piątek, 4 kwietnia 2014

Epizod 116.

Poznań.
Do stolicy Wielkopolski przybyłem późnym czwartkowym wieczorem. Wysiadając z pociągu, piździło na peronach tak pierońsko, że telepałem się z zimna. Gruba, zimowa kurtka niewiele pomagała, a przez polarową czapkę przebijały się powiewy chłodu. Prosto z dworca, złapałem taksówkę i pojechałem do hotelu, by się zakwaterować. W piątek od rana zabierałem się do pracy, czyli targi hotelarskie, na które wysłała mnie Aniela. Wyszedłem tylko zjeść skromną kolację, całkiem niedaleko od miejsca mojego pobytu.
Na targi zjechało się całkiem sporo przedstawicieli hoteli, pensjonatów, właścicieli kwater prywatnych. Każdy z jakąś ulotką, każdy z uśmiechem i piękną gadką. W tej kwestii sprawdzało się przysłowie, że dobra reklama jest dźwignią handlu. Pobytem w górach, u stóp Giewontu też zainteresowała się spora grupa odwiedzających. Pensjonat Anieli nie był jedyny, który miał w ofercie tani wynajem pokoi gościnnych. Konkurencja była całkiem spora.
Po trzech kawach i sześciu godzinach ciągłego uśmiechania się do ludzi, wreszcie zamknęliśmy pierwszy dzień targów. Teraz czekała mnie najgorsza część. Nie, nie sprzątanie stoiska. To coś innego, bardziej stresującego. Między innymi dlatego tak obawiałem się przyjazdu do Poznania. W sumie mogłem tylko przyjechać, odbębnić targi i wrócić do Zakopanego, ale obiecałem sobie zamknięcie spraw z przeszłości. Właśnie. To z przeszłością postanowiłem się dzisiaj spotkać.
Adres mieszkania był mi doskonale znany. Przez tych kilka lat, mimo iż o nim nie myślałem, wielokrotnie nazwa ulicy z numerem przemykały mi przed oczami. Jak mógłbym go zresztą zapomnieć? Przecież sam osobiście go wybierałem. Dziś stałem przed wysokim blokiem, owinięty szalem, zgarbiony od zimna. I choć serce waliło, jak oszalałe, gotowe wyrwać się klatki piersiowej, wiedziałem że odwrotu już nie ma. Postanowiłem ostatecznie rozprawić się z przeszłością, więc ucieczka byłaby nie na miejscu. Wziąłem głęboki wdech, potem jeszcze jeden. I następny. I... I nie mogłem się ruszyć. Z zimna przymarzłem do chodnika. Zbeształem się w myślach i zrobiłem wreszcie krok do przodu. W tym samym momencie drzwi od klatki schodowej otwarły się. Grzecznie podziękowałem młodej kobiecie i wszedłem do środka. Wjechałem windą na szóste piętro. Na korytarzu nie było żywego ducha. Drżąc z przerażenia szedłem przed siebie, w dobrze znanym mi kierunku. Zatrzymałem się przed brązowymi drzwiami. Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem dzwonek. W mieszkaniu rozległ się charakterystyczny dźwięk.
Wstrzymałem oddech. Nasłuchiwałem.
Coś skrzypnęło. Coś się poruszyło, jakby zeskoczyło. Po chwili usłyszałem kroki, zmierzające do drzwi. Były coraz bliżej.
Dźwięk przekręcanego zamka. Zgrzyt.
Czułem, jak pod wpływem stresu napinają się wszystkie mięśnie.
Oto chwila prawdy.
Drzwi uchyliły się. Wysoki brunet, wyższy ode mnie o głowę, z kilkudniowym zarostem zagradzał wejście do mieszkania. Między nogami właściciela mieszkania zjawił się czarny kot. Luknął na mnie z zaciekawieniem, miauknął cicho, po czym dumnie i z gracją, totalnie się mną nie interesując, zawrócił do przedpokoju.
Przeniosłem wzrok na mężczyznę, podpierającego drzwi. Pociągła twarz, wydatne kości policzkowe, brązowe oczy i cofające się włosy. Niby nic się nie zmienił, ale jednak był inny. Inny, niż tych kilka lat temu. Początkowo obojętna twarz, nagle spoważniała. Oczy zrobiły się okrągłe.
- Filip? - rzekł z niedowierzaniem.
- Cześć Szymon - przywitałem się, formując usta w serdeczny i szczery uśmiech. Naprawdę cieszyłem się, że go widzę.
- Kogo jak kogo, ale ciebie spodziewałbym się jako ostatniego. Co robisz w Poznaniu?
- Jestem na targach hotelarskich i... - Wziąłem głębszy wdech. - I pomyślałem, że skoro już jestem w pobliżu, to wpadnę w odwiedziny.
Przechylił głowę na lewo i wbił we mnie wzrok. Wytrzymałem jego spojrzenie zaledwie przez kilka krótkich sekund. Głośne przełknięcie zdradziło moje zamiary.
- I myślisz, że w to uwierzę? - zapytał kpiąco Szymon. - Nie utrzymujemy kontaktu od dnia, w którym opuściłem Kraków. A trochę lat minęło. Ile to już będzie? Osiem? Dziewięć?
Spoglądał z nieufnością na mnie, a ja patrzyłem na niego. W głębi cieszyłem się, że go wreszcie widzę. Wyszło na to, że jednak Szymon nie jest zachwycony moimi odwiedzinami. Nie ma co się dziwić. On się ze mną nie kontaktował i nie miał zamiaru się odezwać.
- Taka była umowa. - Mimo to otworzył szerzej drzwi i zrobił miejsce. - Ale skoro już tutaj jesteś...
Wpuścił mnie do środka.
Mieszkanie było niezbyt duże. Posiadało przestronny salon z dużym balkonem oraz z wydzielonym i widnym aneksem kuchennym. Przymknięte po prawej stronie drzwi prowadziły zapewne do sypialni. Ściany miały kremowy kolor, do tego odrobinę ciemniejsze zasłony. Obok drzwi balkonowych stała przystrojona choinka z kolorowymi bombkami. Wchodząc do salonu odniosłem wrażenie, że to mieszkanie nie jest zasiedlone tylko przez Szymona. Ktoś bywał częstym gościem w tych progach. I nie myliłem się. Kiedy mój wzrok padł na szafkę, na której stały równo ułożone ramki ze zdjęciami, wiedziałem co jest grane. Mimowolnie podszedłem bliżej. Na każdym był Szymon i chłopak o niebieskich oczach i ciemnobrązowych włosach. W uśmiechu pokazywał pełne uzębienie.
- To Wojciech - usłyszałem Szymona, a w jego głosie dało się słyszeć dumę - mój chłopak.
Odwróciłem się w jego stronę.
- Długo jesteście razem?
- Poznaliśmy się sześć lat temu.
- Długi staż - zauważyłem.
- Rozgość się. - Szymon wskazał ręką kanapę. - Zrobię nam kawy.
Przez ten czas, kiedy przyrządzał kawę w kuchni i podczas jej picia, wygadał się wreszcie - gdyby nie moje dociekliwe pytania pewnie by się nie otworzył - że tutaj w Poznaniu rozpoczął nowe życie. Całkowicie od zera. Jest dumny z odniesionych sukcesów. Najpierw studia, potem jego kariera zawodowa w szybkim tempie się rozwinęła. Zaledwie rok po przeprowadzce do Poznania poznał Wojtka. Wojtek był dwa lata starszy od Szymona. Spotkali się na obozie integracyjnym i zapałali do siebie sympatią już na pierwszym spotkaniu, ale żadne nie przyznało się do swojej orientacji. Znajomość rozwijała się z każdym dniem. Lubili swoje towarzystwo, lubili się wygłupiać. W końcu podczas jednej z imprez, suto zakrapianych alkoholem, padły szczere wyznania. I tak zaczęli się jeszcze częściej spotykać, spędzać wspólnie czas, aż w końcu zdecydowali się na wspólne zamieszkanie. Kupili mieszkanie i od paru lat żyją razem.
- Tak myślałem, kiedy tutaj wchodziłem - odstawiłem filiżankę z kawą. - Da się wyczuć, że nie mieszkasz sam. Jesteś szczęśliwy?
- I to bardzo - odparł z uśmiechem Szymon. - A ty? Jak twoje życie uczuciowe?
Wzruszyłem ramionami.
- Moje życie uczuciowe - powtórzyłem. - Totalna porażka. Nie ułożyło się tak kolorowo, jak tobie. Ciągle miałem jakieś perypetie i przeszkody, które stawały mi na drodze. Ale... mam nadzieję, że tym razem się uda, choć zaczęło się podobnie, jak poprzednim razem. Czyli z problemami.
- Trzeba wierzyć.
- Tylko problemy wciąż się czają - zauważyłem.
Szymon jakby wyczuł, co chcę powiedzieć, gdyż wyprostował się w fotelu i spoglądał na mnie z zaciekawieniem.
- Problemy będą zawsze, ale wy musicie się nauczyć wspólnie z nimi zmierzyć. One ot, tak nie znikną.
- Chcę zacząć życie z Wiktorem od czystej kartki. - Gdy to mówiłem, patrzyłem Szymonowi w oczy. - Bez ciążącej przeszłości. Bez złych wspomnień.
Zaległa cisza. Ciężka, upiorna, duszna. Szymon milczał, patrząc na mnie.
- A więc po to przyjechałeś do mnie - odezwał się wreszcie. Zaatakował niespodziewanie. - Chcesz wyciągnąć brudy i zacząć je prać. Po co chcesz do tego wracać, Filip? Było minęło. Zacząłem nowe życie. I dobrze ci radzę: ty też zacznij żyć. Przestań oglądać się za siebie.
- Szymon! - Musiałem mówić spokojnie i z opanowaniem. Tylko w ten sposób mogłem coś wskórać. - Nie możemy przejść obok przeszłości. Nie obok TAKIEJ przeszłości - zaakcentowałem słowo "takiej". - Uwierz mi, próbowałem. Starałem się zapomnieć o tamtych wydarzeniach. Nie udało się. Sumienie nie dało mi spokoju...
Szymon popatrzył na mnie uważnie. Przygwoździł wzrokiem, próbując przedrzeć się do zakamarków mojego umysłu. Twarz nagle zbladła. Usta lekko się uchyliły.
- O Boże! - jęknął i opadł na fotel. - Wygadałeś się. Wypaplałeś wszystko. Zdradziłeś naszą tajemnicę.
Zakrył dłonią usta.
- O Boże!
- Musiałem - spuściłem wzrok. - Sumienie mnie zżerało i nie dawało spokoju.
- Ale to przecież było prawie dziesięć lat temu, do cholery! - Szymon podniósł głos.
- Michał dowiedział się dwa lata po twojej wyprowadzce do Poznania. Milczał przez ten czas, ale teraz zaczyna mnie szantażować. Grozi, że moi znajomi poznają prawdę.
- Znajomi? - zapytał Szymon. - Uff! Super! - odetchnął z ulgą. - Całe szczęście, że nie zamierza zgłosić tego na policję.
- Szymon, nie znasz Michała tak dobrze, jak ja go znam. Ja go znam - wskazałem palcem na siebie - i uwierz mi, że jest zdolny do wszystkiego. Jeśli jego szantaż nie odniesie skutku, posunie się o krok dalej. Zrozum, że wyjawienie prawdy to tylko wierzchołek góry lodowej. Musimy coś zrobić.
- Musimy? - złapał mnie za słowo Szymon. - My musimy? Filip, my nic nie musimy. My złożyliśmy sobie przyrzeczenie, że nikt nie dowie się prawdy o tamtym wydarzeniu. Nikt! Rozumiesz? Ale ty przyjeżdżasz do Poznania po kilku latach, odnajdujesz mnie i mówisz mi, że wypaplałeś naszą tajemnicę jakiemuś tam Michałowi. Co mnie obchodzi twój Michał? - Szymon podniósł głos. - To twój znajomy, nie mój. Ty musisz sobie z nim poradzić.
Postanowiłem nie kłócić się z Szymonem i nie podnosić mu ciśnienia. Załagodzenie sprawy i znalezienie wyjścia z tej patowej sytuacji było teraz nadrzędnym celem.
- Wiem, zawiniłem - przyznałem się do błędu - i muszę odpokutować. Ale obawiam się, że jest za późno. Michał już działa. Będę się starał znaleźć inne rozwiązanie, ale póki się nie uda, musimy wspólnie znaleźć alternatywę z tej sytuacji.
- Nie, Filip! - zaprzeczył stanowczo. - Sorry, ale nie. Jestem ci wdzięczny za wszystko. Za to, że znalazłeś dla mnie ten azyl - wskazał ręką na mieszkanie. - Że pomogłeś mi wymknąć się cichaczem z Krakowa. Że całą przeprowadzkę tak sprawnie zorganizowałeś. I dzięki tobie zacząłem w Poznaniu nowe życie. Skończyłem studia, mam pracę, poznałem Wojtka. Jestem szczęśliwy, rozumiesz? Kraków i tamto feralne wydarzenie, tamte wspomnienia, zostawiłem za sobą. Nie chcę do nich wracać. To przeszłość.
- Szymon, na Boga, nie możesz ignorować tego faktu! Mikołaj jest twoim synem! Ma dziesięć lat. Wiesz w ogóle o tym?
Wreszcie po tylu latach zmowy milczenia o tajemnicy, krążenie po omacku wokół niej i nie nazywanie jej po imieniu, wyłoniło się z zakamarków przeszłości. Określiłem ją. Nadałem sens i znaczenie, a dzięki temu odczułem, jak ogarnia mnie ulga.
- A ty sprawiłeś, że wylądował na wózku.
Tymi słowami Szymon wbił mi szpilę. Odczułem ukłucie bólu, ale byłem na to gotowy. Nie sądziłem jedynie, że to tak mocno zaboli. Całą drogę z Zakopanego do Poznania przygotowywałem się na uderzenie Szymona, na jego cios. Nie dość, że co roku w ramach rozgrzeszenia własnego sumienia przychodziłem do szpitala, w którym przebywał Mikołaj i dawałem mu prezenty, to wspomnienia z tamtego nocy wracały, niczym koszmarne sny. Nawiedzały w najmniej spodziewanym momencie. Atakowały i przypominały o wyrządzonej krzywdzie. W imię przyjaźni, a może i nawet chwilowego młodzieńczego zauroczenia Szymonem chciałem mu pomóc odzyskać wolność. Karolina groziła, że odda sprawę do sądu, jeśli Szymon nie uzna dziecka, pójdzie na policję, że została zgwałcona. A ja doszedłem do wniosku, że jeśli nie będzie dziecka, to i nie będzie sprawy.
