Bo nie chciałem się z tobą spotkać? Taka odpowiedź samoistnie cisnęła się na usta. Nie, nie mogłem tego powiedzieć. To by zniszczyło i tak podłamaną psychikę.
- Nie miałem czasu - wzruszyłem ramionami. Musiałem jak najszybciej zakończyć temat mojego milczenia. - Coś się stało?
O siet!, przemknęło mi przez głowę. Pytając Karola: "Co się stało?", pogrążyłem się jeszcze bardziej. Przecież on zacznie teraz gadać o Michale.
- Muszę z kimś pogadać. Spotkaj się ze mną dzisiaj.
- Dzisiaj? - O rany, to szybko. A ja wciąż nie mam pomysłu, jak pocieszyć Karola i nie wypaplać, że Michał zrobił mi dobrze.
- Proszę cię, Bartek - nalegał - chociaż na chwilę. Muszę z kimś o tym pogadać.
- O czym? - zapytałem. Co on wykombinował?
- No o Michale. Musisz mi coś poradzić. Tylko ty go znasz. Poznałeś go osobiście. Pogadałbym też z Filipem, ale on go nie zna. Widział go tylko przypadkiem. Zresztą Filip przepadł gdzieś bez wieści. Zaszył się w tej Warszawie, zniknął, a poza tym chyba nadal ma żal o Oskara.
No tak, Fifi. Ten, który wystawia przyjaciół, ignoruje telefony i nie jest świadomy, że ludzie mogą się o niego martwić. I ma to w dupie!
O Jezu... Zamyśliłem się na chwilę. Właśnie dotarło do mnie, że przecież ja nie jestem dużo lepszy od niego. Zachowałem się podobnie względem Karola. A nawet zrobiłem coś gorszego. W jakiś sposób zdradziłem Karola. Nie jestem dużo lepszy od Filipa, a mimo to puściłem focha i wyjechałem bez pożegnania z Warszawy. Nawet nie postarałem się zrozumieć jego zachowania.
- To co, Bartek, możemy się spotkać?
A czy miałem inny wybór? Sumienie i tak dało mi teraz po dupie. Cokolwiek się stanie na tym spotkaniu, byłem winien Karolowi rozmowę. To przecież nadal mój przyjaciel od kilku dobrych lat.
- Tak, o osiemnastej.
- Super. Widzimy się w Młynku na Wolnicy.
- Okej. Do zobaczenia.
Rozłączyłem się. Wpatrywałem się jeszcze dłuższą chwilę w wyświetlacz, aż zdjęcia Karola zniknęło. On chciał pogadać. Ze mną? A ja? Po popełnieniu takiej zbrodni, też chciałem się komuś wyżalić, ale nie miałem żadnej bliskiej osoby, która by mnie wysłuchała. Zazwyczaj, ci znajomi, to dosyć pobłażliwie traktowali moje problemy. Pobłażliwie i z żartem. Ale dla mnie one nie były śmieszne. Tylko Filip traktował te sprawy poważnie. Tyle że Filip siedzi w Warszawie i rżnie Roberta. Albo daje mu dupy. To zależy, jak lubi. Muszę sobie kogoś znaleźć na takie pogaduchy. Filipa nie będzie zawsze pod ręką. O, już go nie ma.
- Z kim się umówiłeś? - Agata klikała palcami w klawiaturę, marszcząc czoło przed ekranem komputera. Udawała niezainteresowaną, choć ciekawość ją zżerała. - Jakaś dziewczyna?
Może by tak coming out przed nią zrobić. Nie byłby to wcale taki zły pomysł. Najwyżej by mnie znienawidziła, ale przynajmniej wiedziałaby, że nie musi się łudzić i snuć planów, jak zdobyć moje skamieniałe i nieczułe serce.
- Z kolegą.
I znowu usłyszałem ten charakterystyczny świst wypuszczanego z ulgą powietrza.
Punktualnie o osiemnastej usiadłem przy stoliku, przy którym czekał już Karol. Zjawił się dziesięć minut przed czasem, więc zamówił drinka i wolno go sączył. Wyglądał jakoś dziwnie. Blady, czymś zestresowany, pełen obaw, z niepokojem się rozglądający wokoło.
- Coś się stało? - zapytałem podejrzliwie.
Wzruszył ramionami, popijając napój. Może się domyśla, co zaszło w pociągu między mną a Michałem. Albo sam Michał mu o tym powiedział. Moja wyobraźnia ruszyła pełną parę, podstawiając wizję tego, co mogło się zdarzyć. Na pewno coś się stało. Karol nigdy do tej pory nie był tak wystraszony, jak dzisiaj.
- Nie nic - odparł szybko. - Nie potrafię tylko wciąż oswoić się z myślą, że Michał mnie oszukał.
- Być może oszukiwał cię dużo wcześniej - rzekłem, nie patrząc mu w oczy. - Co zamówiłeś dobrego? - Musiałem zmienić temat, choć i tak kwestię Michała musieliśmy omówić. W końcu po to tutaj przyszedłem.
- Wódkę z colą. Chcesz to samo?
- Spokojnie zamówię sobie coś innego. Nie mam ochoty na alkohol.
- Ja muszę się napić. A piję już od tygodnia. Co wieczór otwieram butelkę wina i wypijam ją do końca.
To niedługo będziesz musiał opróżniać dwie, przemknęło mi przez głowę. Zbeształem siebie w myślach. Co ja robię? Mam go przecież wspierać. Facet jest w dołku. Ale podświadomość snuła dalej temat, że będzie w jeszcze gorszym dole, kiedy wyjdzie na jaw moja przygoda z Michałem.
- Przestań! - powiedziałem jednak głośno. - Wpadniesz w alkoholizm.
- A co mam robić? - odbił piłeczkę. - Michał mnie okłamał, rozumiesz? Twierdził, że jedzie do rodziców. Na to pierdolone Podkarpacie. A gdzie pojechał? Do Warszawy. Kurwa! - zacisnął ze złości pięści.
- Karol, nie możesz się nim przejmować. - Próbowałem załagodzić sprawę i podnieść go odrobinę na duchu. - Wiesz przynajmniej, że powinieneś... - ZERWAĆ!, krzyczało moje sumienie - coś z tym zrobić.
- Wiem, przytaknął.
Wyprostował się energicznie i spojrzał w kierunku ulicy Bożego Ciała. Wziął głęboki wdech. Miałem wrażenie, że kogoś tam dostrzegł, bo nagle zesztywniał. Skóra na czole zmarszczyła się, zacisnął zęby.
- Dlatego pomyślałem, że wezmę cię na świadka. Będzie łatwiej.
Na świadka? O co chodzi, do licha?
- Nie rozumiem...
- Zaproponowałem spotkanie również Michałowi. Pokażę mu zdjęcie, które tam zrobiłeś, a ty potwierdzisz, że go widziałeś w Warszawie. Nie wymyśli już żadnej historyjki.
- Że co takiego? - Krew mi odpłynęła z twarzy. Ale z Karola podła świnia. Wpakował mnie w takie tarapaty. - Nie, to nie wchodzi w grę - zacząłem szybko mamrotać. - To głupi, wręcz żałosny pomysł. Odwołaj to szybko. Zadzwoń i odwołaj spotkanie!
- Za późno. Już tu idzie.
- Co?
Byłem przerażony. Pieprzyć to, że Karol zauważył moją reakcję i może się czegoś domyślić. Postawił mnie w niezręcznej sytuacji. Gdyby dał mi znać wcześniej, nigdy bym się tu nie zjawił. Musiałem stąd spieprzać. Przecież teraz wszystko się wyda.
Zerwałem się z krzesła, ale zderzyłem się prawie z Michałem.
- Cześć! - Białe zęby błysnęły w słońcu. - Co za spotkanie? Karol nic nie wspominał, że tutaj będziesz.
- Mnie też nic nie wspomniał o twojej obecności - bąknąłem niepewnie pod nosem.
Michał zerknął na mnie, starając się zrozumieć ten dziwny zbieg okoliczności. Wolno przeniósł wzrok na Karola. Automatycznie z jego twarzy zniknęła podejrzliwość.
- Wreszcie zechciałeś się spotkać.
Wyciągnął rękę, by przywitać się ze swoim chłopakiem. Karol zignorował gest.
- Siadaj - rzekł oschle.
- Okej, coś jest na rzeczy - Michał powiedział to spokojnym tonem, zerkając na mnie. Pewnie już podejrzewał, że coś wypaplałem. Po takim powitaniu przez Karola, nie jeden wiedziałby, że coś się święci. - Powiesz mi łaskawie o co chodzi? - Usadowił się obok.
- To może ja wam nie będę przeszkadzał... - Musiałem się zmyć.
- Ty też siadaj! - rozkazał Karol.
- Uuu, też coś przeskrobałeś? - zakpił Michał.
Czyli to koniec. W tym pięknym miejscu przy Placu Wolnica, w ogródku Cafe Młynek, przyjaźń między mną a Karolem po tylu latach ulegnie nagłemu rozpadowi. Nie znałem Michała, ale łatwo można było się domyślić, że na pewno nie zatrzyma dla siebie incydentu z pociągu. Z takim przeświadczeniem usiadłem ponownie przy stoliku.
- To będzie krótka rozmowa - zaczął Karol.
- Domyślam się - padła odpowiedź Michała. - Słucham cię.
Zacząłem odliczać upływające sekundy.
- Wiem, że nie byłeś u rodziców w zeszłym tygodniu, tylko pojechałeś do Warszawy. Okłamałeś mnie i zrobiłeś to w perfidny sposób. Wiem o wszystkim.
Michał skrzyżował dłonie na piersi. Jakoś nie przejął się zbytnio tą wiadomością. Nie zrobiła na nim żadnego wrażenia, typu wytrzeszcz oczu z niedowierzania, głośnie przełknięcie śliny, że się wydało. Nie, nic z tych rzeczy. Nadal był pewnym siebie cwaniaczkiem. Kpiący uśmieszek rozgościł się na ustach.
- Wiesz o wszystkim. - Michał powtórzył słowa Karola. - Czyli o czym?
- Że pojechałeś do Warszawy - wybuchnął Karol. - Spotykasz się tam z jakimś gościem. Bartek cię widział na Placu Zamkowym z tamtym facetem. Zrobił wam zdjęcie.
- O, a to ci niespodzianka. - Ton głosu Michała zaczynał mnie wkurwiać. - Tego nie powiedziałeś, że cyknąłeś mi fotkę. Czemu nic nie powiedziałeś? Dobrze się chociaż prezentowałem?
Ten jego bezczelny żart! Nic sobie nie robił z powagi sytuacji. Gówno go obchodziło, co się stanie z przyjaźnią między mną a Karolem.
- Chwileczkę - Karol wyraźnie się pogubił. - Co jest grane? O co chodzi?
- Nie powiedziałeś o tym swojemu najlepszemu przyjacielowi? - obruszył się Michał. - Bartek, weź przestań. Jak już o czymś opowiadasz, mów do końca. Zrobiłeś mi zdjęcie na Placu Zamkowym, jak paraduję z kolesiem, wysyłasz je Karolowi, a nie wspominasz mu o naszej rozkosznej podróży powrotnej do Krakowa?
- Zamilcz! - syknąłem przez zęby.
- O co chodzi? - dopytywał Karol. - Jaka podróż? Bartek...
Spojrzenie przyjaciela strasznie mi ciążyło.
- Czemu nie powiedziałeś Karolowi o naszej podróży? On nic nie wie, co zaszło?
- Zamknij się i nie pogarszaj sytuacji.
- Oj, Bartku! - Michał machnął ręką. - Przecież pamiętasz naszą umowę, prawda? To miał być nasz sekret. Ale skoro wypaplałeś o tym, że byłem w Warszawie i jeszcze podesłałeś Karolowi fotkę, jak pewnie liżę się z Maćkiem, to muszę powiedzieć co się wydarzyło w pociągu.
- Na Boga! - Karol uniósł ręce do nieba. - Powiedzcie mi wreszcie, co jest grane.
- Widzisz, Karolku. Wracaliśmy razem z Warszawy. To miała być nasza tajemnica, ale w tym wypadku... - wzruszył ramionami. - Bartuś był tak spragniony seksu, że aż wił się z rozkoszy w toalecie, kiedy robiłem mu dobrze ręką. Nawiasem mówiąc, ma całkiem fajnego ptaszka.
I to by było na tyle. Mój świat pękał. Rozpadał się na drobne kawałki. Wieloletnia przyjaźń z Karolem ulegała destrukcji i nic nie było w stanie ją uratować. Wszystko przez Michała. Gdyby Karol go nie poznał... Gdyby zauważył, że darzę go uczuciem innym niż przyjaźń... Ach, to gdybanie. Wszystko przepadło. Teraz to już nie będzie chciał mnie znać.
- To prawda?
Przerażający gardłowy głos dotarł do moich uszu. Choć wiedział, że to prawda, bo przecież zachowywałem się, aż nazbyt naturalnie i znał mnie dobrze, musiał się upewnić. A to bolało jeszcze bardziej. Bo musiałem potwierdzić i podpisać się pod zarzutami.
- Tak - skinąłem głową.
W oczach Karola pojawiły się łzy. Smutek i żal wylały się wraz z nimi i spłynęły po policzkach. Czułem się podle, jak świnia. Dałem się ponieść emocji i pozwolić sobie na odrobinę rozkoszy z Michałem, jeszcze wówczas chłopakiem mojego najlepszego przyjaciela. A ja go tak ohydnie potraktowałem. Nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie. Żadnych mocnych argumentów. Jak tu nawet się tłumaczyć? Nie, to nie wchodziło w grę. Spierdoliłem przyjaźń. Uczucie, które najbardziej sobie ceniłem.
- Jak mogłeś... Traktowałem cię, jak przyjaciela. A ty... Tak po prostu.
Zebrał swoje rzeczy. Krzesło odjechało gwałtownie do tyłu, kiedy wstawał i nie oglądając się za siebie podążył przez plac w kierunku przystanku tramwajowego.
Chciałem za nim biec, ale co by to dało? Co miałbym mu powiedzieć? Tłumaczyć się, że to Michał wszedł za mną do toalety? Nawet jeśli to ten fakt nie był żadną kartą przetargową na ocalenie przyjaźni. Nie potrafiłem zapanować nad emocjami, nad swoim popędem. Dałem się uwieść chwili. A Karol od dziś nie chce mnie znać. To by było na tyle.
- Przykro tak patrzeć, jak wieloletnia przyjaźń nagle się kończy - odezwał się Michał.
- Zamknij się - odparłem. - W ogóle jeszcze masz tu czelność siedzieć?
- Ja straciłem faceta, ty przyjaciela... Możemy sobie nawzajem pomóc. Zresztą wiesz... nic nie trwa wiecznie, jak się okazuje nawet przyjaźń. Bo przecież nie polecisz za nim i nie będziesz go błagał o przebaczenie. Karol nie chce cię widzieć na oczy.
- Jesteś perfidny - zauważyłem.
- Dzięki temu jeszcze normalnie egzystuję, bo się nie angażuję w uczucia. I tobie też dobrze radzę. Dobrze na tym wyjdziesz, zaufaj mi.
- Spadaj!
Michał podniósł się z krzesła. Położył dłonie na poręczy.
- Wiesz - odezwał się, mając na ustach ten swój słynny uśmieszek - gdybyś kiedyś chciał wyskoczyć na jakąś akcję, wejdź na znany nam portal i wklikaj w wyszukiwarce nick "ikno". Dogadamy się. Zresztą nie można dopuścić, by takie ciacho, jak ty się marnowało. No to się trzymaj.
Miałem ochotę go rozszarpać. Ale co by to dało? Michał nic sobie nie robił z uczuć. Dla niego liczył się tylko seks i czysta fizyczna przyjemność, a dla mnie świat się kończył, bo oto straciłem Karola. Nie tyle obiekt moich westchnień, co serdecznego przyjaciela.

piątek, 8 listopada 2013

Epizod 85.

Palce zastukały w ladę. Recepcjonistka uniosła głowę znad stery korespondencji, która jeszcze dzisiaj miała dotrzeć do odbiorców. Na twarzy pojawił się grymas, który natychmiast przeszedł w kpiący uśmieszek. No tak, niecodzienna wiadomość o tym, że jestem gejem obiegła wszystkie działy agencji, docierając do źródła i siedliska plotek, skąd szła dalej.
- Cześć! - przywitałem się, jak gdyby nigdy nic. - Dyr Maruś u siebie?
- Tak - odparła. - Po co przyszedłeś?
Sekretareczka się znalazła, która musi o wszystkim wiedzieć.
- A co cię to interesuje? - odparłem z uśmiechem. Tej piździe trzeba było utrzeć nosa. Nawet jak pracowałem w agencji, nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Tylko się znosiliśmy nawzajem. - Do dyra idę, nie do ciebie.
Zacisnęła wargi w wąską kreskę. Nie często ktoś jej tak odpowiadał. Przecież to pani recepcjonistka, która musi wyżej się ceni niż pozwala jej na to funkcja. Znając ją, odprowadziła mnie teraz wzrokiem do windy, wsadziła, zamknęła za mną, po czym chwyciła szybko za słuchawkę i wybrała numer do swej najlepszej psiapsióły. Nim dotrę do gabinetu Marka, wszyscy już będą wiedzieć, że przyszedł pedał. Będą musieli na mnie popatrzeć z oddali, rzucać ukradkowe spojrzenia, pokazywać sobie palcem, jakbym był jakimś kosmitą. A wszystko to w bezpiecznej odległości, żeby a nuż ich nie zarazić tą śmiertelną chorobą. Co za nieokrzesani i tępi ludzie pracują w tej agencji! W sumie - jaka firma, tacy pracownicy.
Nie myliłem się. Wiadomość, że Filip Niedziałkowski, "ten pedał, którego wylali za gwałt i pobicie", wszedł na teren agencji, rozeszła się lotem błyskawicy. Ach, byłem w centrum uwagi, niczym celebryta. To było co najmniej żenujące i niesmaczne. Jednak jak inaczej miałem sobie poradzić z homofobią, panującą w firmie? Tylko udawać, że mnie ta sytuacja śmieszy. Przeszedłem między boksami z uniesioną głową. Paru osobom, z którymi pracowałem powiedziałem w przelocie "cześć". Jedni odpowiedzieli, inni bąknęli coś pod nosem, pozostali udawali, że nie słyszą.
Zapukałem do drzwi dyrektora. I nie czekając na magiczne słowo "proszę", wszedłem do środka. Marek nie był wcale zdziwiony moją wizytą. Mimo że otwarcie pokazał, jakim to on jest homofobem, kiedy ostatnim razem rozmawialiśmy w tym gabinecie, to przynajmniej nie odstawiał takiej szopki, jak jego pracownicy. Za to można było mu dać plusa.
- Cześć - rzekłem spokojnie. Nie stresowałem się. Już nie miałem czym. I tak nic mi nie mógł zrobić. - Zapewne wiesz po co przyszedłem? Dałem Warszawie chyba wystarczająco dużo czasu na przesłanie dokumentów.
- Tak, już dotarły. Prezes Such osobiście je przywiózł.
Na dźwięk jego nazwiska drgnąłem. Wiadomo czemu. Był tutaj, z moimi papierami. Może chciał się ze mną spotkać. Chciałem, żeby tak było, ale moje wyobrażenia chyba mijały się z prawdą.
- Tutaj jest wszystko. - Marek wyjął teczkę z szuflady. - Oficjalne przeprosiny od głównego dyrektora z Warszawy oraz rekompensata finansowa za naruszenie twojego dobrego imienia. Dyrektor Bażyński czuje się w obowiązku zatrudnić cię w firmie na wyższym stanowisku z wyższą pensją...
Marek zawiesił głos. Przypatrywał mi się uważnie, jakby czekał na moją decyzję.
- Wcale się temu nie dziwię - odebrałem teczkę. - Zostałem niesłusznie oskarżony i zwolniony z pracy za coś, czego nie zrobiłem. Padłem ofiarą jego chorego na umyśle siostrzeńca, który chciał się zemścić. Tego się nawet spodziewałem, że mi zaproponuje powrót do pracy.
- To prawda - przytaknął Marek. - Dotarły do mnie informacje z Warszawy, jak skompromitowałeś Kamila na oczach wszystkich dyrektorów.
- Skompromitowałem? - zapytałem zaskoczony. - Ja bym tego tak nie określił. Walczyłem tylko o prawdę i o przywrócenie mi dobrego imienia. To agencja Ya-Ha mnie skompromitowała. Dlatego przyjmę tę podwójną rekompensatę finansową. - Wydawało się, jakby Marek odetchnął z ulgą. - W końcu wiem, że jestem tutaj niemile widziany. Kto by chciał pracować z gejem, prawda, Marku?
Nie był w stanie nic powiedzieć. Choć słowa cisnęły mu się do ust - zapewne te wulgarne - to jednak zdecydował się przemilczeć. Walczył z sobą, ale nie chciał zaznać kolejnej homofobicznej wpadki. Źle by się to na nim odbiło.
- Jesteś... solidnym pracownikiem - rzekł po dłuższej chwili milczenia.
- Pitu, pitu - odparłem z uśmiechem. - Dobrze wiem co sobie myślisz o mnie. Ale nie będę cię już dłużej męczył swoją osobą. Mam nadzieję - machnąłem teczką w powietrzu - że dałeś mi same pozytywne rekomendacje. Do widzenia.
- Do widzenia.
Opuściłem gabinet Marka. Odprowadzony ukradkowymi spojrzeniami pracowników, opuściłem z zadowoleniem agencję. Zmierzając przez parking w kierunku najbliższego przystanku, czułem ulgę, że już nie muszę tutaj przychodzić. Definitywnie zakończyłem współpracę z agencją reklamową Ya-Ha. Pora stanąć przed nowymi wyzwaniami.
Na trzydzieści minut przed dziewiętnastą byłem umówiony z Przemkiem w Szeptach. Przyszedł jak zwykle przed czasem. Siedział przy stoliku na zewnątrz knajpy, popijając zimne piwo. Najpierw pogadaliśmy o pierdołach. Opowiedziałem o pobycie w Warszawie, pośmialiśmy się z ekscesów, które miały tam miejsce, aż w końcu doszliśmy do sedna naszego spotkania. A mianowicie do Artura.
- Będąc w Warszawie, coś do mnie dotarło - mówiłem spokojnie, popijając piwo. - Nie ma co ukrywać, ale spieprzyłem swoje życie, a ostatnie miesiące są tego idealnym przykładem. Wiesz, Przemek, myślałem, że radzę sobie z odejściem Artura. Że sobie z tym poradziłem. Że jestem silny, że potrafiłem się podnieść z ziemi i ruszyć do przodu, kiedy ten tak nagle zniknął. Bo przecież nie dołowałem się. Nie płakałem po nocach... Zacząłem nowe życie, na nowym mieszkaniu. Ale pobyt w Warszawie uświadomił mi, że nie rozliczyłem się do końca z Arturem. Zagrzebałem wspomnienia o nim, przykryłem grubą warstwą bieżących spraw i wegetowałem. Tak, wegetowałem, bo nie potrafiłem sobie poradzić z własnym życiem.
- A dokładniej? - wtrącił Przemo.
- Po dwóch latach z Arturem, rozstaniu z nim, chciałem na siłę z kimś się związać. Teraz zdaję sobie sprawę, że chciałem być z kimkolwiek. Nie chciałem być sam. Ale nie umiałem, bo... Artur...
Zabrakło mi słów. Urywały się w gardle, nie przybierając werbalnej postaci. Znów poczułem się podle, przypominając sobie seksualne ekscesy w Warszawie i z Robertem, i z tym młodym kelnerzyną na szybko. Z jednej strony Robert tak strasznie mnie podniecał, że byłem gotów wyskoczyć z ubrań i baraszkować z nim w łóżku. A po drugiej stronie barykady stał Artur. Ten niesamowity Artur, na którego widok nogi uginały się w kolanach. Mdlałem, kiedy przypominałem sobie jego uśmiech, spojrzenie, dotyk, zapach, pocałunek, muśnięcie warg, szept.
- I co masz zamiar zrobić? - Przemek przyjrzał mi się uważnie.
Wziąłem głęboki wdech. Im częściej będę sobie to powtarzał, tym będzie mi dużo łatwiej doprowadzić to do zamierzonego celu.
- Chcę się z nim spotkać i porozmawiać.
- Myślisz, że Artur - Przemo zaakcentował jego imię - będzie chciał tego samego? Przecież to on zniknął. On się wyprowadził, nie ty.
- Dla świętego spokoju muszę to zrobić - westchnąłem. Tak będzie lepiej dla mnie.
Przemek sięgnął do plecaka i wyjął stamtąd usztywnioną teczkę. Położył ją przed mną i przysunął bliżej. Patrzyłem i nie wiedziałem co mam zrobić. Gdzieś w głowie zakołatała niespokojna myśl, że może chłopak ma jakieś informacje o Arturze. W telefonie sprzed paru tygodni coś o tym wspominał i obiecał udostępnić przy najbliższym spotkaniu. Przy tym spotkaniu właśnie.
- Co to? - zapytałem.
- Nim zdecydujesz się na spotkanie z nim, warto byś się zapoznał z tymi materiałami. To naprawdę ciekawa lektura, Filip.
Zerknąłem na teczkę, potem na Przemka. Kurde, co to ma być?
- A może ja nie chcę? - odparłem poirytowany. Sytuacja zaczęła mnie wnerwiać.
- Nie pożałujesz - uparcie nalegał chłopak. - Jak myślisz... Dobrze go znałeś?
- Przemek, do czego zmierzasz, co? Co ty sugerujesz? Czemu bawisz się w takie podchodu ze mną? Znałem go dobrze. Byliśmy ze sobą dwa lata! - pokazałem na palcach ilość spędzonych ze sobą lat.
- A czy w tym czasie widziałeś korespondencję, która do niego przychodziła?
- Skąd! - odparłem. - Cała poczta przychodziła od jego rodzinnego domu w Wadowicach.
- Dobra, to inny przykład. Dowód osobisty. Albo prawo jazdy.
- Co z nimi?
- Widziałeś je na oczy?
- Pewnie - odparłem odruchowo.
- Tak? - zapytał zdziwiony. - Jesteś tego pewien?
No nie, odpowiedziałem sobie w myślach. Przez kilka sekund usilnie próbowałem sobie przypomnieć sytuacje, w których miałem okazję zobaczyć jego dokument tożsamości. Ale jak na złość, akurat w tym momencie nic nie przychodziło mi do głowy.
- Pewnie widziałem - odparłem nie do końca przekonany. Wstyd się było przyznać, ale raczej Artur nigdy nie pokazał mi swojego dowodu. Za to ja jemu owszem. - Teraz nie pamiętam.
- Bo nigdy nie widziałeś. Nigdy ci nie pokazał. A wiesz dlaczego?
Otworzył teczkę i wyjął z niej jedną kartkę formatu A4. Było tam jego zdjęcie, widniało jego imię i nazwisko, czyli Artur Szlachta, data i miejsce urodzenia, a także miejsce zamieszkania. Wszystko się zgadzało.
- No to on - wzruszyłem ramionami.
- A teraz spójrz na to.
Przemek wręczył mi drugą kartkę, podobnego formatu. Zawierał skan dowodu osobistego i prawa jazdy. Na zdjęciu widniała twarz mojego byłego.
- No to są dokumenty Artura. Po co mi to pokazujesz?
- Nie widzisz różnicy?
Przyjrzałem się jeszcze raz. Data urodzenia się zgadzała, miejsce też. Wadowice zaznaczone, jako adres zamieszkania na pobyt stały. Wszystko było w należytym porządku. O co więc mogło chodzić Przemkowi? Wtedy przemknęło mi wpisane w dowodzie imię. Zatrzymałem się. To jakaś pomyłka urzędowa?
- No tu jest definitywna pomyłka - zauważyłem dumny z siebie, wskazując na imię i nazwisko wpisane na skanie dowodu. - Napisali, że nazywa się Krzysztof Kluczyński. Ewidentny błąd urzędu.
Przemek tylko się uśmiechnął. Spuścił wzrok i ukrył twarz w dłoniach. Ale żeby aż tak urząd mógł się pomylić? To było nie do uwierzenia.
- Filip! - Przemek wciąż się uśmiechał. Ale był to drwiący uśmiech, dziwny jak na tę okoliczność. - Nadal nic nie rozumiesz. Zaskocz, chłopie, wreszcie! Ten cały Artur, którego znałeś i z którym żyłeś przez dwa lata pod jednym dachem, jest oszustem i kłamcą! Nie widzisz tego? - wskazał na papiery. - Tego człowieka znałeś, jako Artura. Okłamał cię! Wymyślił sobie to imię. Bo tak naprawdę ma na imię Krzysiek. Dlatego nigdy nie widziałeś ani jego dowodu osobistego, ani kart płatniczych, ani żadnego innego dowodu tożsamości. Nic nie widziałeś! Bo ten człowiek prowadził podwójne życie.
Teraz zaczęło dopiero mi świtać. Zasłona opadła z hukiem. Patrzyłem na skany dokumentów i nie wierzyłem własnym oczom. To jakiś matrix! Cholerny, pierdolony matrix! Miałem przed oczami jedną osobę, ale pod dwoma różnymi nazwiskami. Artur i Krzysztof. Przez dwa lata mówiłem do niego Artur, czy Arti. A tak naprawdę miał na imię Krzysztof. To wręcz nieprawdopodobne! To absurd. To na pewno mi się śni. Przecież to nie może być prawda, bo to oznacza, że... Że cała nasza znajomość, cały nasz związek był jedną, wielką mistyfikacją. Nie dość, że już mam spierdolone życie, to spierdoliłem sobie jeszcze dwa lata. Przez własną i głupią naiwność. Oszukał mnie! A ja mu ufałem. I kochałem go.
Kręciłem z powątpiewaniem głową, mając w pamięci jego obraz. Co teraz czułem? Żal i wściekłość. Gdyby się nagle napatoczył przypadkiem koło Szeptów, zatłukłbym go na śmierć gołymi rękami. Zabiłbym dziada, który zniszczył mi życie. Na pewno?, usłyszałem wątpiący głos, dochodzący z głębi świadomości. Tak, padła szybka odpowiedź. Wątpię, usłyszałem.
Złapałem się za głowę. Myśli, jak opętane szalały po czaszce. Biegały we wszystkie strony. Czułem narastający ból i napięcie. Jeszcze chwila i eksploduję.
- Wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale lepiej znać prawdę. - Przemek położył dłoń na mojej dłoni. Nie cofnąłem jej. - Długo zbierałem te informacje i zastanawiałem się czy ci w ogóle pokazać. W końcu byłeś z nim taki szczęśliwy. Ale naprawdę ucieszyłem się, kiedy mi powiedziałeś, że odszedł od ciebie i że już nie jesteście razem. Poczułem ulgę. Wiedziałem, że będziesz cierpiał i przeżywał rozstanie. Ale z czasem to minie. Biłem się z myślami, czy ci pokazać te informacje. Doszedłem do wniosku, że nadeszła już ta pora. Ale kiedy mi dzisiaj powiedziałeś, że chcesz się z nim spotkać i wyjaśniać sprawę jego odejścia, tylko się przekonałem, że podjąłem dobrą decyzję, by ci udostępnić materiały. Jeśli rozważałeś jeszcze kwestię powrotu do niego, a na pewno taka myśl ci przemknęła, to mam nadzieję, że po tych dokumentach - stuknął palcami w teczkę - po tych dowodach, zmienisz zdanie. Domyślam się, że to szok dla ciebie, ale dzięki temu łatwiej ci się będzie podnieść i rozpocząć nowe życie. Z kimś naprawdę wartym uwagi. A nie takim śmieciem, jakim jest - wskazał na skany - ten ktoś.
Słowa Przemka wlatywały jednym uchem, obijały się po mózgu, po czym upłynniały się drugim uchem. Miał rację w tym co mówił, to na pewno, ale nadal wydawało mi się to nie do pomyślenia. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają! Choć prawdę miałem przed oczami, patrzyłem na nią, to wciąż trudno było mi się pogodzić i przyjąć do świadomości. Nadal wydawała mi się tak absurdalna, że wręcz niemożliwa do pojęcia. Dlaczego?
Bo wciąż miałem do niego sentyment. Wciąż coś czułem.

czwartek, 7 listopada 2013

Epizod 84.