Jaki ja byłem głupi!
Teraz, gdy o tym pomyślę, wiem, jaki byłem żałosny i niepoważny. Ale zaślepiony dziwnym uczuciem kierowałem się totalnie innymi walorami.
- Szymon! - Postanowiłem zacząć jeszcze raz i dojść do konsensusu. - Wiele lat temu popełniliśmy fatalny błąd, który na nas ciąży.
- To przeszłość, Filip - przerwał Szymon. - Zacznij żyć na nowo.
- Kiedy nie potrafię!
- Do tej pory żyłeś, dopóki Michał nie zaczął ci grozić, że wyjawi znajomym nasz sekret. Zrozum, Filip - Szymon skrzyżował palce dłoni. - Zacząłem nowe życie. Tutaj, w Poznaniu. Nie chcę wracać do tego, co było w Krakowie. Mam Wojtka. Kocham go, on mnie również i jesteśmy szczęśliwi.
- Też chciałbym zacząć nowe życie z czystą kartką, przy boku Wiktora, ale...
- To zrób to i nie zastanawiaj się więcej nad tym, co było iks lat temu! Zacznij żyć własnym życiem. A jeśli sumienie nie pozwala ci się pogodzić z przeszłością, opiekuj się nadal Mikołajem.
- A ty? - wtrąciłem.
- Ty zrobisz to lepiej ode mnie - wzruszył ramionami. - Wybacz, ale nie nadaję się na ojca. Nawet na ojca na odległość i od święta.
Chyba go rozumiałem. Też nie byłbym dobrym ojcem. Zresztą, ja jako gej, raczej ojcowanie by mi nie wyszło. Obdarzanie prezentami Mikołaja było coroczną próbą uzyskania rozgrzeszenia dla samego siebie za celowe spowodowanie wypadku. W ten sposób tłumaczyłem się z tamtego wydarzenia. Ale od tamtej pory nie wsiadłem już za kółkiem.
- A co z Dominikiem? Milczy?
- Nie mam z polonistą kontaktu - odparłem. - Ten gwałt, potem wypadek... To wszystko spowodowało, że nasze drogi się rozeszły.
- Proszę cię - Szymon uniósł dłoń w geście obronnym - nie wspominajmy tamtych wydarzeń. I dla ciebie, i dla mnie są bolesne. Dla Dominika zresztą też. Zostawmy to.
- A co z Michałem? Co mam z nim zrobić? On wciąż będzie groził wyjawieniem tajemnicy. Wtedy już nie będziesz bezpieczny.
- Czy to jest ten Michał, o którym myślę? Ten, który próbował wkręcić się w nasze towarzystwo? Ten, którego nazwaliśmy Gumisiem? - na ustach Szymona pojawił się kpiący uśmiech.
Dawno nie słyszałem tego przezwiska. Nikt nie nazywał go tak od dnia, kiedy Szymon zniknął z Krakowa.
- Ten sam. - Mimowolnie też się uśmiechnąłem.
- Już wtedy był chujem - zauważył Szymon.
- I to mu zostało do dzisiaj - dodałem.
- Mówiłem ci, że już wtedy za tobą szalał.
- Weź przestań opowiadać takie głupoty! - obruszyłem się.
- Filip, jego spojrzenia mówiły same za siebie. Zapytaj Dominika. Zobaczysz, powie ci to samo, co ja ci mówię. Nie widziałeś tego, jak wodził za tobą wzrokiem? Czy może tylko udawałeś? - Nie zareagowałem na uwagę, więc mówił dalej: - Teraz trzyma cię w szachu i czuje, że mu wszystko wolno. Zna twój sekret.
- Twój też - zauważyłem. - Wpakowałem cię w to, wiem i zdaję sobie z tego sprawę,  ale obaj jesteśmy teraz w patowej sytuacji. Musimy coś wymyślić wspólnie.
- Masz jakiś sensowny pomysł? - zapytał kpiąco.
Odczekałem chwilę, by wreszcie powiedzieć:
- Przyznać się. - Potem słowa same wylewały się już z gardła. - Nie możemy dłużej tego ukrywać. To zbyt ciąży na sumieniu i nie daje spokoju. Po nocach mam koszmary i na nowo przeżywam tamte sytuacje. Deszczowa noc. Samochód. Pisk opon po śliskiej nawierzchni. Uderzenie. Widzę, jak uciekam z miejsca wypadku, nie oglądając się za siebie.
Szymon zamyślił się na dłuższą chwilę. Wlepił wzrok w okno i milczał. Dopiero po jakimś czasie przeniósł na mnie zmęczone spojrzenie.
- Filip - zaczął nieśmiało. - Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Chyba... zależało mi na tobie. Lubiłem cię i... Widziałem, jak bijesz się ze swoim sumieniem, jak próbujesz być "normalny". - Zrobiłem w powietrzu cudzysłowie. - Jak starasz się wyprzeć gejostwo ze swojego życia. Jak sam siebie próbujesz przekonać, że może ci się udać z dziewczynami. I co robisz? Gwałcisz dwie najlepsze przyjaciółki, a jedna rodzi ci po dziewięciu miesiącach syna. To jeszcze bardziej cię dobija. Chciałem ci pomóc, więc postanowiłem pozbyć się twojego problemu.
- Filip, jestem ci naprawdę za to wdzięczny. Bo mi pomogłeś. Ale... przyznać się? Nie! - zaprzeczył ruchem głowy. - Nie! Po prostu nie. Ułożyłem sobie wreszcie życie. Z wielkim trudem przyszło mi zaakceptować siebie i nie mogę pozwolić teraz, by przeszłość to wszystko zniszczyła. Nie, Filip, nie mogę się przyznać.
- To jaki masz inny pomysł? - zapytałem zrezygnowany.
Milczał, ale nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Wreszcie się odezwał.
- Nadal jest taki upierdliwy, jaki był na studiach? - Szymon zadał pytanie.
Nie bardzo rozumiałem sens tego pytania. Co to ma wspólnego ze znalezieniem wyjścia z patowej sytuacji? Charakter Michała raczej nam nie pomoże, a może wręcz zaszkodzić jeszcze bardziej.
- Tak. Przyznam, że jest podłą żmiją, ale co to ma wspólnego...
- Czyli nikt za nim nie przepada - wtrącił niespodziewanie Szymon.
- Co sugerujesz? - zapytałem zdziwiony.
- Musimy go uciszyć...
Odpowiedź Szymona wypełniła salon i zaległa ciężko. Na sekundę straciłem oddech. Przed oczami przeleciały różne obrazy, przedstawiające uciszanie Michała, a każde kolejne było jeszcze straszniejsze od poprzedniego.
- Uciszyć? - wyjąkałem w końcu. - Co przez to rozumiesz?
- Znając Michała, będzie cię terroryzował przeszłością i groził nią, aż w końcu albo zwariujesz, albo się poddasz i będziesz jego.
- Teraz to ty pieprzysz głupoty!
- Filip, przejrzyj na oczy. Ja nie mam zamiaru burzyć sobie porządku, którego z takim trudem budowałem. Walczyłem o takie życie, jakie mam. I miałbym teraz z tego zrezygnować? Z Wojtka? Z Poznania? Z mieszkania? I to przez Michała? O nie, Filip. Nie mogę na to pozwolić. Jeśli jest taką podłą żmiją, jak mówisz, to podpadł zapewne wielu osobom. Jego zniknięcie nie tylko nam wyjdzie na rękę.
- Byłbyś do tego zdolny? - zapytałem zaskoczony.
- Ty byłeś dla mnie gotowy zrobić wszystko. Sam zaplanowałeś wypadek Mikołaja. Dlaczego ja nie miałbym teraz tego zrobić dla ciebie? Obaj na tym skorzystamy. Obaj wreszcie się uwolnimy od Michała.
- Byłem wtedy głupi - zaoponowałem ostro. - Nie myślałem rozsądnie.
- Sam widzisz, że tamte decyzje mają daleki zasięg - zauważył Szymon. - Do dzisiaj się to wlecze za tobą, więc pora z tym skończyć.
- Ale...
W tej samej chwili rozległ się cichy dźwięk w domofonie. Ktoś wystukiwał kod pod blokiem. Spojrzałem na Szymona pytającym wzrokiem.
- To Wojtek - skrzyżował ręce na klatce. - On o niczym nie wie i nie chcę, żeby wiedział o mojej przeszłości, o Mikołaju. Nie mówmy o tym przy nim.
- Czyli Wojtek nie wie, że masz syna? - Chciałem się upewnić. Musiałem to usłyszeć.
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Okej - przytaknąłem. - Uszanuję twoją prywatność. A co z Michałem?
- Skontaktuję się z tobą. Ale pamiętaj, że uciszenie go jest jedynym sensownym wyjściem. Zastraszenie go nic nie da. Ma większego haka na nas. Musimy to dopracować.
- Nie wierzę. - Schowałem twarz w dłoniach. - Nie wierzę, że posuwamy się do takich sposobów. Nie lepiej się przyznać?
- Chcesz się przyznać i iść za kratki? Tak to widzisz?
- Może nie pójdziemy do więzienia.
- Filip! - Szymon wręcz krzyknął. - Nie łudź się, że cię wypuszczą. Skoro milczeliśmy tyle lat, możemy milczeć dalej. A Michała skutecznie uciszymy. I nie wierzę, że takie rozwiązanie nie przeszło ci przez myśl.
Chciałem zaoponować, ale powstrzymałem się. Tak, wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak zaciskam dłonie na jego kruchej szyi, jak się broni, chwyta rękami za moje nadgarstki i próbuje wyrwać się z uścisku. To jednak doprowadza do silniejszego nacisku na grdykę. Łapie powietrze szeroko rozwartymi ustami, ale nic to nie daje. Płuca obkurczają się, z gardła wydobywa się rzężenie. Ciężkie ciało osuwa się bezwładnie na podłogę.
- Nawet teraz o tym myślisz.
Z przedpokoju doleciał odgłos przekręcanego klucza w zamku. Drzwi zaskrzypiały.
- Nie wspominajmy już o tym - rzekł szeptem Szymon. - Skontaktuję się z tobą i dopracujemy szczegóły.
Przytaknąłem lekko głową.
- Cześć Szymon!
Niski głos rozległ się w przedpokoju.
- Cześć - odparł chłopak, zrywając się z fotela.
- Mamy gościa? - zapytał zdziwiony Wojtek.
- Kolega z Krakowa wpadł w odwiedziny.
Wstałem z kanapy i przywitałem się trzydziestoparoletnim mężczyzną. Czarna przystrzyżona broda zdobiła jego twarz, podkreślała okrągłe policzki. Dobrze zbudowane ciało, zapewne rzeźbione latami na siłowni, teraz nadawało jego właścicielowi zdrowy wygląd. Szymon przedstawił nas sobie. Mocny uścisk, przeszywające spojrzenie, jakby chciał się upewnić, że nie jestem konkurentem dla niego, dawnym kochankiem Szymona, o którego powinien być zazdrosny.
Wypiliśmy wspólnie po jeszcze jednej kawie, przy której bliżej poznałem Wojtka. Okazał się naprawdę miłym i wartościowym mężczyzną. Słuchając go, jego opowieści, wspomnień, prowadząc z nim rozmowę na prawie wszystkie tematy, przytaknąłem w myślach Szymonowi. Wśród tłumu homoseksualistów, zakochanych w sobie wypudrowanych i chudych młodzieńców, dla których bycie gejem to nowe trendy i styl życia, trafiły na siebie dwie przypadkowe osoby, normalne spośród normalnych. Zrozumiałem, że zrobiłbym rzeczywiście krzywdę i Szymonowi, i Wojtkowi, gdybym chciał zebrać przyjaciół, czy iść na policję i wypaplać całą przeszłość. Zniszczyłbym wówczas coś wspaniałego. Coś naprawdę niebywałego. Niepowtarzalne, rzadkie uczucie, jakim jest prawdziwa miłość. Dopóki tajemnica jest jeszcze w miarę bezpieczna, nie ma co przyspieszać zdarzeń. Patrząc na uśmiechniętego Szymona i zadowolonego Wojtka, wiedziałem już, że inaczej muszę rozegrać sprawę Michała. Nie mogę w to mieszać Szymona. On, tutaj w Poznaniu, wiedzie szczęśliwe życie. I niech tak pozostanie. Ja muszę rozegrać ten mecz z Michałem. Tylko on i ja. Ja powinienem go uciszyć, bo to ja rozpętałem tę burzę.
Pożegnałem się z chłopakami. Na odchodnym Szymon wyszeptał mi do ucha, że będzie ze mną w kontakcie. Przytaknąłem, choć już wiedziałem, że chłopaka nie wpakuję w kolejne bagno. Sam się zajmę Michałem. Idąc przez miasto, w kierunku hotelu, odniosłem wrażenie, że źle zrobiłem namawiając Szymona do wyjawienie prawdy, do przyznania się do przestępstwa. Przecież on jest szczęśliwy. Do tego dążył. I wreszcie osiągnął spokój, odnalazł szczęście przy boku Wojtka, zaakceptował swoją orientację. Nie mogę żądać od niego przyznania się do błędu, do gwałtu, do wzięcia odpowiedzialności. Gdyby ktoś z zewnątrz dowiedział się o naszej tajemnicy... Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, do czego by to doprowadziło. Nie, nie mogę żądać od Szymona takiego wyrzeczenia. Ja sam zajmę się Michałem.
Następnego dnia Szymon i Wojtek odwiedzili mnie na targach. Nie spodziewałem się ich, tym bardziej byłem zaskoczony ich wizytą. Przyglądając im się z boku, w głębi duszy cieszyłem się ich szczęściem. Byli ze sobą. Z zewnątrz nie wyglądali, jak typowi wymuskani geje XXI wieku. Ktoś nie do końca doinformowany mógł snuć przypuszczenia, że to geje, ale dla otoczenia wyglądali bardziej jak dwaj kumple, którzy po prostu wyszli na miasto. Zaprosili mnie na obiad do restauracji. Zgodziłem się, więc po zakończeniu drugiego dnia targów udaliśmy się na poznański rynek, by tam zjeść posiłek.


Zimne, lodowate wręcz powietrze zapowiadało rychłe opady śniegu. Nim wyjechałem z Zakopanego w Tatrach już leżał śnieg. Poznań musiał jeszcze trochę poczekać na biały puch.
Kiedy Wojtek udał się do toalety, Szymon wziął ode mnie numer telefonu. Powiedział, że jak tylko obmyśli plan, skontaktuje się ze mną i razem dopracujemy szczegóły i postanowimy co dalej. Uśmiechałem się, choć nie powinienem. Dlaczego to robiłem? Może dlatego, że tylko ja wiedziałem, że Szymon nie kiwnie nawet palcem w uciszaniu Michała. Ale nie mógł się o tym dowiedzieć. Pod żadnym pozorem. Dla jego dobra.
Wieczorem otrzymałem telefon od rodziców. Nalegali i naciskali, bym przyjechał do rodzinnej miejscowości; choć na parę dni. Próbowałem im wytłumaczyć, że mam pracę, obowiązki i nie mogę sobie tak zjeżdżać do domu, kiedy oni tego zechcą. Znałem powód ich nalegania, ale udawałem, że nie wiem o co chodzi. A chodziło o moje urodziny. Chcieli po prostu dać mi prezent. Powiedziałem, że jestem w Poznaniu i że w poniedziałek wracam już do Zakopanego. Ale po długich naleganiach, poddałem się. Zgodziłem się, że wpadnę, ale maksymalnie na dwie noce, potem muszę wracać do swoich obowiązków. Przystali z nieukrywaną ulgą. Dziwne, choć to tylko trzydzieste pierwsze urodziny. Nic specjalnego. Ale wiedziałem, że coś kombinują.
I miałem rację. Bo kiedy następnego dnia przyjechałem do domu, na podjeździe stał obcy mi samochód na krakowskich rejestracjach. Goście?, pomyślałem zaskoczony. Wszedłem do domu, a tam czekała mnie niespodzianka. W fotelu pod oknem w salonie, tyłem do wejścia siedział mężczyzna. Poczułem dziwny niepokój. Czy słuszny? Ostatnio moje przypuszczenia okazywały się trafne. A tym razem...
- Twój kolega postanowił zrobić ci niespodziankę! - rzekła z uśmiechem mama.
Mnie jednak nie było do śmiechu.
- Tak? - zapytałem drżącym głosem, próbując nad nim zapanować.
Patrząc na mężczyznę, zacząłem kojarzyć sylwetkę. Chłopak podniósł się z miejsca i odwrócił. W jednej chwili czułem, jak tracę oddech, ogarnia mnie przerażenie i paraliż mięśni. Świat zawirował.
- O Jezu - wymamrotałem koślawo pod nosem.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Filipie...
Michał uśmiechał się zwycięsko, nie spuszczając ze mnie kpiącego spojrzenia.
- Niespodzianka - dodał z zadowoleniem.
Nie odpowiedziałem nawet słowem. Głos utknął gdzieś w gardle. W tamtym momencie wiedziałem, że jego obecność w moim rodzinnym domu nie wróży nic dobrego. Przyjechał mnie zastraszyć, wiedząc, że jeśli uderzy w rodzinę, to uderzenie odniesie żądany skutek.
A więc Michał znów wygrał. Miał mnie w garści.

B l o g i   g e j ó w

wtorek, 1 kwietnia 2014

Epizod 115.