Silniejszy podmuch wiatru porwał papierową serwetkę ze stolika i uniósł w górę. Nie było sensu jej łapać, a mimo to odruchowo pacnąłem ręką w blat. Patrzyłem jak zawirowała w powietrzu, po czym opadła parę metrów dalej, prosto pod nogi jakiemuś Chińczykowi. A może Japońcowi? Nieważne, oni wszyscy tacy sami, trudno ich rozróżnić.
Westchnąłem. Skrajne uczucia toczyły we mnie walkę. Ekscytacja i radość ze spotkania, stanęły do boju ze stresem, który podsuwał katastroficzne wizje. Wewnętrzny głos mówił mi, że jestem idiotą, totalnym masochistą, który sprawia sobie ból, wracając do przeszłości. Ale ja musiałem. Musiałem to zrobić! Dla własnego dobra. Dla świętego spokoju.
Wewnętrzne wywody przerwało znajome męskie chrząknięcie. Energicznie postawiłem zgarbione plecy do pionu. W środku szalałem. Serce waliło, jak szalone, próbując wyrwać się z piersi, ale nie mogło. Chciałem się odwrócić, jednak tym razem zdecydowałem, że nie podejmuję pierwszego kroku. Nie mogę dać mu tej satysfakcji. Moim oczom ukazała się czerwona róża, która delikatnie opadła na stolik. Zapachniała świeżością, jakby przed chwilą została zerwana z ogródka. Lubił dawać kwiaty. Okazja, czy nie, przynosił jedną różę albo cały bukiet i mi wręczał, uśmiechając się od ucha do ucha. Poczułem znajomy zapach perfum, których używał. Pamiętał, że na mnie działały, perfidnie więc to teraz wykorzystał. Gdybym stał, pewnie z wrażenia nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa. Być może nawet osunąłbym się na ziemię, jak wypompowany balon. Całe szczęście siedziałem, więc uniknąłem katastrofy i wpadki.
- Piękna róża dla pięknego mężczyzny.
Jego elektryzujący głos zabrzmiał nad uchem. O Jezu, zadrżałem cały w euforii. Oto doszło do wiekopomnej chwili - do spotkania z Arturem. Usiadł obok. Niebieskie, uśmiechnięte oczy wpatrywały się we mnie i podziwiały. Patrzyliśmy jeden na drugiego, w milczeniu, celebrując każdą sekundę tego spotkania, jakże dla mnie ważnego. Właśnie w tej chwili, patrząc na niego, przemierzając wzorkiem każdy centymetr jego ciała, zrozumiałem jak bardzo mi go brakuje. Jak bardzo potrzebuję uścisku jego dłoni, jego głosu, szeptu, ciepłych warg, pocałunku w usta, zapachu skóry. A Arti potrafił zniknąć tak bez pożegnania. Chciałem mieć do niego żal. I w pewnym sensie miałem. Bo przecież również to czułem teraz. Mimo to już zdążyłem mu wszystko wybaczyć.
- Zmieniłeś się - w głosie Artura zabrzmiała nutka zazdrości i żalu. Czyżby żałował, że mnie zostawił? - Masz kogoś, dla kogo tak się starasz dobrze wyglądać?
Myślał, że mam faceta. Że zdążyłem sobie kogoś już upatrzyć i bzykać go co wieczór. Chciałem powiedzieć, wykrzyczeć mu w twarz, że to dla niego tak się odpicowałem dzisiaj! Gdyby tylko wiedział... Nie, nie mogłem się przyznać do porażki. Dałbym mu powód do satysfakcji.
- Nowe ciuchy, nowy image. - Nachylił się w moją stronę, tak że poczułem zapach jego perfum. - Bardziej taki elegancki jesteś i dużo poważniej wyglądasz. Tak... męsko. Bardzo seksownie. Mógłbym cię tutaj brać.
- Artur. - Zacząłem spokojnie, starając się panować nad sobą. Szło mi to kiepsko. Oj strasznie kiepsko. - Nie przyszedłem się tu spotykać z tobą po to, byś mi słodził.
- Przecież lubiłeś to - wtrącił z rozbawieniem.
- Artur!
Druga próba. Drugie podejście. Opanuj się, mówiłem sobie w myślach.
- Tęskniłem za tobą...
Słowa Artiego echem rozbrzmiały w mojej głowie. Czy ja dobrze usłyszałem? Wszystko ze mną w porządku? Może po prostu chciałem to usłyszeć. Arti powiedział całkowicie coś innego, a mój mózg przekształcił to w słowa, które pragnąłem usłyszeć.
- Naprawdę tęskniłem. Codziennie o tobie myślałem. Kiedy kładłem się spać, a ciebie nie było obok. Kiedy wstawałem rano, a miejsce obok było puste i zimne. Cisza w pokoju. Cisza w kuchni. Cisza w łazience. Całe mieszkanie zionęło pustką.
Mówił to bardzo poważnie i spokojnie, patrząc mi przy tym w oczy. Nie mrugnął. Nie mógł kłamać, nie w takiej sytuacji. Ale dlaczego mi to mówi? Przecież to nie ja odszedłem, tylko on nie wrócił tamtego dnia. A potem po prostu zabrał swoje rzeczy. Gdzieś głęboko w głowie próbowała dobić się inna myśl, ale to co przed momentem usłyszałem z ust Artura, nie pozwalało jej się przebić, a nawet ja nie chciałem jej słuchać. Chciałem tylko, by Arti mówił wciąż do mnie, jak mu brakowało mojej osoby, jak tęsknił za mną. Chciałem to znów usłyszeć. Powinienem się bronić, stawiać opór. Przecież w tym celu poprosiłem go o spotkanie. Ale wystarczyło tak niewiele, tylko jego obecność, kilka słów, jego zapach, spojrzenie, uśmiech i... i wytrącił mi oręż z ręki. Stałem przed nim bezbronny.
- Wiem, że źle zrobiłem. Zepsułem naszą relację. Nie wiem dlaczego tak zrobiłem. Ucieszyłem się, kiedy napisałeś, że chcesz się spotkać. Aż podskoczyłem. Bo to oznacza, że nie zapomniałeś o mnie. Że nadal jestem dla ciebie kimś ważnym i szczególnym, prawda?
Nie potwierdziłem ani nie zaprzeczyłem. Zabrakło mi słów. Inaczej wyobrażałem sobie nasze spotkanie po tylu miesiącach. Widziałem to, jako starcie dwóch pewnych siebie i swojego zdania, stanowczych facetów. Miało obyć się bez wspomnień, bez czułych słówek, tiutiania i tych jednoznacznych spojrzeń. Pożądał mnie. Jego oczy to mówiły za niego, on nie musiał przedstawiać tego werbalnie.
- Dlaczego więc odszedłeś, Arti? - zapytałem z żalem.
Coś we mnie pękło. Wyrzuciłem z siebie słowa nasączone żałością. Betonowy mur, który miał mnie chronić i który osłaniał uczucia, zadrżał w posadach. Pojawiła się rysa. Jeszcze chwila i nastąpi wybuch.
- Dlaczego mnie zostawiłeś? Dlaczego kłamałeś? Dlaczego oszukiwałeś?
Milczał, spoglądając mi w oczy. Nie znał odpowiedzi, czy nie chciał jej udzielać? Czekałem, aż coś powie. Nic. Aha, czyli w tym względzie nic się nie zmieniło. Gdy przychodziło skonfrontować swoją postawę, Artur nabierał wody w usta. Przyznanie się do błędu, że jest kłamcą i zwyczajnym oszustem, nie wchodziło nigdy w grę. Kiedy byliśmy razem i takie sytuacje miały miejsce, to strzelał wówczas fochem. Bo przecież on jest niesłusznie oskarżony. Bo przecież nic złego nie zrobił. Nie potrafił powiedzieć, że zawiódł, że kłamał. Nie, nic z tych rzeczy. Obrażał się na cały świat, na mnie. I to ja musiałem go przepraszać, za to się obraził.
Nadal było tak samo. Po prostu standard.
- Filip, ja do ciebie z sercem, a ty wracasz do zaszłości, o których już zapomniałem? - Artur zmarszczył czoło. - Czemu ty cały czas wracasz do tego co było?
- Bo nie potrafię o tym zapomnieć? - wzruszyłem ramionami.
Poczułem się winny. Właśnie niszczyłem kruchą, odnawiającą się znajomość. Artur chciał to naprawić, a ja to uparcie niszczyłem, bo chciałem dotrzeć do przyczyn zniszczenia naszego związku.
- Chcę zacząć od nowa bez wracania do przeszłości. Potrafisz zapomnieć o tym co było kiedyś i być znowu ze mną? Potrafisz, Fifi?
Spoglądał na mnie wyczekująco. Na Wieży Mariackiej zegar zaczął wybijać godzinę siedemnastą. Gołębie, spacerujące po płycie Rynku i między nogami turystów, zerwały się gwałtownie do lotu. Skrzydła zatrzepotały nad parasolami. Ktoś z tłumu krzyknął i wskazał palcem w kierunku bazyliki. Konie zarżały i uderzyły kopytami o kostkę.
- Halo! - odezwał się Artur, ale jakby nie swoim głosem.
Słyszałem uderzenie zegara, ale niespodziewanie otoczyła mnie dziwna aura, która tłumiła wszelkie odgłosy. Artur poruszał bezgłośnie ustami. Nachyliłem się, by go usłyszeć. Złapał mnie za rękę. Zadrżałem. Zawsze tak reagowałem, gdy mnie dotykał. Ale mimo to czułem, jak coś dziwnego dzieje się ze mną. Nie! Tylko nie to! Tylko znowu nie Eden!
- Halo! - usłyszałem donośny głos tuż nad sobą.
Bum! Rynek w Krakowie nagle rozpłynął się w powietrzu, Artura pochłonęła mgła, a przede mną zmaterializował się... konduktor.
- Już się wystraszyłem, że coś się panu stało. - Bacznie mi się przyjrzał, chcąc się upewnić, że wszystko w porządku. - Nie reagował pan w ogóle na moje wołanie. Myślałem, że stracił pan przytomność.
- Ja? - zapytałem zaskoczony.
Byłem totalnie zdezorientowany. Nie wiedziałem co się dzieje ani gdzie jestem. Dlaczego ten obcy pan w ogóle do mnie mówi? Rozejrzałem się wokoło. Znajdowałem się w przedziale, w pociągu. Za oknem oświetlone perony wskazywały, że już zbliża się noc. Konduktor domyślił się, że nadal jestem trochę niekumaty, więc odezwał się ponownie:
- Jest pan już na miejscu. Dojechaliśmy. Witamy w Krakowie!
- W Krakowie? - nie kryłem zaskoczenia. - Jakim cudem?
- Wsiadł pan do pociągu w Warszawie. Ale już dojechaliśmy do Krakowa. - Mężczyzna przechylił głowę, uważnie się mi przypatrując. Mógł sobie teraz pomyśleć cokolwiek. Że się naćpałem i teraz jestem na haju. - Wszystko z panem w porządku?
- Tak, tak - przytaknąłem szybko, podnosząc się z miejsca.
Ale wcale nie było ze mną aż tak dobrze. Jeszcze przed chwilą miałem całkiem realistyczny sen z Arturem w roli głównej. Ja i on. Chciał wrócić. To mnie tak totalnie wybiło z rytmu. Jego deklaracja, chęć powrotu. Wciągnąłem powietrze. Podświadomość natychmiast podsunęła tak dobrze znany mi zapach wody toaletowej, którą stosował Arti. Ten, który działał na mnie narkotyzująco.
Dość! Wystarczy tego! Dojrzałem walizkę.
- Pomogę panu - zaproponował konduktor.
Postawił ją obok mnie i odprowadził do wyjścia z wagonu. Podziękowałem uprzejmie i ruszyłem pustym peronem w kierunku wyjścia na miasto. Usilnie próbowałem sobie przypomnieć, jakim cudem znalazłem się w pociągu, jadącym do Krakowa, ale w głowie miałem tylko pustkę. Dopiero po chwili pamięć wróciła. Nikt mnie na siłę nie wyrzucił z Warszawy. Sam zdecydowałem o powrocie do Krakowa. Pobyłem jeszcze parę dni w stolicy. Bawiłem się świetnie, ale dojrzewała we mnie myśl, że pora stawić czoło Artiemu. Dlatego tu jestem. W Krakowie. Przystanąłem przed budynkiem dworca PKP.


Napis KRAKÓW GŁÓWNY świecił ostrym blaskiem. Tylko to "Ó" w Głównym nieco przygasło. Ale nadal to był Kraków, miasto Królów Polski. Zimny wiatr pchał ołowiane chmury po niebie. Kłębiły się groźnie, sunąc przed siebie. Mokra nawierzchnia świadczyła o niedawnym deszczu. Może przechodziła tędy burza. Lada moment mogło ponownie lunąć. Oby tylko obyło się bez grzmotów i piorunów.
No to wróciłem do Krakowa.

środa, 6 listopada 2013

Epizod 83.

W mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Cierpliwie nasłuchiwałem kroków z drugiej strony, choć mogło nikogo nie być w środku. W końcu to był piątkowy weekend. Ale miałem szczęście. Usłyszałem przekręcany zamek w drzwiach, klamka puściła, drzwi otwarły się i w progu ujrzałem Arkadiusza. Nie spodziewałem się wybuchowego powitania, rzucania się w ramiona, ściskania i całowania, jakbyśmy się nie widzieli kilka lat, ale liczyłem na wyrozumiałość. Jednak jego ponura twarz, bez cienia uśmiechu, świadczyła tylko o tym, że ma żal. Do mnie. I wiedziałem, że chodzi o miniony wieczór.
- Jesteś. To znaczy, że nic ci się nie stało. - Jego słowa zabrzmiały oschle. - To dobrze.
- Cześć - przywitałem się. Początkowo miałem spuszczoną głowę. Bałem się spojrzeć mu w oczy, ale w końcu przełamałem strach. - Mogę... wejść?
Spoglądał na mnie z zaciekawieniem, nie reagując. On też mnie wyrzuci z mieszkania? Jak Robert dzisiaj rano? I tak czułem się upokorzony i sponiewierany przez los. A co tam! Oberwę jeszcze na dokładkę od Arkadiusza. Tak na zakończenie dnia.
Odsunął się od drzwi, robiąc mi przejście. Podziękowałem i wślizgnąłem się do środka, próbując zająć jak najmniej miejsca sobą. Rozejrzałem się po salonie, kuknąłem do kuchni.
- Bartka nie ma - uprzedził moje pytanie Arek. - Wyjechał dzisiaj do Krakowa.
- Jak to? - nie potrafiłem się zadać durnego pytania.
Ano tak to!, odparłem sobie w myślach. Znikasz niespodziewanie, nie dajesz znaku życia i jeszcze myślisz, że Bartek będzie na ciebie cierpliwie czekał? Puknij się w łeb!
- Po prostu wyjechał. A co miał robić? Czekać tutaj na ciebie?
Arek był w tej kwestii nieustępliwy. Musiał pokazać swoją wściekłość i żal do mnie. Musiał dać mi nauczkę za moje zachowanie. Ale zrozumiałem lekcję. Wiedziałem, co źle zrobiłem. Wiedziałem, że przegrałem całe swoje życie, że jest jedną wielką porażką i niczym więcej. Spartaczone do cna, a w tym wszystkim ja - pierwszy kurwiszon. Zmęczony natłokiem myśli opadłem na kanapę.
- Jestem beznadziejny.
Arek nie zaprzeczył. Patrzył na mnie bez cienia litości. Należy mi się, powtarzałem sobie w myślach. To tylko moja wina.
- Zachowałeś się tak, jak nie przystało na przyjaciela - odparł po chwili. - A on liczył na ciebie. I odnoszę wrażenie, że jesteś mu naprawdę bliskim przyjacielem, którego sobie ceni. Tylko w chwili, kiedy cię potrzebował, ty go najzwyczajniej olałeś.
- On mnie traktuje jak przyjaciela? - zdziwiłem się. - Bartek i Karol są przyjaciółmi. Znają się dłużej, niż ja z Bartkiem.
- Ale to tobie ufa. A z Karolem nieco się zagubił. I tutaj potrzebuje ciebie.
Arek ulotnił się do kuchni. Miałem chwilę spokoju, by zastanowić się nad jego słowami. Bartek traktował mnie jak przyjaciela? Owszem, parę razy się widzieliśmy, trochę czasu spędziliśmy ze sobą, ale nigdy aż tak nie zwierzaliśmy się sobie. Tylko raz, kiedy w sumie zmusiłem Bartka do ujawnienia swoich uczuć względem Karola. Ale nic poza tym. Ja tę znajomość traktowałem naprawdę na luzie, po kumplowsku. Nie przypuszczałem, że nasza relacja może przejść na wyższy poziom znajomości.
- Napijesz się piwa?
Praktycznie Arek postawił mnie już przed faktem dokonanym. Wniósł dwie butelki schłodzonego alkoholu.
- Chętnie - przytaknąłem.
Godzinę później siedzieliśmy na balkonie nad drugim browarem. W głowie wirowały już procenty. Choć było ich naprawdę niewiele, czułem jak szaleją. I oczywiście dodawały odwagi. Warszawa żyła swoim drugim życiem - nocą, tuż obok nas. A my razem z nią. Mimo to oddzielnie.
- Tak sądziłem, że Robert jest gejem. - Arek pokiwał głową. - Mówiłem ci, że jest krypciochem.
- Mówiłeś. Ale sam musiałem się o tym przekonać. I teraz nie daje mi to spokoju, bo totalnie wypełnił mi sobą myśli. Ale jak sam widzisz, wypieprzył mnie z mieszkania, bo chciałem za dużo wiedzieć o Sebastianie.
- Bujnąłeś się w nim? - Arkadiusz przyjrzał mi się uważnie. Czy się w nim bujnąłem? Jezu, nie wiem. Miałem dreszcze, kiedy o nim myślałem, a przewijał się przez umysł praktycznie cały czas. Nie potrafiłem, nie umiałem wręcz wybić go sobie z tej łepetyny. A samo wspomnienie jebania przyprawiało mnie o rozkosz. - Chyba jednak tak - odpowiedział na swoje pytanie.
- Skąd taki pomysł? - próbowałem nieudolnie oponować.
- No przecież widzę - uchylił łyk piwa.
- Mam mętlik w głowie - wzruszyłem ramionami, patrząc w oświetloną Warszawę. - Nie wiem co robić. Czuję się taki zagubiony, taki nieporadny, jak małe dziecko. Mam trzy dychy na karku, a nie wiem co ze sobą począć. Do tego dziwne wrażenie, że spitoliłem całe swoje życie. I jeszcze te ostatnie ekscesy seksualne. Chciałem być szczęśliwy. Robert... - zawiesiłem głos. Co takiego właściwie on zrobił? Z jednej strony brakowało mi tego łysego łapidrucha, z drugiej odczuwałem niechęć. A do siebie wstyd. - Robert sprawiał wrażenie, że może mi to dać, ale wyrzucił mnie z mieszkania. I nie wiem dlaczego czuję się, że to moja wina.
- Dlaczego?
- Bo może za dużo chciałem wiedzieć o Sebastianie? Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Widocznie to dla niego drażliwy temat. W końcu był w nim zakochany. Byli ze sobą. I widzisz, Arek, nie wiem co jest grane. Bo i Sebastian miał po mnie "w spadku" - zakreśliłem w powietrzu palcami znak cudzysłowie - Damiana, a teraz i ja bzyknąłem się z jego Robertem. Chciałbym się ustatkować... Bardzo tego chcę, a nie umiem. Nie potrafię. Nie mam pojęcia dlaczego.
- Myślę, że wiesz, gdzie leży tego przyczyna.
Przyjrzałem mu się uważnie. Nasze spojrzenia przecięły się w locie. Wszystko zrozumiałem. Ten wzrok mi uświadomił coś, co usilnie ukryłem w głębi swojej podświadomości. Zakopałem stertą niepotrzebnych myśli, czynności, planów, byleby tylko do tego nie wracać, byleby tylko o tym nie myśleć. To o to chodzi? To w nim leży przyczyna? To, że potrafiłem ruszyć do przodu, nie dołując się i nie rozpaczając, nie myśląc o nim ani o tym co zrobił, to jednocześnie doprowadziło moją psychikę do ruiny? Jakoś nie potrafiłem w to uwierzyć? I nadal nie chciałem, by mogło się to okazać prawdą.
- Niemożliwe! - zaprzeczyłem szybko.
- Filip, możesz zaprzeczać, ale tylko sobie szkodzisz. Dobrze wiesz, że Artur zniknął z twojego życia tak po prostu, niespodziewanie, zostawiając cię samego, uciekając z mieszkania. Bez słowa się ulotnił, nie wytłumaczył ci, dlaczego podjął taką decyzję. A ty obwiniłeś się za to. Myślę, mój drogi Fifi, że już najwyższa pora stawić czoło prawdzie. Doprowadzić do konfrontacji z Arturem. Stanąć z nim twarzą w twarz.
Dźwięk jego imienia rozbrzmiał w moich uszach, niczym zygmuntowski dzwon. Imię zmaterializowało się i przed oczami stanął on, we własnej osobie. Artur. Przez sekundę odniosłem wrażenie, że w mojej głowie szaleje tornado. Ten niby porządek, który panował, który nie dopuszczał do głosu jego osobę, rozniosło w pył nagromadzone myśli, odsłaniając wspomnienia. A jak wiadomo, kropla drąży skałę, tak i w tym przypadku ruszyła fala. Nim zorientowałem się, co się ze mną dzieje, ryczałem jak bóbr. Arkadiusz w mgnieniu oka zjawił się przy mnie. Tłumaczył, pocieszał, że muszę to zrobić, że nie mam innego wyjścia, a ja przez cały ten czas, kiedy tłukł mi do głowy mądrości, beczałem, wylewając potok łez.
Późną w nocy, a raczej tuż nad ranem, kiedy na horyzoncie już zaczęło się przejaśniać, położyliśmy się spać. Mimo zmęczenia, które czułem, nie potrafiłem od razu zasnąć. Artur królował w moich myślach, paradował z uśmiechem, puszczał oczko, jak gdyby nigdy nic. Bałem się zamykać oczy. Bałem się, że utracić kontrolę nad sobą, nad swoim umysłem. Bo kiedy bym zasnął, mógłbym śnić o byłym, a tego nie chciałem. Mimo to zasypiałem z poczuciem świadomości, że muszę się z nim spotkać i ostatecznie rozmówić. A to wiązało się z powrotem do Krakowa.
Sen minął spokojnie. Artur zniknął z myśli, nawet o nim nie śniłem. Sobotę spędziliśmy z Arkiem na spacerze po mieście, w kinie, w klubach. Nie, do Toro nawet nie zajrzeliśmy. Ominęliśmy go z daleka, bo jedno słowo o nim sprawiało, że oko zaczynało mnie dziwnie piec. Taka samoobrona.
W niedzielę postanowiliśmy się trochę ukulturalnić z Arkiem, więc w ramach odchamiania się, poszliśmy do Łazienek Królewskich. Pod pomnikiem Chopina zgromadził się tłum ludzi, którzy w upalne południe rozłożyli się wygodnie na trawniku, usiedli na pobliskich ławeczkach. Nie spodziewałem się takiego nalotu mieszkańców stolicy. Sądziłem, że będzie ich garstka, tylko ci najbardziej zakochani w jego utworach. No i my, zieloni w te klocki, którzy idą na tego typu koncerty tylko z czystej ciekawości.


Z wrażenia i pełen podziwu przystanąłem, podczas gdy Arek ulokował się kilka metrów dalej. Spoglądałem na tych ludzi z wielkim szacunkiem przez dłuższą chwilę. Jezu, pomyślałem uradowany, jest dobrze z nami, z Polakami, skoro młodzi chętnie garną się do słuchania muzyki poważnej.
Ruszyłem w kierunku Arkadiusza. Drogę niespodziewanie zaszedł mi Robert. Aż mi serce przestało nagle bić z wrażenia. Ale tylko na moment, bo potem gwałtownie przyśpieszyło, jakby chciało odrobić jednosekundową stratę.
- Co tu, kurwa, robisz? - syknął przez zęby. - Mówiłem ci, żebyś stąd wypierdalał. Że nie chcę cię tu więcej widzieć.
Choć szarpał mną strach i stres paraliżował moje szare komórki tak, że nie potrafiłem normalnie myśleć, wiedziałem że muszę się ogarnąć. Nic mi nie zrobi. Bo co może? Tylko zastraszyć. A zastrasza ten, kto się boi, prawda? Dżizas kochany, co ja sobie w ogóle wmawiam? Przełknąłem głośno ślinę. Czemu ja tak reaguję w jego obecności? Czy aż tak na mnie działa, że boję się mu sprzeciwić? Tak bardzo chcę się mu podporządkować, by mnie zechciał? By mnie zaakceptował? Nie!, zgromiłem siebie w myślach. Nie, nie i jeszcze raz NIE!
- Wypieprzyłeś mnie z mieszkania - odparłem nadzwyczaj spokojnie. - Powinno ci to wystarczyć. Warszawa nie należy tylko do ciebie.
Wyprostował się energicznie. Patrzył mi prosto w oczy, a ja przyjąłem wyzwanie. Stawiłem opór prezesowi.
- Wracaj do Krakowa - syknął. - Tam, gdzie twoje miejsce.
- Oj, Roberciku, Roberciku... jaki ty jesteś dziwny. - Choć nogi telepały się na prawo i lewo niczym galareta, to mój głos nawet nie zadrżał. Brzmiał pewnie, zdecydowanie, stanowczo. - Nie mów, że się mnie boisz? Przecież spędziliśmy ze sobą taką cudowną noc.
Rozkręcałem się. Stres wolno, ale skutecznie robił w tył zwrot.
- Wcale się ciebie nie boję! - obruszył się natychmiast. Jego pewność siebie znikała. Dało się to wyczuć w jego słowach.
- To o co chodzi? - skrzyżowałem ręce na piersiach. - Masz do mnie żal, że jestem w Warszawie? Przecież to duże miasto i wcale nie musimy się spotykać. A poza tym nie jesteś już moim przełożonym, więc nie nadużywaj swoich kompetencji prezesowskich. Twoja władza ogranicza się tylko do Ya-Ha, z tego co wiem, prawda? Bądź tak dobry, Roberciku, i skoro nie chcesz mnie już widzieć, po prostu zejdź mi z drogi. Przyszedłeś na koncert? W porzo, ja też. Ty sobie siądziesz tam - wskazałem palcem gdzieś w drzewa - ja tam - przeniosłem rękę na drugą stronę - i będzie git.
Zrobiłem sztuczny uśmiech do niezbyt mądrej miny Roberta. Zgłupiał, to było widać.
- Jeszcze jedno. Pamiętaj o mojej rekompensacie i przywróceniu mojego dobrego imienia w firmie. Po powrocie do Krakowa, chcę to mieć na piśmie u Marka na biurku.
Spoglądał na mnie z niedowierzaniem. Najpierw w oczach tliła się złość, mało brakowało, a ciskałby piorunami na wszystkie strony. Teraz jednak patrzył na mnie z żalem, jakby coś utracił. Albo kogoś. Mnie. Odniosłem wrażenie, że chciał być chojrakiem. Kozaczył, by mi pokazać, jaki to jest fajny i pewny siebie. Myślał, że... No właśnie, co on sobie myślał?
- Mogło być między nami tak dobrze - wzruszyłem ramionami. - Spitoliłeś to.
- Filip! Co się dzieje? Stało się coś?
Arkadiusz zjawił się w samą porę. I bardzo dobrze! Dla Robercika będzie to kolejny szok, gdy dowie się, że jego były pracownik zna mnie. Kompletnie się załamie.
- Pan Arkadiusz? - Robert nie krył zdziwienia.
- O, dzień dobry, panie Robercie. Miło pana spotkać. - Arek uścisnął dłoń byłemu pracodawcy.
- Nie spodziewałem się... - zająknął się Robert.
- Ja też nie - odparł Arkadiusz, po czym spojrzał na mnie. - Idziesz? Mam dla nas świetne miejsce. Idziesz?
- Jasne - rzekłem zadowolony.
- Do widzenia, panie Robercie - pożegnał się z gracją Aruś, choć widziałem, że jeszcze chwila i nie wytrzyma, i ryknie śmiechem.
Wytrzymał. Do końca koncertu nie zaśmiał się z tej komicznej sytuacji, w którą wprawił zawsze pewnego siebie prezesa agencji reklamowej. Dzisiaj Robert został skompromitowany. Bo jakby na to nie patrzeć, jego potrzeba ukrywania swojej orientacji, właśnie legła w gruzach. Kryptogej, który dbał o wizerunek, o postawę, ta porcelanowa maska, rozprysła się na drobne kawałki.
Mazurki Chopina koiły stargane nerwy. Mogłem wreszcie odetchnąć. Na chwilę, na moment. Potem trzeba wstać, zebrać siły, całą artylerię i przystąpić do ataku z wrogiem. Z Arturem.