Smętny nastrój towarzyszył mi już od kilku dni. Myślałem, że przy weekendzie humor się polepszy, ale nic nie wskazywało na to, że będzie inaczej. Przez cały ten czas w mojej głowie trwała walka. Jedna część mnie chciała wyjawić tajemnicę sprzed lat, ukrywaną skrzętnie w zakamarkach mózgu, opieczętowaną przysięgą milczenia aż po grób. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jaki ciężar na mnie spoczął. Nękany wyrzutami sumienia, kierowany zaufaniem do Michała, wyśpiewałem mu cały sekret. Dziś groźba ujawnienia stała się bardzo realna. Zmęczony jego ciągłym szantażem i przytłaczającym obciążeniem, niespodziewanie zaczął kiełkować pomysł ujawnienia tajemnicy. Jednak obawa przed odrzuceniem, przed wytknięciem palcami działała na mnie paraliżująco. To ta druga część mnie, która wciąż chciała trzymać sprawę z przeszłości w szachu. Podpowiadała przeróżne rozwiązania, a kolejne były coraz bardziej abstrakcyjne od poprzednich. Istna paranoja.
Aniela od rana krążyła między kuchnią a salonem, taszcząc ze sobą to termos, to plecak, to jakąś folię spożywczą, to czekoladę i batoniki, to wodę. Nie spojrzała na mnie ani jeden raz. Nuciła jakąś góralską pieśń pod nosem. Nawet to olewanie mnie uwagi było mi na rękę. Nie zwracała uwagi, więc siedziałem za kontuarem, przeglądając rezerwacje. Niestety nie było tego zbyt wiele. Póki były święta, goście dopisywali. Ale brak śniegu straszył turystów. Ludzie rezygnowali z wycieczki do zimowej stolicy. W sumie nie ma się czemu dziwić. Gdybym był też takim napalonym narciarzem, wolałbym zabrać narty i wyjechać w Alpy niż szukać śniegu w polskich Tatrach.
Parę minut później zjawiła się Ewka. Przywitała się, machnięciem ręki i cichym burknięciem pod nosem. Zaledwie skinąłem głową, ale ta nie zwróciła na mnie uwagi. Co ich wszystkich ugryzło dzisiaj? No w sumie mnie też. Może to ciśnienie albo pogoda i każdy z nas odczuwał zbliżające się zmiany.
Nie wiem ile czasu upłynęło, kiedy Aniela wtaszczyła wypakowany po brzegi plecak. Wyglądało na to, że gdzieś wyjeżdża. Robi sobie urlop? Ale nic nie wspominała.
- Wybierasz się dokądś? - zapytałem od niechcenia.
Co prawda mało mnie to interesowało, ale skoro już zapytałem. Warto wiedzieć, co się dzieje w pensjonacie. Może mi o czymś mówiła, tylko nie zapamiętałem wiadomości.
- Ja? - Aniela nie kryła zaskoczenia. - Skąd ci to przyszło do głowy? Przecież muszę przygotowywać posiłki dla gości.
- A ten wypchany plecak? - zapytałem zdziwiony.
- To? - spojrzała zdziwiona na bagaż.
Moja wyczulona intuicja kazała być czujnym. Zachowanie Anieli nie było normalne, a przynajmniej nigdy nie ujawniała takich odruchów. Zazwyczaj, gdy coś wykonywała, wiedziała co robi i w jakim celu. W przypadku upchanego po brzegi plecaka, nie miała zielonego pojęcia. Była zdziwiona, a to pozwalało mi sądzić, że wykonywała pod czyjeś dyktando. Ale żeby Aniela?
- To na podróż - odparła wreszcie - ale nie dla mnie.
- Nie mów, że Ewkę w świat wysyłasz.
- Nie - zaprzeczyła ruchem głowy. - To dla Wiktora. Zaraz tu będzie. - Wyjrzała przez okno. - O! O wilku mowa.
Wiktor? Czy ja dobrze słyszę? Wyprostowałem się energicznie.
- Wiktor? - bąknąłem niewyraźnie.
Aniela przemknęła przez jadalnię w kierunku drzwi.
On tu jest za często, pomyślałem z rozdrażnieniem. Z jednej strony cieszyłem się na myśl, że znów go zobaczę. Z euforii czułem, jak serce przyspiesza, a ręce zaczynają drżeć. Chciałem go zobaczyć. Oczywiście, że chciałem. Nadal nie był mi obojętny, ale to nie jest normalne, że tak często go widuję.
Aniela wprowadziła chłopaka do środka. Trajkotała mu o czymś, nawet nie wiem o czym, gdyż nie przykładałem zbyt specjalnie do tego uwagi. Na moment tylko spojrzenie Wiktora spotkało się z moim. Przez usta przemknął ledwo zauważalny uśmiech. Rzucił w moją stronę "cześć" i przeszedł za Anielą do jadalni. Chwycił plecak i podszedł do kontuaru.
Początkowo patrzyłem na to wszystko jakby z oddali, z boku. Miałem wrażenie, że to dzieje się poza mną. Bo właściwie i Aniela, i Wiktor mnie olewali. Traktowali prawie, jak powietrze. Dopiero kiedy podszedł do lady i stanął przede mną, wróciłem do własnego ciała.
- Gotowy? - Na twarzy pojawił się chytry uśmiech.
- Na co? - zmarszczyłem czoło. Chciałem, by to wyglądało groźnie. Chyba nie wyszło, bo ten wciąż się uśmiechał. - O co chodzi?
- Na wycieczkę czy jesteś gotowy - wyjaśnił Wiktor.
- Nie, nie jestem gotowy i jak widzisz - rozłożyłem ręce, wskazując na miejsce, w którym stałem - jestem w pracy, a moja stoi szefowa akurat patrzy na mnie.
- Jesteś gotowy! - Aniela machnęła ręką. - Spakuj sobie tylko ubrania.
- Ale ja się nigdzie nie wybieram! - W głosie słychać było pretensje. - O co chodzi w ogóle?
- Wiktor zrobił ci niespodziankę - wyjaśniła Aniela. - Masz wolny weekend i obaj idziecie w góry.
- Nie! - zaprzeczyłem szybko.
Zerknąłem niepewnie na Wiktora. Wciąż się uśmiechał, a jego uśmiech podcinał mi nogi. Mógłbym się w nim zakochać, jeśli nie w całej osobie. Co on kombinuje? Nieźle musiał sobie to obmyślić.
- Ale... - zacząłem.
- Nie ma żadnego ale! - Aniela weszła mi w zdanie. - Idź się przebrać, spakuj ciepłe ciuchy, bo zaraz wyruszacie. I nie ociągaj się. I nie zadawaj zbędnych pytań.
Aniela postawiła sprawę jasno. Poszedłem do swojego pokoju. Kiedy pakowałem do plecaka bluzę polarową i sweter, poczułem przyjemną ekscytację. Czekał mnie weekend przy boku Wiktora. I to na dodatek w górach. Po ciele rozszedł się dreszczyk emocji. Mimo że racjonalnie nie powinienem się zgadzać na ten wypad, to jednak podświadomie właśnie to mnie teraz najbardziej rajcowało i tego potrzebowałem. Wiem, że ostatnio bardzo raniłem Wiktora, zrażając go do siebie i odtrącając jego uczucia. Jednak biłem się z własnymi uczuciami. Wciąż tak naprawdę nie wiedziałem na czym stoję ani czemu służyć ma ten wypad w góry. W każdym razie miałem wrażenie, że po tej wycieczce wszystko ulegnie zmianie.
Zabrałem ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i wsiedliśmy do samochodu. Przez całą drogę do Kuźnic nawet nie odezwaliśmy się ani słowem. Milczeliśmy. Chciałem o tyle rzeczy spytać, dowiedzieć się co planuje, skąd ten szalony pomysł, ale usta nie wydały z siebie żadnego dźwięku.
- Dalej idziemy już pieszo.
To były pierwsze słowa Wiktora do mnie. Przepakował jedzenie z plecaka, którego przygotowała Aniela, do swojego i mojego, podczas gdy ja stałem z boku i patrzyłem na to w milczeniu. Zamknął samochód i ruszyliśmy w las.
Kamienista droga, w wielu miejscach śliska, wiodła nas początkowo całkiem łagodnie, by po przebyciu niedługiego odcinka zacząć piąć się w górę. Wiktor szedł przodem i nadawał tempo. Próbowałem mu dorównać, przebierałem szybko nogami, ale niewprawiony w zdobywaniu szczytów górskich, szybko zacząłem wymiękać i robić przerwy. Przez to zostałem znacznie w tyle. Wiele razy miałem wołać za moim przewodnikiem, że jeśli tak ma wyglądać wycieczka, to ja wracam do miasta, ale za każdym razem, kiedy już miałem otwierać usta, kiedy już nabierałem powietrze, by mu wykrzyczeć prawdę, pojawiał się kilkadziesiąt metrów przede mną i spoglądał cierpliwie. Więc milczałem i brnąłem dalej w górę.
Kiedy las zaczął rzednąć i ustępować miejsce kosodrzewinie, przed moimi oczami roztoczył się zapierający dech w piersiach widok na góry i miasto, przycupnięte w dolinie. Wtedy właśnie postanowiłem odezwać się wreszcie do Wiktora. Mieliśmy spędzić cały weekend razem. Głupio tak całego go przemilczeć. Tyle że Wiktor odgonił mnie na kilkadziesiąt metrów.
Dotarłem do niego kwadrans później. Stał przy znaku informującym o punkcie, w którym się znajdowaliśmy. Przełęcz między Kopami. 1499 metrów. O jasna cholera!, pomyślałem z rozbawieniem. Powinienem być zły na Wiktora, że nie uprzedził mnie wcześniej o tej wycieczce. Mógłbym się przygotować, a tak nie potrafiłem teraz złapać oddechu.
Spoglądałem na niego uważnie. Uśmiechał się, podziwiając widoki. Widział, że mu się bacznie przyglądam, ale nie reagował. Nie spojrzał na mnie. Przez moment chciałem poznać jego myśli, które krążą mu po głowie. Chciałem wiedzieć, dlaczego zabrał mnie na tę wycieczkę, nie informując wcześniej. Jaki był cel? W co grał? Ale zaraz potem uzmysłowiłem sobie, że lepiej nie wszystko wiedzieć. W gruncie rzeczy to całkiem przyjemna niespodzianka. Jego obecność, jego towarzystwo sprawiało mi przyjemność.
- Początkowo byłem na ciebie zły...
Wreszcie odważyłem się zabrać głos po dłuższej walce z samym sobą. Jeszcze sekundę temu nie wiedziałem od czego zacząć rozmowę. Tak na mnie działa ten człowiek. Fascynuje, zachwyca, przyciąga, a jednocześnie czuję się niepewnie, nieśmiało, nie wiem, jak reagować. Pierwsze słowa zabrzmiały dość sztucznie. Ale odchrząknąłem i mówiłem dalej:
- Wpadasz z samego rana i pytasz, czy jestem gotowy. Pojawiłeś się tak niespodziewanie, że nie miałem pojęcia, jak mam się zachować. Nie byłem gotowy na tę wycieczkę. Ale poszedłem...
- I żałujesz?
Nie spojrzał na mnie. Patrzył na ośnieżone czubki gór, jakby to z nimi rozmawiał. Prawdziwy góral, który kocha skalne szczyty.
- Nie - odparłem. - Cieszę się, że tu jestem. Że mnie zabrałeś ze sobą.
Może powinienem był zrobić mu wymówkę. Że nie może tak ingerować w moje życie. Prawie mnie uprowadził w góry! Porwał, niczym Janosik swoją Marynę. Nie no, tak szczerze, to daleko było mu do porwania. Przecież sam na to przyzwoliłem; de facto dałem się porwać.