wtorek, 5 listopada 2013

Epizod 82.

Snułem się ulicami Warszawy bez żadnego konkretnego celu, powłócząc nogami. Ludzie omijali mnie szerokim łukiem, by nie zaczepić, nie odezwać się. Każdy z nich pędził w swoja stronę. Jakoś wcale nie dziwiło mnie ich zachowanie. Było piątkowe przedpołudnie. Praca, praca i jeszcze raz praca. Na ulicach dojazdowych do centrum tworzyły się gigantyczne korki. Z początku zewsząd dobywający się dźwięk klaksonów zagłuszał moje rozochocone myśli. Biegały, skakały po głowie. Wszędzie ich było pełno. Na szczęście nie musiałem się skupiać. Lecz w końcu zaczęło mnie to drażnić. Bo po prostu chciałem znaleźć rozwiązanie z tej dziwnej sytuacji. Stawało się jasne, że Robert najzwyczajniej świecie wykorzystał mnie, po czym wypierdolił za drzwi, jak zwykłą szmatę. Czułem się strasznie. Okropnie. Świadomość, że zostałem tak potraktowany nie dawała mi spokoju. A mimo to nie chciałem spojrzeć prawdzie w oczy. Wciąż zaprzeczałem samemu sobie - przecież ostatniej nocy było nam dobrze. Pieprzyliśmy się, ale w tym uprawianym seksie stała przy nas namiętność. To ona górowała i grała pierwsze skrzypce. W takim razie dlaczego gdzieś w głębi czułem wstyd i upokorzenie? I pogardę dla siebie i dla własnego ciała? Dlaczego?
Zgłodniałem. Zatrzymałem się na środku chodnika. Od wczoraj nic nie miałem w ustach, a żołądek zaczął przypominać o sobie. Kierując się dalej, dojrzałem wreszcie w miarę sensownie wyglądającą restaurację. Śniadanie pochłonąłem w mgnieniu oka. Jeszcze nigdy dotąd niczego tak szybko nie zmłóciłem. Najedzony do syta ruszyłem dalej. Zacumowałem w jakiejś przydrożnej kawiarence, gdzie wśród młodych zamówiłem mocną, czarną kawę. Potrzebowałem mieć czysty umysł, skoncentrowany. Pasowało podjąć sensowną decyzję - co dalej? Głowiąc się i kombinując, snując fantastyczne plany mojej przyszłości, wybuchowej kariery w nowej, atrakcyjnej dziedzinie, ale wciąż pracując dla korporacji, widziałem siebie, jak miażdżę konkurencję i wspinam się na szczyt sławy. I to bez pomocy Roberta.
Siet!, przeleciało mi przez umysł. Czemu, do kurwy nędzy, znów pląta mi się po głowie ten Robert? Czemu nie potrafię o nim zapomnieć? Przecież to on mnie potraktował, jak dziwkę, a mimo tego nie potrafiłem się na niego złościć.
Podpierając głowę, spoglądałem przez witrynę na ulicę. Tam życie pędziło do przodu, tutaj leniwie płynęło. Tam ludzi przemykali ulicami, tutaj siedzieli i popijali kawę. A ja miałem wrażenie, jakbym przegrał własne życie z diabłem. Nie miałem nic, nie miałem pomysłu na siebie, na swoją przyszłość. Dopadło mnie znużenie i zmęczenie materiału.
Dziesięć papierosów później, tonąc w dymie, wciąż siedziałem w tym samym miejscu. Druga kawa nie skutkowała. W ogóle to nie miałem już pojęcia, czy to co piłem było kawą, czy wyrobem kawopodobnym? Skoro brakowało efektów. Zazwyczaj po jednej filiżance dostawałem kopa. Teraz po dwóch wciąż leżałem zbity. Może to efekt poppersa?
- Podać coś jeszcze?
Z tytoniowej mgły, która wisiała nade mną, wyłonił się kelner. Z kilkudniowym męskim zarostem, niebieskimi oczami i brązowymi włosami zaczesanymi na bok, stał przy stoliku z głupawym uśmiechem. Pewnie musiałem wyglądać śmiesznie. Siedziałem od paru dobrych godzin, pijąc dwie kawy i paląc papierosy.
- Może to samo - odparłem zniechęcony.
Kelnerzyna spojrzał z niesmakiem pustą filiżankę, na której dnie pływał czarny osad.
- A nie wiesz, że nadmierne picie kawy i to w dużych ilościach wpływa niekorzystnie na organizm? - Cenna uwaga zabrzmiała groźnie, jednak w oczach dostrzegłem nutkę kokieterii. Bawił się ze mną. - Między innymi wypłukuje magnez. Powieki zaczynają mimowolnie drgać, w nocy łapią cię bolesne skurcze.
- A matka cię nie nauczyła, żeby do obcych nie zwracać się po imieniu, jeśli nie dadzą ci takiego pozwolenia? - wtrąciłem szybko. Chciałem by zabrzmiało równie groźnie, jak jego pouczająca wypowiedź, ale ten koleś mnie rozbrajał.
- A nie dasz mi?
Czy on ze mną flirtował? Kokietował mnie?
No na pewno! Już wszyscy muszą z tobą flirtować! Jesteś takim bóstwem, chodzącym po ziemi, że wszyscy, jak cię widzą, to rzucają wszystkim i idą z tobą od razu do łóżka! Jasne!
W myślach zbeształem siebie za ten wybryk fantazji.
- Ile ty, chłopcze, masz lat? - zapytałem z ciekawości.
- Osiemnaście.
- Jest piątek, dziecko drogie. Nie powinieneś siedzieć teraz w szkolnej ławce na lekcji dobrego wychowania?
- Jak już w szkole, to na lekcji o przygotowaniu do życia w rodzinie - zaśmiał się.
Zlukałem go szybko. Krótka żółta koszulka, spod której wyłaniały się chuderlawe ramiona. Do tego czerwone spodnie i markowe sneakersy. Gej to czy nie gej?, zapytałem samego siebie. Wygląda na młodziutkiego pasywa, który lubi eksperymentować w klimatach sneakersu.
- Tak cię to bawi? Dzięki takiej lekcji dowiesz się do czego służy guma. Uchronisz się przed niańczeniem niechcianego dzieciaka.
- Mnie nie jest potrzebna guma. I tak nie zajdę w ciążę. - Puścił oczko i wyszczerzył zęby.
Mój penis niespodziewanie drgnął. Naparł na bokserki. O Jezu, przeleciała mi szybko myśl. Jeszcze wczoraj dawałem dupy, grałem pasywa, a już teraz chciałem powrócić do roli aktywa. I poczułem nieodpartą pokusę i parcie. Obudziło się we mnie takie pożądanie, że przez moment myślałem, że zwariuję. Dawniej to było nie do pomyślenia. A dzisiaj? A dzisiaj miałem ochotę zerżnąć młodziutką dupę, która na dodatek chciała się wypiąć. Gdyby istniała taka możliwość, zrobiłaby to tu i teraz. Bez skrępowania.
- Chcesz się przekonać? - zapytał prawie szeptem.
Rozejrzałem się po sali. Młodzież, która dominowała w kawiarni tonęła w rozmowach z przyjaciółmi, czytając książki, przeglądając kolorowe gazety, czy skrobiąc coś w zeszytach. Za barem uwijała się kelnerka. Druga z dziewczyn snuła się z tacą po sali.
- Nie jesteś przypadkiem w pracy?
- Mam przerwę. Chodź za mną.
Takiej okazji nie mogłem przepuścić. Zaprowadził mnie na zaplecze, do jakiegoś magazynu, gdzie wśród pudeł, kubłów i szczotek zsunął bez słowa spodnie. Szybki był.
Przyparłem go do ściany. Prawa ręka zacisnęła się na szyi. Całowałem go namiętnie, lizałem po małżowinie usznej, a on wił się i cicho pojękiwał. Nasze języki szukały siebie nawzajem. Chwyciłem jego naprężonego kutasa, który aż gotował się z czerwoności na mój widok. W dłoni pulsował rytmicznie. Wniknął szybko w gardle, docierając do migdałków. Kelner jęknął, zanurzając palce we włosach. Pociągnął mocno, aż poczułem delikatny, lecz przyjemny ból. Ssałem go i lizałem. Posuwistym ruchem wprawiałem tego niziołka w ekscytację. Czułem jak rozrasta się w moich ustach, jak rośnie, pręży się, gotowy splunąć.
- Zaraz dojdę - usłyszałem jęk.
Już na języku odczułem słonawy, ciepły posmak preejakulatu. Dla lepszego pobudzenia wsunąłem środkowego palca w jego odbyt. Stęknął, wpuszczając mnie do środka. W tym momencie naparł z całych sił kutasem w gardło. Trysnęło. Sperma zalała gardło. Mało brakowało, a zacząłbym się dławić. Druga dawka okazała się mniej obfita, a trzeci podryg był już tylko niewinnym zrywem pobudzonego penisa.
- Widzę, że lubisz obciągać z połykiem. - Spojrzał na mnie z góry.
Wstałem. Rozpiąłem suwak i zsunąłem spodnie. Teraz moja kolej, młody. Nim jednak zabrałem się za kelnerzynę, podzieliłem się z nim jego spermą. Przyjął ten niebiański nektar z rozkoszą, zbierając językiem każdą kropelkę.
Złapałem go mocno i odwróciłem twarzą do ściany. Byłem bardzo pobudzony. Aż za bardzo i wiedziałem, że niewiele mi potrzeba czasu, by sfiniszować w jego tyłku. Uparcie przeszukałem spodnie w poszukiwaniu prezerwatywy. Jak na złość nie miałem, a głupio pytać, czy koleś ma przy sobie gumę. Cholera! I to w takim momencie. Przecież im dłużej będę się zastanawiał, tym czar może prysnąć. Ochota minie, kutas opadnie i odmówi posługi.
- Dawaj bez. - Kelner wypiął zgrabną dupę. - Nie zajdę w ciążę.
Chwila zawahania... A pieprzyć to! I jego również. Nie bawiąc się w delikatności, wsadziłem ostro kutasa w jego wąską szparę. Jęknął głośno, ale od razu zacisnął zęby. Wiedziałem co odczuwa teraz pasyw i wiedziałem, że pomimo bólu, sprawia mu to nieziemską przyjemność. Tym mocniej posuwałem kelnera, który rytmicznie pojękiwał, a ja wraz z nim. Spoglądałem, jak penis pojawia się i znika, wysuwa i ponownie wchodzi. Zatrzymałem się na moment. Przydałaby się odrobina żelu dla lepszego poślizgu. Ale w takich sytuacjach umiałem sobie poradzić. Splunąłem na nasadę i znów wprawiłem go w ruch. Przyśpieszyłem. Kelner również. Jego rozkoszny jęk, dawał mi powera. Wiedziałem, że za chwilę dojdę. A najlepsze, że chciałem się spuścić w jego tyłku.
- Zapłodnij mnie! - Z jego gardła wydobył się jakiś inny głos.
Jeszcze kilka szybkich ruchów, mocne klapsy w pośladki dla dodania efektu i poczułem, jak opuszczają mnie życiodajne plemniki. Biedne, małe żyjątka. Mające przed sobą jeden cel, czyli wyścig do jajeczka, znowu się rozczarują. Jajeczka nie będzie. Za to będzie ciemno, dosłownie, jak w dupie.
Opadłem z wyczerpania. Dostałem takiego orgazmu, że prawie odleciałem, dlatego położyłem głowę na plecach kelnera, mając przed oczami los biednych plemników. Bywało, że wysyłałem je nad morze, teraz raczej morza nie zobaczą.
Ale co tam. Musiałem się zbierać, a kelner wracać do pracy. Wciągnąłem pośpiesznie spodnie.
- Najlepsze rżnięcie w pracy, jakie miałem. - Kelner założył spodnie i usiadł na pudełku obok. Zaśmiał się i mrugnął porozumiewawczo do mnie.
- Cieszę się, że mogłem ci umilić czas w pracy - odparłem - ale chyba pora wracać do pracy, prawda?
- Zostaniesz jeszcze?
Zostałem. Wypiłem zimną lemoniadę, którą chwaliła się kawiarnia. Kelner cały czas lukał do mnie zza baru, przemykał obok, zagadując od niechcenia. W końcu trzeba było się podnieść z miejsca i ruszać dalej.
Przez kolejne godziny błądziłem po mieście, ale w tym skwarze, który znów lał się z nieba, nie dało się za długo spacerować. Usiadłem w Ogrodzie Saskim, w cieniu pod drzewami, tuż przy fontannie, przy której obcokrajowcy cykali sobie fotki.