Chciałem mu tyle powiedzieć. Że tak bardzo się cieszę jego obecnością obok. Że jesteśmy tylko my i góry, i przecudne widoki. Że jego towarzystwo jest wszystkim czego mogę chcieć. Że przy nim czuję się taki spokojny i spełniony. Takie właśnie myśli przewijały się z impetem przez moją głowę. A było ich jeszcze więcej. Tylko, że nie mogłem tego powiedzieć. Gdzieś w zakamarkach czaił się strach. Obawa, czy to ma sens i dokąd zmierza. To mnie tak paraliżowało. Ale może to i dobrze. Powiedzieć od razu wszystko co czuję nie byłoby też zbyt dobrym rozwiązaniem.
- Zdradzisz mi plan dalszej eskapady? - zapytałem więc po chwili.
- Zmierzamy na Halę Gąsienicową - odparł bez żadnych emocji. - Do Murowańca. Jest już popołudniu, więc tam przenocujemy. Nie będziemy szli w ciemnościach po szlaku na Kasprowy Wierch. Jutro wrócimy do Zakopanego.
Krótko, zwięźle i na temat. Przytaknąłem skinieniem głowy. Rozwiązanie dobre, nie mam uwag.
- Dlaczego mnie nie uprzedziłeś o wycieczce w góry?
Nasze spojrzenia skrzyżowały się, tym razem na dłuższą chwilę. Ten jego wzrok, te oczy... Oj, działały, aż poczułem, jak miękną mi kolana.
- Nie patrz tak na mnie. - Odwróciłem pospiesznie wzrok.
- Dlaczego? - zapytał niskim głosem.
- Bo tak na mnie działasz - odparłem - że nie wiem, jak mam się zachować w twojej obecności.
- Może po prostu bądź sobą. Nie powstrzymuj się.
Po twarzy przemknął nieśmiały uśmiech. Gdybym popuścił cugle, pewnie w tej chwili tarzalibyśmy się na wilgotnej trawie. Nie opanowałbym się. Ten człowiek, Wiktor, wywoływał u mnie uczucie podniecenia. Działał pobudzająco na zmysły. Wystarczył uśmiech, krótkie spojrzenie, głos, szept, dotyk, a już po chwili mogłem być cały jego. Wiedział o tym; na pewno to przeczuwał. I wiedział, jak uderzyć, by wywołać zamierzony efekt. A moje życie w abstynencji i przebywanie w bliskim sąsiedztwie Wiktora raczej nie gasiło tego wewnętrznego pociągu i pragnienia. Przeciwnie - kusiło i dawało powód do grzechu. Dlatego go unikałem. Nie chciałem być prowokowany. Bo mogło się tak przypadkiem kiedyś zdarzyć, że nie zapanuję nad sobą i rzucę się mu na szyję.
- Dlaczego nie uprzedziłeś mnie o wycieczce? - wróciłem do poprzedniego pytania.
- Gdybym ci powiedział wcześniej, nie zgodziłbyś się. Wolałem cię wziąć z zaskoczenia.
- Parę dni temu, kiedy zjawiłeś się w pensjonacie, nic nie wskazywało, że chcesz mnie gdziekolwiek zabrać. Byłeś agresywny w stosunku do mnie - zauważyłem.
- A parę dni wcześniej, nim zjawiłem się w pensjonacie, ktoś coś opacznie zrozumiał - odparł. - Podobno szedłeś do mnie, ale nie dotarłeś, ponieważ spotkałeś Konrada. I zawróciłeś. No ale - wyprostował się energicznie, nabierając w płuca górskiego powietrza - nieważne. Było minęło.
Spojrzał na niebo. Słońce, które zmierzało już za szczyty gór, schowało się za ciężką, ołowianą chmurą, która pędziła z zawrotną prędkością po niebie. Wiktor poprawił plecak.
- W nocy zapowiadają zmianę pogody. Może spaść śnieg.
- Śnieg? - zapytałem zaskoczony.
- Jesteśmy w górach. To, że śniegu teraz nie ma, to jest nienormalne. Zazwyczaj bywał już o tej porze. Ruszajmy do schroniska nim zajdzie słońce.
Wiktor ruszył dalej, a ja, jak zwykle wlokłem się za nim.
Sprawa Konrada i mojego spotkania z nim pod blokiem, w którym mieszka Wiktor, wcześniej czy później musiała wypłynąć. Kto o tym mógł powiedzieć? Eliza pewnie poleciała prosto z Siklawy do swojego przyjaciela z niezwykłą nowiną, a i pewnie Konrad nie omieszkał poinformować swojego chłopca o spotkaniu ze mną. Tylko w takim razie, czemu to ja jestem dzisiaj na wycieczce z Wiktorem, a nie Konrad? Co Wiktor przed chwilą powiedział? Że ktoś coś źle zrozumiał? Że niby to jestem ja?
Czas płynął, a my wolnym krokiem posuwaliśmy się do przodu. To znaczy Wiktor znowu był z przodu, wyprzedzając mnie o kilkadziesiąt dobrych metrów. Oglądał się za siebie, sprawdzając czy nadążam. Zipiąc i wyciskając z siebie siódme poty, szedłem dalej.
Po wyczerpującym marszu, samotnym na dodatek, bo Wiktor nie zamierzał zwalniać tempa, moim oczom ukazał się widok Hali Gąsienicowej. Liczne bacówki rozrzucone przypadkowe tuż przy szlaku cieszyły oczy. W oddali majaczał nieco wyższy budynek.
- Murowaniec - wskazał palcem Wiktor. - Schronisko, nasz cel.
I ruszył dalej. Rozłożyłem zrezygnowany ręce. Nawet na mnie nie spojrzał, nie popatrzył, nie uśmiechnął się, tylko tak po prostu olał. No olał. O co mu w ogóle chodzi? Nie rozumiałem go. Zabiera mnie w góry, a potem unika ze mną rozmowy, maszeruje przede mną, zamiast obok mnie. Co jest grane? Co za farsę odwala? Powoli zaczynał mnie irytować. Ale postanowiłem zacisnąć jeszcze zęby.
Po późnym obiedzie, kiedy na zewnątrz już mrok schodził z otaczających gór i przykrywał dolinę, młody pan z obsługi wręczył Wiktorowi klucz od bacówki. Jak się okazało, tam mieliśmy spędzić noc.
- Wiktor, co znowu kombinujesz? - Odczekałem, aż chłopak odejdzie na bezpieczną odległość. Odsunąłem pusty talerz. - Dlaczego nocujemy w bacówce?
- Nie ma miejsca w schronisku. - Wiktor patrzył przed siebie zamyślony.
- Jasne, w schronisku nie ma miejsca. I specjalnie dają gościom bacówkę. Głupoty opowiadasz.
- Ale to prawda. - Oczy Wiktora rozszerzyły się. Choć twarz miał poważną, to oczy się śmiały.
- Ta, jasne - odparłem.
Bacówka nie wyglądała nawet tak źle. Była wysprzątana, czysta i przede wszystkim nie wyglądała na bacówkę. Bardziej przypominała góralski domek na hali, gdzie docierała elektryczność, ale brakowało komputera, telewizora czy radia. Centralne miejsce zajmował wielki kominek z przygotowanymi szczapami na opał.
- Nie załatwiłeś noclegu w schronisku, to zabieraj się za rozpalenie ognia w kominku - rzuciłem do Wiktora i usiadłem na kanapie, wciskając ręce w kieszenie kurtki.
Kurwa, pomyślałem rozgoryczony, czeka mnie zajebista noc. Zimna, przy ognisku, na dodatek z milczącym Wiktorem, który zabrał mnie w góry chyba tylko to, by mieć kogoś obok. Jemu nie przeszkadzała cisza, która między nami zalegała. W tym momencie odczułem dziwny i niepokojący żal. Tęsknotę. Za Zakopanem?, próbowałem zgadnąć pierwszą myśl. Ale okazało się, że to nie to. Gdzieś w głębi tkwiło coś jeszcze. Wiedziałem co to jest; za czym ta tęsknota. Lecz już dawno ją wyparłem. Teraz wróciła. Patrzyłem, jak milczący Wiktor snuje się po bacówce, wciska w kominek drwa i próbuje rozpalić ogień, ale myślami już widziałem uliczki żydowskiej dzielnicy Kazimierz, knajpki zapełnione od ludzi, w powietrzu unosił się dym papierosowy, gwar panował wokół, słyszałem odgłosy przejeżdżających tramwajów, zmaterializował się również krakowski Rynek Główny. Zatęskniłem za Krakowem. A przecież obok mnie krzątał się mężczyzna, z którym chciałem dzielić swoje życie. Skąd więc wzięła się ta tęsknota?
Po kilku nieudanych próbach, w kominku wreszcie zatańczył ogień. Płomienie rzucały długie cienie na niewielkie pomieszczenie. Wiktor zniknął w kuchni. Super, pomyślałem, znów zostawił mnie samego. Jeśli tak to ma wyglądać, to ja spadam do schroniska. Jakieś miejsce jedno na pewno się znajdzie. Nie mam zbyt wielkich gabarytów, więc wcisnę w jakiś kąt. Tam przynajmniej jest ciepło, jest telewizor, więc jakoś przetrwam do rana. A Wiktor? A Wiktor niech się bawi w Robinsona dalej.
Podjąłem szybką decyzję i zerwałem się z kanapy, gotowy opuścić ten przybytek. W tej samej chwili w wejściu stanął Wiktor, a po bacówce rozszedł się aromatyczny zapach grzańca. Zamurowało mnie. Patrzyłem, jak stawia kubki z parującą mgiełką na stoliku. I co teraz? Znowu wytrącił mi oręż z ręki, a tak dobrze szło. Jeszcze chwila i już zmierzałbym do Murowańca. A tu wyskoczył z grzańcem niespodziewanie. Chce mnie upić? Tutaj? W górach? W tej opuszczonej bacówce?
- Spróbuj - podał mi kubek. - Rozgrzejesz się.
Wziąłem. Nasze palce musnęły się, a oczy spotkały na dłużej. W blasku trzaskającego ognia dostrzegłem to samo spojrzenie, kiedy po raz pierwszy się poznaliśmy. Zachwyt, pragnienie, pożądanie, zafascynowanie. Zadrżałem. Mimo to wytrzymałem jego napierający wzrok.
- Czemu tak patrzysz? - Cicho siorbnąłem gorący napój, nie spuszczając z niego oczu.
- Bo wciąż mnie zachwycasz.
- A mimo to cały dzień mnie ignorujesz - stwierdziłem. - Ty szedłeś z przodu, ja samotnie z tyłu. Mogłem mieć spotkanie z niedźwiedziem. Pewnie nawet byś nie zauważył, że mnie nie ma.
- Przyszedłbym ci z pomocą.
Zbliżył się o krok. Czułem, jak między nami wytwarza się dziwna energia, jak iskrzy. Wiedziałem, co za chwilę się stanie, jeśli obaj nie zapanujemy nad pożądaniem, które właśnie się odradzało. Ale przecież tego pragnęliśmy. Ciągnęło nas do siebie. Niewidzialna siła pchała, a my nie potrafiliśmy się jej sprzeciwić. Nie, nie chcieliśmy. Moje postanowienia wzięły totalnie w łeb, kiedy dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów.
- Wiktor - wyszeptałem ciężko.
- Pragnę cię.
Gorący oddech przemknął po karku. Zadrżałem. Przymknąłem oczy.
W jednej chwili Wiktor złapał za kubek z grzańcem i odstawił na bok, by po sekundzie zjawić się obok mnie. Nieświadomie, a może świadomie, zarzuciłem ręce na jego szyję. Gorące pocałunki, którymi mnie obdarzał sprawiały, że odlatywałem. Świat zawirował, oddech przyspieszył. Przez półprzymknięte powieki dostrzegłem jeszcze blask trzaskającego ognia w kominku, a potem jak przez mgłę pamiętałem, że obaj w pośpiechu zrzucaliśmy ubrania, by w końcu nagie ciała mogły się spleść w jedno. W zapomnienie odeszły wszystkie postanowienia i składane wcześniej obietnice...

*****

Ciemność przechodziła w szarość. Nieokreślone bliżej kształty zaczęły przybierać formy. Majaczyły w oddali. Świadomość wracała. Budziłem się ze snu. Jeden głębszy wdech, wdech pobudzający do życia, bicie serca przyspieszyło i już wiedziałem, że leżę w ciepłym łóżku wtulony w plecy mężczyzny.
Uchyliłem powieki. Wiktor oddychał spokojnie, trwając w głębokim śnie. Uśmiechnąłem się do siebie na wspomnienie minionej nocy. W środku rozsadzało mnie szczęście i radość. Musnąłem delikatnie wargami napiętą skórę Wiktora na łopatce. Zadrżał, drgnął nieśmiało, ale nadal spał.
Rozejrzałem się po bacówce, w której spędziliśmy noc. W drewnianej chatce panował już dzień. Było bardzo jasno, odrobinę za jasno. Przez zasunięte kotary wdzierały się promienie słońca. W kominku ogień już dawno przygasł, więc pomieszczenie uległo wyziębieniu. A ledwo tknięte grzańce stały na krawędzi stolika z zaschniętymi strużkami czerwonego płynu, ściekającego po brzegach kubka.
Wstałem z łóżka. Rzeczywiście było zimno, więc wśród sterty rozrzuconych ubrań odnalazłem swoje bokserki. Założyłem również koszulkę i podszedłem do okna. Rozsunąłem zasłony. W pierwszej chwili oślepłem, lecz kiedy wzrok przyzwyczaił się do jasności, mogłem do woli zachwycać się niepowtarzalnym widokiem. Do środka wpadły ostre promienie słońca, wspinającego się po błękitnym firmamencie, delikatnie zaprószonym białymi obłokami. Ale nie tylko blask słońca mnie tak poraził. Jego promienie odbijały się od białego, puszystego śniegu, który zalegał na hali. Oniemiałem. Moje oczy ujrzały wreszcie coś wspaniałego - bielusieńki, czysty śnieg, pokrywający wierzchołki gór.


- Wiktor! - zawołałem.
Z łóżka dobiegło ciche stęknięcie.
- Wiktor! Wstawaj!
- Co się stało? - mruknął niskim głosem.
- Chodź tu! - ponaglałem.
Dotarł po chwili. Zatrzymał się za mną.
- No co? Śnieg - wzruszył ramionami. - Nic specjalnego.
Objął w pasie i położył brodę na barku.
- Dla ciebie nic specjalnego, ale dla mnie frajda.
- Był w święta, ale stopniał.
- Porzucamy się śnieżkami?
- Chyba cię jebło - zaśmiał się Wiktor. - Chodź lepiej do łóżka, bo zimno.
Plask bosych stóp ucichł przed momentem, drewniane łóżko zaskrzypiało, co wskazywało, że Wiktor już grzał się pod ciepłą puchową kołdrą.
- No chodź! - zawołał.
Nie musiał namawiać drugi raz. Wskoczyłem pod kołdrę i wtuliłem się w jego ramiona. Patrzyliśmy sobie w oczy, cały czas szczerząc do siebie zęby.
- No nie! - zawołałem niespodziewanie. - Nie mogę uwierzyć w to, co się stało.
- Uwierz!
W jego ciemnych oczach kryła się fascynacja. Ostatnio widziałem go takim szczęśliwym pół roku temu, kiedy się poznaliśmy, kiedy między nami coś zaczynało iskrzyć. Dzisiaj tamto uczucie wracało. Lecz tym razem dużo silniejsze.
- Kocham cię, Filip - wyszeptał Wiktor.
Wiedziałem, że kiedyś te słowa padną. Nie sądziłem tylko, że tak szybko. Po jednej nocy! Choć wariowałem na jego punkcie, szalałem bardzo mi na nim zależało, nie mogłem teraz - zwłaszcza teraz, w tym momencie - powiedzieć mu, że go kocham. Przeszłość. Przeszłość nade mną ciążyła, a przecież obiecałem sobie, że mogę rozpocząć życie z Wiktorem tylko z czystą kartką; bez żadnej zaległej skazy.
- Wiktor - Dłoń spoczęła na szorstkim policzku. Opuszkami palców wyczułem ostry zarost. - A Konrad? Przecież on wprowadził się do ciebie.
Wiktor zaśmiał się głośno. Chwycił moją dłoń i pocałował.
- Ale bzdury opowiadasz - odparł z uśmiechem. - Nie mieszkam zi Konradem. Nic mnie z nim nie łączy, oprócz koleżeńskiej znajomości.
- Przecież widziałem - próbowałem się bronić.
- Co widziałeś? Że wchodzi do mojego mieszkania? Że wnosi do niego swoje rzeczy?
- No nie do końca - odparłem - ale do twojego bloku.
- Wynajął mieszkanie dwa piętra niżej.
- Będzie częstym gościem - zauważyłem.
- Myślałem, że to ty będziesz mnie częściej odwiedzał - rzekł z uśmiechem. - Filip - Wiktor podparł się na łokciu - na tobie mi zależy i to z tobą chcę być.
- Poczekasz na mnie? Tydzień?
Wiktor zmarszczył czoło.
- Tylko tydzień - poprosiłem. - Muszę zakończyć jedną sprawę. Bardzo chcę z tobą być, ale ta sprawa nie daje mi spokoju i dopóki nie doprowadzę jej do końca, będzie za mną chodzić i mnie dręczyć.
Przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał odgadnąć moje myśli. Uśmiech zniknął z twarzy.
- I nie masz zamiaru mi powiedzieć o co chodzi? - zapytał po chwili.
- Chcę zamknąć tę sprawę. Może kiedyś.
- Chyba nikogo nie zabiłeś? - na twarzy Wiktora ponownie pojawił się uśmiech.
Lecz tym razem moja twarz spoważniała.
- Nie - odparłem z wymuszonym uśmiechem i przeniosłem szybko wzrok na kominek byleby tylko nie patrzeć Wiktorowi w oczy.
- Ufam ci, więc poczekam ten tydzień, cokolwiek zamierzasz.
Objął i przytulił mocno. Odwzajemniłem uścisk. I choć w oczach pojawiły się łzy, to żadna kropla nie została uroniona. Zacisnąłem mocno zęby. Skoro już podjąłem decyzję, to pora ją wcielić w życie. Niech przeszłość przestanie wreszcie rozdawać karty i tę funkcję przejmie teraźniejszość.
Zasnęliśmy wtuleni.
Jak długo spaliśmy? Prawie godzinę. Zebraliśmy się, poszliśmy do schroniska, gdzie zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy wolno w kierunku Kasprowego Wierchu, po drodze zahaczając o Czarny Staw Gąsienicowy. Na Kasprowym Wierchu wiał mroźny wiatr. Ciepła kurtka, czapka, szal i rękawiczki niewiele dawały. Dlatego chwilę później zeszliśmy do Kuźnic, gdzie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do mieszkania Wiktora.
Pech chciał, że w momencie gdy wysiadaliśmy z samochodu, spotkaliśmy Konrada. Od razu zauważyłem jego zdziwienie. Na twarzy malował szok i niedowierzanie. Przywitał się niepewnie, po czym zwrócił się do Wiktora, zerkając na mnie spod oka:
- Szukałem cię wczoraj cały dzień. Gdzie byłeś?
W głosie wyczułem nieufność i strach. Obawiał się. Coś podejrzewał, ale nie chciał, by jego podejrzenia się sprawdziły. Znany był mi ten stan.
- Byliśmy - zaakcentował pierwsze słowo Wiktor - w górach.
Przerażony wzrok Konrada przeskakiwał ode mnie na Wiktora i z powrotem. Jego koszmar właśnie się ziszczał. Tracił Wiktora. Znowu.
- Co to znaczy, że byliście? - głos mu zadrżał.
- To znaczy, że jesteśmy razem - rzekł Wiktor.
Złapał mnie za rękę i mocno ścisnął. Poczułem się pewniej, choć serce waliło mi mocno w piersi.
Konrad spojrzał na mnie z wyrzutem.
- I ty mi to zrobiłeś? A miałeś mi pomóc odzyskać Wiktora! Obiecałeś!
Przełknąłem gulę, która mi niespodziewanie pojawiła się w gardle. Po raz pierwszy czułem się tak podle, choć przecież nie powinienem. To normalna kolej rzeczy. Ludzie schodzą się, są razem, potem się rozchodzą, poznają nowe osoby i życie toczy się dalej. A mimo to miałem wrażenie, jakbym wyrządził straszną krzywdę Konradowi.
- Przepraszam - wydukałem cicho.
- Żałosny jesteś - usłyszałem jego odpowiedź.
Konrad odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę centrum. Prawie gnał przed siebie. Patrzyłem, jak znika za zakrętem. Mocny uścisk dłoni sprowadził mnie na ziemię. Zorientowałem się, że Wiktor wciąż trzyma mnie za rękę.
- Nie przejmuj się. Da sobie radę. Jestem przy tobie. Jesteśmy razem.
Jesteśmy razem...
Te słowa dodały mi otuchy. Nowa siła wstąpiła we mnie. Dam radę. Skoro mam Wiktora, to dam radę. Poradzę sobie z przeszłością. Poradzę sobie z bólem, który odczuwa teraz Konrad, którego skrzywdziłem, któremu odebrałem chłopaka.
W końcu Wiktor i ja jesteśmy razem.