Mój umysł zalała fala myśli. Jedna po drugiej przewijały się przed moimi oczami. Widziałem całe swoje pedalskie życie. Od samego początku. Od pierwszych prób masturbacji, pierwszych fascynacji męskim ciałem. Pierwszym prawdziwym razem z Dominikiem. Na studiach. Eksperymentowaliśmy. Odkrywaliśmy swoją seksualność, swoje role. Cholera jasna! Przecież już wtedy dałem mu dupy. To nie Robert rozdziewiczał mój tyłek, tylko zrobił to Dominik iks lat temu! Ale to były tylko próby. I jakoś rola pasywa niezbyt przypadła mi do gustu. Ten ból... Nie, nie. Miałem ciągotki do ruchania.
Przed oczami stanął Paweł. Ten heteryk z bożej łaski, który... No no! Czyli ja wcale taki początkujący w dawaniu dupy nie jestem! Bo ten też mnie przeleciał po pijaku, kiedy jego wesele z Lady Margaret nie doszło do skonsumowania. Znaczy się skonsumował, ale ze mną. Przecież tyłek mnie bolał.
- O Dżizas! - Ukryłem twarz w dłoniach.
Jestem typowym pedałem. Totalną ciotą, cwelem, który dupczy się na prawo i lewo, i który nie szanuje swojego ciało. Najpierw fascynacja, pokusa, chuć i chęć wydupczenia jakiegoś kawalera, lub jak ostatnim razem danie dupy Robertowi, a dzisiaj rozcwelenie jakiegoś kelnera z kawiarni na syfiastym zapleczu. Co ja najlepszego robię, do licha? Nie panuję nad sobą. Co się dzieje? Czy to wina tego, że jestem samotny? I w ten sposób szukam i zażywam bliskości? To jest wyjście? Nie, nie potrafiłem siebie zrozumieć. Ani tym bardziej swojego postępowania.
Chciało mi się płakać. Co ja mówię! Jakie tam płakać! Ryczeć! Chciałem ryczeć! Wyć! Bo nie potrafiłem siebie ogarnąć. Ani swojego chorego postępowania. Dla chwili zaspokojenia, dla chwili fascynacji i rozkoszy, dla zwykłej fizycznej przyjemności, dupczyłem się z kim popadnie. Gdzie jest sedno mojego postępku? Co się pod tym kryje?
I nagle zobaczyłem jego. Wyłaniał się wolno. Jego zniekształcona od łez twarz przybierała swój pierwotny wygląd. To był on. Zepchnął wszystkie rozproszone myśli w kąt. Przegonił je jednym ruchem ręki. W umyśle zapanował spokój. Wiktor stał i przyglądał mi się uważnie. Z serdecznym i szczerym uśmiechem. Poczułem taki spokój, błogą ciszę, że nawet dźwięki szalonego miasta nie docierały do mojego wnętrza.
Wspomnienie Wiktora na Krupówkach było takie żywe. Takie realne. Mogłem wyciągnąć rękę, by go dotknąć, ale obawiałem się, że jego postać wówczas zniknie. Przepadnie na zawsze, a w tym momencie pragnąłem, by ze mną został.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Epizod 81.