B l o g i   g e j ó w

czwartek, 20 marca 2014

Epizod 114.

Zakopane.
O mały włos padłbym trupem na zawał serca, kiedy w progu pensjonatu zobaczyłem Wiktora. Zaniemówiłem z wrażenia. Wytrzeszczyłem oczy, żeby się upewnić. Ale tak, to był on.
- Czego chcesz? - zapytałem opryskliwie.
Spojrzał na mnie z politowaniem. Jego oczy przeszyły mnie na wskroś.
- Od ciebie? - W głosie wyczułem kpinę. - A co ty myślisz, że jesteś pępkiem świata? Przyszedłem do Anieli, nie do ciebie.
- Do Anieli? - nie wierzyłem jego słowom.
- No tak - zadrwił - ty zawsze wszystko wiesz najlepiej. Podejrzenia niepoparte dowodami, to twoja specjalność.
- Obrażasz mnie. - Czułem się potwornie głupio, słysząc jego odpowiedź. - To nie jest miłe.
- Trudno - wzruszył ramionami. - Wiedz, że zanim ty pojawiłeś się na zakopiańskiej ziemi, my z Anielą już się znaliśmy. Więc może - wciągnął głośno powietrze - zejdź mi z drogi...
Usta Wiktora wypluwały te słowa, a ja stałem niczym słup soli. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Stanowcze zdania, sugerujące bym usunął się z przejścia, padły od Wiktora. Nigdy wcześniej się tak do mnie nie zwracał. Tak chamsko. Nie wiedziałem, jak zareagować. Przez sekundę, może dwie, mierzyliśmy się spojrzeniami. Myślałem, że prosi, ale dostrzegałem tylko wściekłość. Zrobił krok w tył i wpuściłem go do środka.
- Jest w kuchni - rzekłem nieśmiało.
Wiktor przeszedł przez przedpokój, ściął jadalnię i zniknął na zapleczu pensjonatu.
Zamknąłem drzwi i wróciłem za kontuar. Choć słowa Wiktora wciąż echem tłukły mi się po głowie, to jednak ciekawość była zdecydowanie silniejsza i to ona w końcu wzięła górę. Stwierdziłem, że co się będę nad sobą użalać. Każdy ma prawo wypowiadać swoje zdanie, to co myśli, to co mu siedzi na wątrobie. Sam osobiście dałem popalić Wiktorowi, sygnalizując mu wyraźnie, żeby sobie darował i przestał o mnie zabiegać. Cóż, nie spodziewałem się tylko, że uderzy we mnie tą samą bronią. Ale mniejsza o to. Najważniejsze to teraz dowiedzieć się, po co przyszedł do Anieli. Śmierdziało mi tu jakimś podstępem, ale w tej zaostrzonej sytuacji, w trwającym między mną a Wiktorem konflikcie, nie pozostało nic innego, jak podstępem dotrzeć do celu wizyty Wiktora. No cholernie zżerała mnie ciekawość. Musiałem ją zaspokoić. W tym celu tułałem się parę razy od drzwi do kuchni, przez jadalnię, aż do salonu. Bezskutecznie. Nie docierały żadne słowa, więc albo toczyli rozmowę szeptem, albo omawiali interesy w jakimś innym pomieszczeniu. Po co przyszedł? Odkąd tu mieszkam, widzę go pierwszy raz i pędzi, wprost na złamanie karku, byleby tylko zamienić parę słów z Anielą.
Wreszcie wyszedł. Przemaszerował przez jadalnię z dumnie uniesioną głową. Spodziewałem się, że Aniela będzie za nim dreptać, ale nikt nie wyjrzał z kuchni. Nie powiedział nawet "do widzenia". Nie spojrzał nawet w moją stronę. A to ciul, przeleciało mi przez głowę. Drzwi wejściowe zamknęły się za Wiktorem. O nie! Tak tego nie zostawię.
Wyprułem za Wiktorem. Zatrzymałem się przy schodach, kiedy ten przemierzał podjazd.
- Wiktor! - zawołałem.
Zatrzymał się. Po chwili odwrócił się w moją stronę. Brązowe oczy znów napotkały mój wzrok. Serce zadrżało ze wzruszenia. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Ale, ale! Spokój. Wiktor to przeszłość. Przyjemna, miła, wywołująca dreszcze i rozkosz, ale w końcu przeszłość.
- Mogę znać cel twojej wizyty? - Starałem się, by mój głos brzmiał łagodnie. Musiałem się dowiedzieć.
- A będziesz ze mną? - odparł pytaniem.
Nadal nie zrezygnował. Ale w takim razie coś tu nie grało. Przecież Konrad do niego wrócił. Widziałem, jak się do niego wprowadza. Co to za zagrywki? Przechyliłem głowę z niedowierzaniem. Co on kombinuje? Chyba nie myśli o trójkącie.
- Wiktor, w co ty grasz?
- Ja? - wskazał palcem na siebie. - W co ja gram?
- No przecież nie ja - odparłem zrezygnowany. - Wróciłeś do Konrada, a teraz mi proponujesz, żebym był z tobą? O co ci chodzi? Potrzebujecie kogoś do trójkąta?
Po mojej twarzy przemknął niekontrolowany uśmiech. No nie mogłem się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie i nie mogłem nad sobą zapanować.
- Filip - westchnął głośno - ręce mi opadają. Ty mnie w ogóle nie słuchasz. W ogóle nie wiesz, co jeszcze dziesięć minut temu do ciebie mówiłem. Jesteś ciężkim przypadkiem.
Odwrócił się na pięcie i podążył w kierunku miasta.
Przez kilka sekund wpatrywałem się w jego plecy. Nie odwrócił się. Myślałem, że chociaż zerknie przez ramię, że jeśli chociaż trochę mu na mnie zależy, to spojrzy za siebie. Ale on zmierzał przed siebie, aż zniknął za zakrętem. Nowy rok nie zaczął się dobrze. Już od początku pojawiły się problemy z Wiktorem. W wigilię zeszłego roku zerwał dla mnie z Konradem. Dwa tygodnie później po bezowocnych staraniach się o "moją rękę", wrócił z podkulonym ogonem do Konrada, a w kolejnych dniach próbuje jednocześnie zdobyć mnie. Jaki jest tego cel? Tylko trójkąt.
A może by tak spróbować... Ciekawe jak to jest.
Nie, nie. Wystarczy tej wybujałej fantazji.
Chłodniejszy wiatr przywołał mnie do porządku. Wróciłem do pensjonatu. Nie czekając, aż Aniela sama zacznie gadać o wizycie Wiktora, postanowiłem przejść do frontowego ataku. Nie zdradziła wiele. Praktycznie nic ciekawego nie powiedziała. Z jej opowieści wywnioskowałem, że Wiktor rzeczywiście przyszedł do Anieli w interesach. Dowiedziałem się, czego nie wiedziałem, bo nie raczył mi wcześniej tego zdradzić, Wiktor jest pracownikiem Tatrzańskiego Parku Narodowego. Czasami zdarza mu się oprowadzać wycieczki lub prowadzić specjalne warsztaty edukacyjne, nie tylko dla dzieciaków i młodzieży, ale również dla dorosłych. W związku z tym przyszedł zgłosić gotowość do urządzenia prelekcji w siedzibie władz parku dla gości pensjonatu Anieli.
Jak dla mnie brzmiało trochę niedorzecznie i zbyt naciągane to było, ale Aniela opowiadała o tym z takim przejęciem i zaangażowaniem, że ewentualnie i ta kwestia odwiedzin Wiktora wchodziła w grę. Nie ukrywam, że spodziewałem się od Wiktora jakiegoś esemesa wyjaśniającego, ale nic nie otrzymałem. Żadna wiadomość nie dotarła.
Jak się zerwałem z łóżka, kiedy wieczorem zadzwoniła komórka. Prawie zderzyłem się z krzesłem, pędząc do biurka pod oknem, w nadziei, że dzwoni Wiktor. Niestety to nie był Wiktor, tylko Michał. Emocje opadły i zaakceptowałem połączenie z nieukrywanym niezadowoleniem.
- Słucham! - rzuciłem bojowo do telefonu.
- Cześć Filip - usłyszałem po drugiej stronie. - Co tam słychać u ciebie?
- Po chuja cię to interesuje! - Chciałem jak najszybciej zakończyć rozmowę. Domyślałem się, że skoro dzwoni to chce się czymś pochwalić. Nie wiem, może Bartek wręczył mu obrączkę? Dzisiaj jednak nie na rękę było mi wysłuchiwanie pierdół Michała, więc dodałem szybko: - Chcesz czegoś?
- A co ty taki wściekły? - usłyszałem kolejne pytanie. - Czyżby twoja zakopiańska dupa wymknęła ci się przez palce i puściła się z jakimś juhasem z hali?
- Dobra, przestań interesować się moim życiem, bo wiem, że i tak cię nie interesuje, więc lepiej powiedz czego chcesz?
- Okej - przytaknął po chwili milczenia. - Chodzi o Bartka.
- Co tym razem się stało? - westchnąłem głośno i usiadłem na krawędzi łóżka.
- Zerwał ze mną.
W pierwszym momencie zaniemówiłem, ale już sekundę później zanosiłem się głośnym śmiechem. Złość na Michała szybko minęła. Taka radosna nowina stała się miłą niespodzianką na koniec dnia. Bartek rzucił Michała. No to tylko się cieszyć. Wreszcie ktoś utarł nosa cwaniaczkowi.
- Bawi cię to? - Michał miał poważny głos.
Mnie to jednak nie przeszkadzało, by nadal śmiać się do rozpuku. I choć próbowałem opanować napady śmiechu poprzez tłumienie go w poduszce, to już po paru sekundach ponownie tarzałem się na łóżku. Wreszcie się uspokoiłem na tyle, by do świadomości mogły dotrzeć kolejne słowa Michała.
- Widzę, że cię ta sytuacja strasznie bawi - zauważył mój rozmówca. - Ja na twoim miejscu bym się tak nie cieszył, bo efekt może okazać się zgubny.
Oddech wracał do normy, śmiech ustał, choć kąciki ust wciąż drgały. Jednak w mojej świadomości już rozgościł się strach, wywołany słowami Michała. Nie dzwoni po to, by żalić się po odejściu Bartka. O nie, to nie byłby Michał. On dzwoni, bo ma dla mnie zadanie.
- Ale ja z tym nie mam nic wspólnego - rzekłem ostrożnie. - To przecież wasza sprawa. Twoja i Bartka. Ja się w wasz związek nie mieszam.
- Filip, myślę, że mnie zrozumiesz - zawiesił głos.
Usiadłem na łóżku. Wyostrzyłem zmysły, by zrozumieć sens wypowiedzi. Nie wróżyło to niczego dobrego.
- Czemu mnie mieszasz do swoich rozgrywek?
- Ponieważ Bartek to też twój znajomy i powinno zależeć ci na przyjaźni. A obawiam się, że właśnie wasza przyjaźń stanęła pod dużym znakiem zapytania.
- Nie rozumiem za bardzo - zmrużyłem oczy, próbując rozwikłać sens wypowiedzi.
- Kiedy Bartek stwierdził, że między nami koniec, kiedy wyrzucił mnie spod mieszkania, kiedy wystawił moje walizki na klatkę schodową, powiedział coś znaczącego. Coś, co tyczy się również ciebie.
- Co takiego? Przecież on nie wie... - mój głos zadrżał.
On nie może wiedzieć. No bo niby skąd? Ja nic mu nie mówiłem. Michał? Raczej też nie i raczej zależało mu na nie roztrąbieniu tej informacji, że ja i Michał się znamy już od dłuższego czasu.
- No właśnie... Filip, obawiam się, że Bartek wie. Wie, że się znamy.
Głos Michała znów był taki pewny siebie, taki bez emocji, tak obojętny. A jednak dało się wyczuć w nim złośliwość i wyższość. Znów wygrywał. Nasza niema rywalizacja zaczynała być dla mnie ciężarem. Już dość miałem tego psychicznego znęcania się nade mną. Nie, nie daję już rady. Muszę coś z tym zrobić. Koniecznie! Natychmiast!
- Niby skąd? - zapytałem cicho. - Nic mu nie mówiłem.
- Gdy mi zamykał drzwi przed nosem, zacytował moje słowa, które do ciebie mówiłem, podczas naszej ostatniej rozmowy. Tak, też byłem zdziwiony i zaskoczony, bo przyszpilił mnie nimi. Musiał podsłuchać. Obawiam się, że ciebie też skreślił. Nie dzwonił?
- Nie - odparłem.
- Pewnie zadzwoni. Na pewno zadzwoni - poprawił się szybko. - Przecież musi to zrobić, żeby ci nawtykać. Ha, cały Bartek. Ale pamiętaj, że kiedy zadzwoni...
Dokładnie w tym momencie wstąpiła we mnie siła, by sprzeciwić się Michałowi. Wiedziałem, co chce powiedzieć. Chciał, żebym przegadał Bartkowi, by z powrotem przekonał się do Michała. Ale jak miałem to zrobić, skoro stracił nawet do mnie zaufanie? I to drugi raz. Tym razem, jeśli dojdzie do rozmowy, będzie krótka piłka. Wątpię, czy nawet mnie uda się z nim dojść do porozumienia. Więc w ogóle nie ma tu mowy o próbie poprawy stosunków między Bartkiem a Michałem. Dlatego przerwałem jego wypowiedź:
- Nie!
- Co nie? - zapytał wybity z tropu.
- Nie mam zamiaru was swatać - odparłem.
- Filip, ale tu chodzi o twoje życie. O twoje słodkie tajemnice. Twoje i twoich znajomych. Pomyśl, mój drogi, chyba nie chcesz zniszczyć nikomu życia, prawda?
- Nie, nie chcę - zacisnąłem pięści - ale nie będę ryzykował mojej przyjaźni z Bartkiem.
- Zrozum, że tej przyjaźni już nie ma. Nie wyglądał na zadowolonego, że go wychujałeś i zataiłeś sekret o naszej znajomości.
- Nie zrobię tego - powiedziałem stanowczo. - Jeśli uda mi się z nim porozmawiać, wszystko mu wyjaśnię.
- Jasne - głos Michała zakpił w telefonie - zdradzisz mu swoją tajemnicę. Już to widzę.
- Jakoś mu to wyjaśnię, ale nie mam zamiaru poprawiać twojego wizerunku. Jesteś chujem i o tym dobrze wiesz! Wykorzystujesz uczucia niewinnych chłopaków, po to tylko, by zaspokoić swoją męskość. Jest ci dobrze, gdy ktoś jest obok, ktoś się zajmuję tobą i twoimi rzeczami. Sprząta, pierze, prasuje, podczas gdy ty na boku bzykasz inne dupy.
- Chyba dawno ty nie byłeś dymany - wtrącił złośliwie.
- Nie, Michał! - Nie zwróciłem uwagi na jego docinki. - Nie tym razem. Ja nie będę po raz kolejny ratował ci dupy, żebyś ty miał zaspokojone podstawowe potrzeby.
- Będziesz tego żałował - przestrzegał.
Wziąłem głęboki wdech. Już dawno powinienem wziąć odpowiedzialność za swoje postępowanie. Zamiast tego uciekłem się do najprostszego rozwiązania, jakim jest oszustwo. Lecz skoro błędy przeszłości nie pozwalały wciąż o sobie zapomnieć, już najwyższa pora stanąć z nimi twarzą w twarz. Będzie bolało, ale trudno. Chociaż gdzieś podświadomie pragnąłem jeszcze odwlec w czasie wyjawienie sekretu sprzed lat albo by stał się jakiś cud, który znowu zagrzebie tę sprawę.
- Zawsze tak mówisz - odparłem. - Zresztą mam na głowie inne problemy, którymi muszę się zająć. Straciłeś Bartka? Mówi się albo trudno, albo robi się wszystko, by ponownie odzyskać jego zaufanie. Nikt tego za ciebie nie zrobi. Jeśli tylko ci na nim zależy.
- Na Bartku? Chyba ocipiałeś?
- Więc zostaw go w spokoju! - krzyknąłem do telefonu. - I mnie też!
Po tych słowach rozłączyłem się i rzuciłem telefon na łóżko. Serce waliło mi w piersi. Czułem każde uderzenie, wręcz dudnienie, które echem roznosiło się po moim ciele. Nawet przez chwilę miałem wrażenie, że słychać je w pokoju.
Rozmowa z Michałem pozbawiła mnie mnóstwa energii. Musiałem odetchnąć. Położyłem się na łóżku i utkwiłem wzrok w suficie. Jak długo leżałem? Nie wiem, nie pamiętam. Nie liczyłem czasu, ale kiedy wreszcie się poruszyłem wiedziałem, że muszę coś zrobić ze swoim życiem. Tak dłużej być nie może, że Michał wciąż i wciąż, i za każdym razem straszy mnie wyjawieniem mojej tajemnicy. Wiem, mogę żałować, kiedy ujrzy ona światło dzienne. Wiele osób może ucierpieć, ale z tej patowej sytuacji, która zaistniała musi być jakieś sensowne wyjście. Musi być jakieś rozwiązanie, które i dla mnie, i dla pozostałych będzie choć w części przystępne do akceptacji.
Podszedłem do okna i delikatnie uchyliłem firankę. Spojrzałem przed siebie. Tam, gdzieś w oddali majaczył Giewont, góra stróż, rycerz Zakopanego. Trwał niewzruszenie, dumnie prężąc się nad miastem. Miał w sobie taki spokój, ciszę, łagodność, harmonię. Całkowita odwrotność tego, co właśnie rozgrywało się w mojej głowie. Tam toczyła się walka. Walka z przeszłością. Niespodziewanie wargi zadrżały bezgłośnie. Po chwili sytuacja się powtórzyła.
- Szymon...
Moje usta po raz pierwszy od wielu lat wypowiedziały imię osoby, której poprzysięgałem dotrzymanie tajemnicy. W tamtej chwili wiedziałem, że muszę złamać przysięgę. Nadszedł czas, by zmierzyć się z przeszłością.