Ból z każdą sekundą stawał się nie do zniesienia. Pulsował rytmicznie, rozsadzając mój organizm od środka. Miałem wrażenie, że jeszcze chwila i eksploduję. Z czeluści gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. Nie poznawałem swojego głosu. Zachrypnięty, gruby, inny. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Ani gdzie jestem, ani w jakim stanie.
Siłą bólu, który ponownie przeszył moje ciało, podniosłem powieki. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Ogarnął mnie strach. Potem poczułem silne pchnięcie i znów ten sam ból. Zacisnąłem zęby, by stłumić krzyk. Wiedziałem, że muszę, jak najszybciej zorientować się w sytuacji i w miejscu, w którym się znalazłem. Wyostrzyłem wszystkie zmysły. Wzrok starał się przeniknąć zalegający mrok, rozpoznać jakieś kształty. Dostrzegłem białą ścianę i drewnianą poręcz. To musiałoby być łóżko.
I znowu potęgujący się ból. Jęknąłem przez zaciśnięte zęby. Skupiłem się na rękach. Delikatnie przesunąłem palcami. Jedwabna pościel. A więc nie jestem zamknięty w jakiejś piwnicy. Uff, mogę odetchnąć. Przynajmniej nie zostałem uprowadzony w odludne miejsce.
Ponownie poczułem promieniujący ból, rozprzestrzeniający się od kości ogonowej. Szybko. Muszę się zorientować, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Co wiem? Jestem w mieszkaniu, w którym zalegają ciemności. Leżę w jedwabnej pościeli i raz po raz odczuwam ból. W tym momencie uśpiony dotąd słuch wyłapał dźwięki, które mieszały się z moim krzykiem. W pokoju była jeszcze jedna osoba. Sapanie było tak wyraźne, że nie dało się je pomylić z niczym innym.
I nagle wszystko stało się jasne. Kurtyna, która dotąd przysłaniała moje zmysły, niespodziewanie opadła gwałtownie. Jęki przyśpieszyły. Ktoś na mnie leżał. Ktoś mnie ostro posuwał. Jebał w dupę, że za każdym razem, kiedy kutas znikał w odbycie, z mojego gardła wydobywał się krzyk. W pierwszym momencie, kiedy dotarło do mnie, co się dzieje, chciałem się wyrywać, ale mężczyzna nade mną okazał się dużo silniejszy, więc szybko zrezygnowałem, by już po chwili odczuwać przyjemność z seksu analnego. Do tej pory to ja pełniłem rolę aktywa. Teraz byłem pasywem, któremu jakiś nieznajomy rozprawicza tyłek.
Uniosłem się na rękach. Zerknąłem w lewo. W ciemności, tuż nade mną zamajaczała niewyraźna męska sylwetka. Mocna dłoń z powrotem przygwoździła mnie do łóżka. Runąłem twarzą w poduszkę, jęcząc nie tyle już z bólu, co z rozkoszy. A więc to czują pasywi, kiedy ktoś rżnie ich w dupę, przez mój zaaferowany umysł, doświadczający nowych doznań przebiegła niepozorna myśl.
Aktyw nagle przyśpieszył. Plask! Plask! Plask! Jego biodra rytmicznie uderzały w moje pośladki. Zwieracze łapczywie chwytały kutasa, a tyłek mimowolnie unosił się ku górze, wypinał, by przyjmować członka. Wiedziałem, co lada moment się stanie. Oddech jebaki, unoszącego się nade mną przerodził się w pojękiwania.
- O Jezusie! - usłyszałem własny głos.
Nie chciałem, żeby obcy koleś, który nie założył gumy, spuścił mi się w odbyt. Zacząłem się wiercić, ale było już za późno. Targany spazmami orgazmu opadł ciężko na moje plecy. Gorąca sperma trysnęła obficie, zalewając mój tyłek. Jęczał i wił się z rozkoszy przez jeszcze długą chwilę, nim utonął w moich włosach. Miał gorący oddech, a spocone ciało przylepiło się do mojego. Jego kutas jeszcze raz naprężył się, splunął, po czym powoli wracał do stanu spoczynku. Mimo to wciąż go w sobie czułem.
Choć przeżyłem rozkosz, choć było mi mało, musiałem myśleć racjonalnie. Kim jest mężczyzna, który doprowadził mnie do takiego stanu? Jak w ogóle znalazłem się w tym pomieszczeniu? Co się ze mną stało? Czemu tak niewiele pamiętam? Dlaczego mam pustkę w głowie? Nałykałem się jakichś narkotyków, czy czegoś podobnego?
- Bosko - usłyszałem szept mężczyzny.
Jego język zatoczył koło nad moim uchem, po czym wniknął do środka. Wstrząsnął mną dreszcz. Ale taki przyjemny, że aż się rozpływałem. Stoczył się ze mnie i sięgnął do stolika przy łóżku. Pstryknięcie, i pokój rozświetlił snop żółtego światła. Nareszcie ujrzę twarz mojego jebaki.
Uśmiechnąłem się sam do siebie. Masywna sylwetka, wyrzeźbione ramiona, rozrośnięte plecy, wygolona głowa i tatuaż na lewym ramieniu. Postać wyglądała znajomo. Zmrużyłem oczy. Podświadomość już zaczęła krzyczeć, że najwyższa pora uciekać. Spieprzać stąd, jak najdalej. Ale ja, jak to zwykle ja, nazbyt ciekawski, wpatrywałem się w mężczyznę, który grzebał za czymś w szufladzie.
- Jak ci się podobała jazda na poppersie? - Ochrypły, lecz znajomy głos przedzierał się przez jeszcze otępiały umysł. To dlatego tak dziwnie się czuję. Nawdychałem się jakiegoś świństwa. - Tak myślałem, że to będzie dobry pomysł. Odlot na całego. Bez żadnego skrępowania. Bez zahamowań. Ty odleciałeś - zaśmiał się mężczyzna.
Wyciągnąłem rękę, by go dotknąć. Zaledwie parę centymetrów przed jego ramieniem, na którym namalowany był tribal, zawisła w powietrzu. Przestraszyłem się, ale czego? Moja podświadomość szalała. Widziałem siebie, jak biegam po pokoju w poszukiwaniu ubrań. W szaleńczym tempie zakładam ciuchy, by potem zniknąć na mieście. Tylko czy słusznie mam obawy?
Odwrócił się.
- O Jezusie Nazarejski! - krzyknąłem z przerażenia. Odruchowo wycofałem się na brzeg łóżka, przebierając nieporadnie nogami po jedwabnej pościeli. Ślizgałem się, krzycząc coś wniebogłosy. Tak się zapędziłem, że runąłem na podłogę, jak długi.
Przed oczami widziałem Roberta, prezesa agencji reklamowej. O Jezusie! Co ja najlepszego zrobiłem? Jak do tego doszło? Nie, on musiał mnie upić, musiał mi coś zrobić, że wylądowałem u niego na mieszkaniu. Na pewno! Na sto procent! Na bank! Przecież dobrowolnie bym z nim nie poszedł do łóżka. Zmusił mnie. Zgwałcił! O właśnie! Zgwałcił mnie! To jest myśl. Kazał wdychać jakieś poppersy, więc dlatego tak mało pamiętam.
- Co się stało?
Robert przeskoczył przez łóżko i stanął nade mną w rozkroku, z dyndającym obwisłym kutasem. Był sporych rozmiarów, dosyć solidny i gruby. No no, Robercik miał się czym pochwalić. Ale o czym ja myślę?! Zrugałem siebie w myślach i szybko przeniosłem wzrok na jego twarz.
- Zostaw mnie! - krzyknąłem obsesyjnie. - Nie podchodź! Nie zbliżaj się!
- Filip, co ci jest? - Robert nie wierzył własnym oczom w moje zachowanie. - Oszalałeś? Może to reakcja na tego poppersa?
- Co ja tu robię? - Panikowałem. Wiedziałem, że panikuję, ale nic nie mogłem na to poradzić.
- Uspokój się, Filip.
Wycofałem się pod ścianę. Robert natychmiast zjawił się przy mnie i mocno objął. Początkowo próbowałem się wyrwać z uścisku. Szarpałem się, wiłem, krzyczałem, by wreszcie się uspokoić. Czułe objęcie zaczęło działać na mnie kojąco.
- Już okej, nic się nie stało.
Pomógł mi się ogarnąć, zarzucić coś na siebie. Przy kubku gorącej herbaty, w salonie na dole, opowiedział mi w skrócie, jak się znalazłem u niego na mieszkaniu.
Robert był wściekły, kiedy zobaczył mnie w agencji i kiedy na własną rękę postanowiłem ujawnić sekret Kamila. Ryzykowałem wiele. Ale się udało. Mimo tego nie umiał tego przeboleć, więc musiał dać mi nauczkę. Zjechał windą na parking podziemny. Szczęście mu sprzyjało, bo akurat ja też tam wylądowałem. Wiadomo sprzeczka, wyzwiska. Nie mógł znieść mojej ignorancji, więc zastosował niechlubną metodę. Przyznał - nie myślał wtedy, kiedy wbijał mi igłę z szybko działającym usypiaczem. Miał takie akcesorium przy sobie, dostał od znajomego weterynarza. Nie był to mocny środek, ale wystarczający, by nieco mnie otumanić.
Kiedy się ocknąłem, wyznał prawdę. Że jest gejem, że żyje w ukryciu i że nie może pozwolić, by ktokolwiek dowiedział się o nim prawdy. I kiedy po raz pierwszy mnie zobaczył, tam w Krakowie, w biurze Marka, od razu zapałał do mnie sympatią. Nie mógł znieść, że Kamil doprowadził do kolejnego zwolnienia, kolejną, fajną osobę. Dlatego postanowił utrzeć mu nosa i dać porządną nauczkę. W tym celu był potrzebny mój udział. Przyznał, że jeden cel może nas zjednoczyć i jednocześnie zbliżyć. Liczył na to, kiedy zgodziłem się przyjechać do Warszawy i skorzystać z noclegu. Ale... nie czynił żadnych kroków, bo obawiał się mojej reakcji. A nie chciał, żeby wyszło, że jest gejem. Jak się okazało, to również on był moim wybawicielem w Toro. To on bił się w moim imieniu przed klubem. Ale wstydził się, że poszedł do takiego klubu, dlatego też milczał o tamtym zdarzeniu. Był wściekły, że tam wylądowałem, że mnie pobił koleś. Nie chciał już do tego wracać. Ucieszył się, że wszystko wróciło do normy.
W tym momencie coś mi już tam zaczęło świtać w umyśle. Przypomniało mi się, że wysłałem wtedy SMS-a do Arkadiusza, że nic mi nie jest i żeby się o mnie nie martwił. Tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy się całować. A potem przystałem na całą akcję rżnięcia. Zapytałem, czy tak po prostu zgodziłem się być pasywny. Przyznał, że nie. Że wręcz z mojej strony pojawił się bulwers, ale Robert przejął inicjatywę. W ten sposób pierwszy ktoś mnie wyruchał. Dosłownie.
- Nie miałem zamiaru cię skrzywdzić. - Robert podszedł do mnie i ucałował w policzek. Patrzył przenikliwym wzrokiem i z lekkim uśmiechem. - Za bardzo cię cenię. Nie musisz się mnie obawiać.
Wyciągnął z mojej dłoni pusty kubek. Chwycił swoimi wielkimi palcami moje drobne palce.
- Chodź do łóżka.
Pociągnął delikatnie. Nie opierałem się. Poszedłem za nim do sypialni. Czy dobrze robiłem? Nie wiem. Miałem obawy. Czułem strach. Bo przecież nie znam tego człowieka, a mimo to było mi z nim dobrze. Tylko że Robert znał Sebastiana. Muszę się dowiedzieć konkretów. Ale to jutro. Nie teraz.
Zapadłem się w pościel. Robert położył się na mnie i zaczął pieścić. Wbiłem palce w jego masywne plecy. Pod opuszkami czułem gładką skórę, naprężone mięśnie. Jego język penetrował moje ciało, a ja odpływałem, wijąc się z rozkoszy... Nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Wiem tylko, że nasze ciała splotły się w jednym uścisku.
Nazajutrz obudziłem się skoro świt. Nie wiem, która mogła być godzina. Kiedy podszedłem do okna, słońce już mocno jarzyło. Zapowiadał się upalny piątkowy dzień. Miasto tętniło życiem. Sznur samochodów sunął główną ulicą. Ludzie wychodzili z bloków i śpieszyli do pracy. Jak zwykle spóźnieni. Jak zwykle pędzili szybko po chodniku, by zdążyć na tramwaj czy autobus.
Spojrzałem na Roberta. Spał kamiennym snem. Wygolona klatka piersiowa podnosiła się powoli ku górze, by po chwili wolno opaść. I ponownie pięła się wraz z wdechem w kierunku sufitu, i opadała. Było nam dobrze ostatniej nocy. Powiedziałbym - bardzo dobrze. Wyśmienicie. A jednak nie miałem pojęcia dokąd zmierza ten cały nasz układ. To coś, czego nawet nie potrafiłem nazwać. Robert, prezes firmy i ja, szary żuczek, niczym się nie wyróżniający.
Usiadłem na brzegu łóżka. Zajrzałem do uchylonej szuflady. Wśród sterty papierów, które się tam walały, zauważyłem złoty łańcuszek. Krzyżyk. Chwyciłem go w palce i wyciągnąłem z szuflady. A to ci niespodzianka, pomyślałem rozbawiony. Przecież to własność Sebastiana. Jego duch, ten z Edenu, nosi taki sam na szyi.
Robert przebudził się. Przeciągnął się, głośno ziewając. Spojrzałem na niego zmieszany.
- Cześć piękny - przywitał się z uśmiechem. Dopiero wtedy dojrzał łańcuszek. Natychmiast spoważniał. Podparł się na łokciach. - Skąd to masz?
- Było w szufladzie - odparłem szybko. - Nie jest twój, prawda?
Zmarszczył czoło, jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć.
- Nie, nie jest moje. Możesz sobie wziąć.
Zerwał się z łóżka i ruszył w kierunku łazienki. Postanowiłem wykorzystać sytuację. Kuć żelazo, póki gorące, a przecież chciałem się uzyskać jakichś informacji o Sebastianie.
- Należał do Sebastiana?
Zatrzymał się w progu. Obawiałem się, że znów zareaguje agresywnie. Tak jak wczoraj, kiedy dałem ujawniłem przed dyrektorem Ya-Ha wstydliwą tajemnicę jego siostrzeńca. Robert był na mnie wściekły, że zrobiłem to bez niego. Teraz też mógł się wkurzyć. Miał ku temu prawo, bo przecież grzebałem w jego prywatnych rzeczach.
- To jego krzyżyk, prawda? - nie dawałem za wygraną. Powinienem już zamilknąć. Trzymać język za zębami, a nie paplać i paplać, i tylko się pogrążać.
Odwrócił się w moją stronę. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była pusta, ponura, bezwzględna.
- O jakim Sebastianie mówisz?
Jego głos zabrzmiał jakoś inaczej. Jednak mieli ze sobą coś wspólnego. Czy tylko interesy ich łączyły? Czy może też coś więcej?
- Sebastian Czarko.
Spiorunował mnie spojrzeniem. Bałem się poruszyć. Znalazłem się pod ostrzałem. Przeczucie podpowiadało mi, że wszedłem na niepewny grunt. Po minie Roberta wnioskowałem, że jest to dla niego drażliwy temat. Ale musiałem wiedzieć. Po prostu musiałem.
- Nieważne.
- Robert - zatrzymałem go - muszę to wiedzieć. Co was łączyło?
- Co cię to obchodzi? - podniósł głos oburzony. - Nie twój interes.
- Wiem, że był twoim asystentem w firmie. - Nie dawałem za wygraną. Musiałem dotrzeć do prawdy. - Ale nie tylko to was łączyło, prawda?
- Przyszedłeś szperać w moim życiorysie? - Podszedł w moją stronę. - Tym się teraz zajmujesz, kiedy Marek wylał cię z roboty?
Chciał, żeby mnie zabolało. Chciał uderzyć w czuły punkt w taki sposób, żebym się wycofał i przestał węszyć. Dla Roberta temat Sebastiana był bardzo drażliwy. Ale jego uwaga mnie nie zabolała. Wstałem i stanąłem przed nim.
- Nie szperam w twoim życiorysie, ale tak się składa, że można powiedzieć, iż poznałem Sebastiana.
- Chcesz wiedzieć, co nas łączyło? Chcesz?
Skinąłem głową.
- Byliśmy parą. Kochałem go, jak nikogo wcześniej. To był mój pierwszy prawdziwy facet, mój partner, którego obdarzyłem prawdziwym uczuciem. Oszalałem na jego punkcie. Gotów byłem dla niego zrobić dosłownie wszystko. Chciałem nieba mu uchylić. Zaangażowałem się w nasz związek. Poświęciłem tyle rzeczy dla niego, a on... - westchnął głośno - tak po prostu się mną znudził. Zostawił i wyjechał.
Patrzył na mnie przerażonym spojrzeniem małego dziecka. Widziałem, jak w jego oczach zbierają się łzy. Niespodziewanie ujął mą twarz w swoje dłonie i pocałował namiętnie w usta. Byłem zaskoczony jego reakcją. Nie spodziewałem się takiego zachowania.
- Bardzo mi go przypominasz. Naprawdę. I w wyglądzie, i w gestach. To spojrzenie. Ten uśmiech. Jesteście bardzo do siebie podobni, choć jednocześnie bardzo różni. Myślałem, że z tobą uda mi się coś stworzyć...
Zaskoczyły mnie jego słowa. Odwrócił się na pięcie i ruszył do łazienki. Patrzyłem za nim. Zatrzymał się w wejściu i znów spojrzał w moją stronę.
- Teraz już wiesz, co mnie łączyło z Sebą, więc możesz stąd spierdalać. Gdy wyjdę spod prysznica, ma cię tutaj nie być.
Drzwi trzasnęły głośno. O mały włos, a by wypadły z futryny. Zaskoczony słowami Roberta stałem dłuższą chwilę, nim dotarło do mnie, co właśnie miało przed momentem miejsce.