B l o g i   g e j ó w

sobota, 8 marca 2014

Epizod 113. Rozterki Bartka /19/.

Pińczów.
Znalezienie rodzinnego domu, w którym mieszkał Andrzej zajęło mi trochę czasu. Jak na tak małe miasteczko, trafienie na odpowiedni adres było nie lada wyczynem. Parę razy zabłądziłem, klucząc pustymi uliczkami. W końcu trafiłem do niskiego parterowego domu, znajdującego się przy końcu ulicy, która niespodziewanie kończyła się w szczerym polu. Otoczony wysoką siatką z przerdzewiałą bramą wjazdową i na wpół otwartą furtką, sprawiał wrażenie odizolowanego od miasta, zaniedbanego, aspołecznego. Po dokładnym przyjrzeniu się niewielkiemu gospodarstwu można było dostrzec ślady życia. Całe szczęście moja podróż nie okazała się marnotrawieniem czasu. Oby tylko jeszcze ktoś był w środku i chciał ze mną porozmawiać i przybliżyć przeszłość Andrzeja. A raczej Joasi.
Moje rozmyślania przerwał telefon. Pewnie znowu Michał, pomyślałem z głośnym westchnieniem. Spojrzałem na smartfona. On, bo któż by inny. Już kolejny raz dzisiaj dzwoni. Szósty, jeśli dobrze liczę. Rozłączyłem się i przeniosłem wzrok na posesję Skoczylasów.
Przez dłuższą chwilę stałem i wpatrywałem się w dom, w którym Andrzej spędził dzieciństwo, jako Joasia. Próbowałem wyobrazić sobie małą dziewczynkę, biegającą po podwórku w sukience, śmiejącą się beztrosko. Ale za każdym razem, kiedy przed oczami formował się jakiś obraz dziecka i w uszach słyszałem dziewczęcy śmiech, czar niespodziewanie pryskał, a w jej miejsce pojawiała się twarz Andrzeja z tym trzydniowym zarostem. Niestety, nie widziałem w nim dziewczyny. Dla mnie był po prostu Andrzejem, kolegą z pracy, siedzącym ze mną w jednym pomieszczeniu, tyle że naprzeciwko - za biurkiem.
Po co przyjechałem, aż tutaj? Do Pińczowa?
Wydaje mi się, że z czystej ciekawości. Tak bardzo chciałem poznać szczegóły przeszłości z życia dawnej Joasi, że dzisiaj rano zamiast jechać do biura, kupiłem bilet do Pińczowa. Zapytanie wprost Andrzeja nie wchodziło w grę. Na pewno nie zdradziłby mi szczegółów. Podczas podróży, kiedy autobus mijał kolejne miejscowości, naszła mnie niepewność. Czy ja dobrze robię, że szperam w życiu prywatnym Andrzeja? Przecież to jego prywatna sprawa kim jest, kim był przedtem. Mnie nic do tego. Nie powinienem się wtrącać. A jak ja bym się poczuł, gdyby ktoś nagle grzebał w moim życiu i dowiedział się, że jestem gejem? Jak ja bym się z tym czuł?
Na nic jednak zdały się te argumenty. Tajemnicza przeszłość Andrzeja tak opanowała moje myśli, tak nie dawała spokoju, podsuwając przeróżne wizje z jego dzieciństwa, że w pewnym momencie myślałem, iż jestem na granicy szaleństwa. Musiałem coś z tym zrobić. Stąd podjąłem szybką decyzję o podróży do Pińczowa, do korzeni Andrzeja.
Stojąc przed jego rodzinnym domem, czułem się jak intruz, który włamuje się na prywatny teren. Ale ogarnęła mnie również ekscytacja. Wreszcie poznam prawdę. Od samych rodziców Andrzeja.
Wziąłem głęboki wdech i przeciąłem posiadłość Skoczylasów. Nacisnąłem dzwonek i czekałem. Liczyłem upływające sekundy. Wreszcie drzwi się otworzyły i w progu stanęła kobieta, która na oko mogła mieć niewiele przed pięćdziesiątką. Przyjrzała mi się nieufnie, mrużąc oczy.
- Słucham pana - odezwała się po chwili.
- Dzień dobry. Mam na imię Bartek.
- O co chodzi? - zapytała ze zmarszczonym czołem.
- Jestem przełożonym pani syna i przyjechałem, żeby zamienić z panią parę słów o nim.
- Jakiego syna? - warknęła kobieta. - Nie mam syna!
Nie zraziłem się tonem jej głosu. Być może zrobiła to odruchowo, a już na pewno nie specjalnie. Dlatego musiałem się wytłumaczyć. W końcu chodzi o wstydliwą przeszłość jednego z członków rodziny.
- Chodzi o Andrzeja Skoczylasa. - Nie dawałem za wygraną. - W jego aktach widnieje ten adres zameldowania.
- Andrzeja? - zawahała się. Na twarzy pojawiła się niepewność. - Jakiego Andrzeja?
- Albo Joannę. Zależy jak pani woli.
W oczach kobiety dojrzałem przerażenie. Spoglądała na mnie ze strachem. Zacisnęła mocno pięści, aż kostki zbielały. Wzięła głęboki wdech i powiedziała:
- To jakieś nieporozumienie. Nie wiem o czym pan mówi...
- Wiem, że to brzmi dziwnie - przerwałem podnosząc ciut głos - że to krępujące dla pani, ale znam prawdę. Dowiedziałem się przypadkiem. Proszę mi powiedzieć, czy Joasia zmieniła płeć?
Kobieta spoglądała na mnie wciąż nieufnie. W jej oczach dostrzegłem żal. Pewnie nie spodziewała się, że ktoś z zewnątrz pozna nieprzyjemny sekret rodziny Skoczylasów z Pińczowa.
- Skoro pan wie, to dlaczego pan pyta? - zapytała drżącym głosem.
- Andrzej nie wie o tym, że znam jego tajemnicę. W pracy jest Andrzejem, nie Joasią. Nigdy bym się nie domyślił, gdyby nie przypadek na posterunku policji.
- Ma problemy z policją? - zapytała z troską w głosie.
- Miał nieprzyjemną sytuację. Obawiam się, że kiedy go spisywali musiał legitymować się dowodem tożsamości wystawionym na Joannę Skoczylas. Proszę pani - złożyłem dłonie w piramidkę - Andrzej jest moim pracownikiem. Szanuję go, lubię, ale kiedy dowiedziałem się prawdy, próbuję zrozumieć jego postępowanie. Dlaczego zmienił płeć? Dlaczego dzisiaj jest tym, kim jest? Czym się kierował?
- Wie pan, że to nie pana sprawa?
Chociaż pytanie było próbą ochrony prywatności, to jednak zabrzmiało nadzwyczaj łagodnie. Chyba zaczęliśmy kruszyć lody i nawiązywać kontakt.
- Wiem. Ale nie w moim interesie jest robienie komukolwiek krzywdy i szkodzenie innym. Chcę po prostu zrozumieć Andrzeja.
Kobieta przyglądała mi się jeszcze przez chwilę, jakby nie była do końca przekonana, czy może mi zaufać. Wreszcie zrobiła miejsce w przejściu i szerzej uchyliła drzwi. A więc zapraszała do środka. Zaprowadziła mnie do salonu, gdzie na półkach rozstawione były ramki ze zdjęciami. Co rzuciło mi się w oczy? Na wszystkich była Joasia. Tu Joasia z koleżankami z przedszkola, w pasiastej sukience, nieśmiało spoglądająca w obiektyw aparatu. Na następnym w białej sukni, przystępująca do komunii. Na kolejnym już bardziej dorosła, kobieca, z koleżankami.
- Tak, to Joasia. - Jakby na potwierdzenie odezwała się właścicielka domu. - Moja córka.
Usiadłem naprzeciwko niej. Zatrzymała wzrok gdzieś w przestrzeni. W pamięci przywoływała odległe wspomnienia.
- Co ją skłoniło do podjęcia takiej decyzji? - zapytałem po chwili.
- Już w dzieciństwie wykazywała dość dziwne zachowanie. Takie inne. Nie przystające dziewczynkom w jej wieku. Bardzo ciągnęło ją w stronę chłopców. I to z nimi lubiła przebywać. Gdyby pan widział, jak się poruszała. Jak chłopak. Nawet głos zmieniała, by mieć bardziej męski. Kiedy zwracałam jej uwagę, mówiła że w roli chłopaka czuje się o wiele lepiej. Ciągle powtarzała, że chłopaki mają lepiej i łatwiej, nie muszą się przejmować głupotami. Im więcej wolno. Że ona chce być chłopakiem. Nie sądziłam, że dożyję chwili, kiedy wywinie mi taki numer. Przyszła pewnego dnia i powiedziała, że zdecydowała się zmienić płeć. Znalazła w Krakowie lekarza, który przy użyciu hormonów i innych środków farmakologicznych, dokonuje rewolucyjnych zmian w wyglądzie. Podobno wszystko się zmienia. Twarz, ciało, głos, pojawia się zarost.
- To prawda - wtrąciłem.
Mama dawnej Joasi spojrzała na mnie z wyrzutem. W napięciu wpatrywała się w moje oczy. Wytrzymałem ten wzrok.
- Na nic się zdały nasze żale, przekleństwa, prośby - mówiła dalej. - Podjęła decyzje o zmianie tożsamości. Zmianie płci. Mój świętej pamięci mąż powiedział wówczas, że jeśli to zrobi, nie chce jej znać, że ma się wyprowadzić z domu, bo nie będzie trzymał pod swoim dachem zboczeńca. Też się odwróciłam od naszej córki. Ale podjęła decyzję. Myślałam jeszcze, że się rozmyśli, ale nie. Spakowała się i wyjechała do Krakowa. Miała wówczas dziewiętnaście lat. Skończyła liceum, dostała się na studia.
- Czy pamięta pani jakąś sytuację, która skłoniłaby ją podjęcia właśnie takiej decyzji? Coś szczególnego, co mogło na nią wpłynąć? Na przykład jakieś wydarzenie?
- Nie, nie przypominam sobie - zaprzeczyła szybko ruchem głowy. - Była naprawdę normalna. Wiem, że czasami kobiety nabierają cech męskich, ale nie podejmują się od razu zmiany płci. A ona to zrobiła. Zniszczyła sobie życie, swoją przyszłość. Zamknęła powrót do rodziny.
Kobieta dalej snuła opowieść o Joasi. Wspominała chwile, kiedy dziewczynka robiła pierwsze kroki, kiedy osiągała sukcesy w szkole, zdobywała nagrody, osiągnięcia, pochwały. Uczyła się nadzwyczaj dobrze, była prymuską, wychwalaną i podawaną za wzór.
Pozwoliłem jej na wygadanie się. W międzyczasie znów poczułem wibracje telefonu w kieszeni. Od razu domyśliłem się, że to Michał. Skupiłem się na opowieści kobiety, chociaż niespecjalnie interesowało mnie aż tak dokładne życie Joasi. Mimo wszystko starałem się wyłapywać szczegóły, punkty zaczepienia, które mogłyby wskazywać na pojawiający się problem. Wreszcie nie wytrzymałem.
- W jakim wieku zaczęły się problemy? - wpadłem w zdanie.
- W okresie dojrzewania - odparła po chwili namysłu mama Andrzeja. - Wspominała, że nie czuje się dobrze z piersiami, że jej przeszkadzają. Już wtedy trzymała się z chłopakami. Samą siebie przeszła w liceum. Towarzystwo dziewczyn zostało odsunięte na bok. Koleżanki traktowały ją, jak dziwadło. Wiem to, bo sąsiadka mi opowiadała. Córka się jej zwierzyła. Włóczyła się z chłopakami, podpijała alkohol, paliła. Ale mimo tego dobrze się uczyła.
- Czyli w liceum musiało się coś wydarzyć - pomyślałem na głos.
Tyle sam wiedziałem, podsłuchując rozmowę Karoliny z Andrzejem. Potrzebowałem jednak znać jakieś szczegóły. Wydarzenie to musiało wpłynąć na decyzję o zmianie płci i... zrodzeniu się planu zemsty.
- Wie pan, plotki po mieście różne krążyły, ale nikt im nie dawał wiary. - Kobieta machnęła ręką. - To tylko plotki, więc gadanie było, ale szybko ucichło.
- Jakie plotki? - wyostrzyłem słuch.
Czyli jednak coś wiedziała, tylko nie sądziła, że to może mieć jakieś znaczenie.
- Podobno w szkole huczało, że zgwałcono jakąś dziewczynę. Asia wspominała o tym, ale mówiła, że chłopaki tylko się wygłupiają i mają ubaw z tego powodu. Sprawa ucichła, bo i kto głupotom będzie dawał wiarę, prawda?
Gwałt na uczennicy? To mógł być dobry powód do odegrania się na kolegach. W każdej plotce jest przecież jakaś część prawdy. Być może Asia coś widziała, była świadkiem gwałtu, ale że trzymała się z chłopakami nie mogła wówczas za bardzo się wychylać.
- Racja - przytaknąłem zamyślony. - A jak zareagowali nauczyciele?
- Tak jak każdy w mieście. Oczywiście musieli się tym zająć, ale kiedy okazało się, że to tylko puszczona bujda, sprawa się rozeszła. Zresztą - kobieta niespodziewanie wyprostowała się w fotelu - za dużo i tak powiedziałam. Powinien pan już iść.
- Ale... - próbowałem jeszcze zasięgnąć jakichkolwiek informacji.
- Proszę nie komplikować. Sama nie wiem, dlaczego zgodziłam się na tę rozmowę. Nie powinnam. Asia to już przeszłość. Nie mam córki. Nie mam w ogóle dziecka - rzekła z bólem.
- Ma pani dziecko - zaoponowałem.
- To coś - rzekła z grymasem na twarzy, patrząc przed siebie - to nie jest moje dziecko. Urodziłam córkę. A zmieniło się w... Nie! - zaprzeczyła ruchem głowy. - To wbrew woli Boga. Nie wolno tak ingerować w swój wygląd.
- Rozumiem panią. Domyślam się, jak może pani się czuć z tym wszystkim. - Podniosłem się z miejsca i skierowałem do wyjścia. - Dziękuję za poświęcony czas.
Opuściłem dom, zasuwając zamek od kurtki pod samą szyję. Wolnym krokiem skierowałem się w kierunku centrum miasta. Z którejkolwiek strony by na tę sytuację z Andrzejem i jego dość burzliwą przeszłością nie patrzeć, to właściwie dzisiaj, po wizycie w jego rodzinnym domu, niczego konkretnego się nie dowiedziałem. Zmarnowałem jedynie czas. Asia uwielbiała męskie towarzystwo i to z kolegami z klasy spędzała wolny czas. Lubiła się z nimi włóczyć, szlajać uliczkami, a może nawet ciupać w piłę na boisku. Do tego, jak przystało na osobę z zaburzeniami osobowości, nie czuła się dobrze w skórze kobiety. Pragnęła być mężczyzną. W wielu artykułach o tematyce LGBT poruszany jest temat transseksualności, więc nie byłem znowu taki ciemny. Wielokrotnie sięgałem po taką lekturę. Ja, jako gej, od czasu do czasu lubiłem sobie poczytać co nieco z literatury, która w pewien sposób dotyczyła również i mnie. I wiedziałem, że gdy dana osoba zmieni płeć, gdy pojawią się widoczne zmiany w wyglądzie fizycznym, odczuwa wreszcie ulgę, satysfakcję ze swojego nowego wyglądu. A przede wszystkim nareszcie jest wolna.
Na spokojnie starałem się przeanalizować sytuację Asi. Nie miała lekkiego życia. Wychowała się niewielkiej mieścinie, wśród ciekawskich i plotkujących ludzi. Gdyby wieść o transseksualistce rozniosła się między mieszkańcami, nie miałaby chwili spokoju. Zostałaby zlinczowana. A mimo to pragnęła przypodobać się kolegom i to z nimi najlepiej się czuła. Czyżby to właśnie oni ją skrzywdzili? Gwałt na niewinnej dziewczynie, nabierającej męskich cech. Wśród chłopaków mogła zostać potraktowana, jak dziwadło. To całkiem możliwe rozwiązanie i dobry powód, by po skutecznej zmianie płci, odegrać się na kolegach z klasy, przez których wycierpiała.
Przez chwilę rozważałem możliwość odwiedzenia liceum, do którego przed laty uczęszczała Joanna. Nauczycielom na pewno znany był ten epizod z gwałtem, nawet jeśli to tylko krążąca po mieście plotka. W końcu dotyczyło szkoły, więc musieli zareagować. Ale raczej niechętnie byliby skłonni do zwierzania się z wydarzeń sprzed lat. Pewnie i tak niczego bym się nie dowiedział, podobnie jak niewiele informacji uzyskałem od mamy Joasi, a obecnie już Andrzeja. Dlatego zrezygnowałem z tego pomysłu. Wsiadłem do autobusu, który jechał do Krakowa, by nie kusić losu.
A jeśli chodzi o Andrzeja... Hmm. Ja, jako gej, powinienem być bardziej tolerancyjny, a mimo to czułem się niezręcznie wobec świadomości, którą posiadałem o Andrzeju. My, homoseksualiści, w większości przypadku dyskryminowani jeszcze przez polskie społeczeństwo, powinniśmy trzymać się razem. Ale nie umiałem zachować się z należytą powagą. W dziwny sposób burzyło to mój światopogląd. Akceptowałem Andrzeja. W jakiś tam sposób go akceptowałem. Wiedziałem od paru dni, że ma bogatą przeszłość, ale za cholerę nie potrafiłem, no nie umiałem w pełni go zaakceptować. A mimo to ciekawość mną szarpała, by poznać szczegóły jego życia jeszcze zanim został Andrzejem.
Przez całą powrotną podróż myśli krążyły wokół mojego pracownika. Snułem przeróżne wyobrażenia z jego przeszłości. Próbowałem wyobrazić sobie sytuację, kiedy koledzy z klasy, którym tak bardzo ufała Joanna, i w których gronie czuła się znakomicie, wykorzystali jej niewinność, zaufanie i skrzywdzili dziewczynę. Ilu mogło być oprawców? Czterech? Pięciu? Może więcej? Jeśli oczywiście moje przypuszczenia były słuszne. Ale co innego mogło się wówczas wydarzyć? Co wpłynęło na rozpalenie żądzy zemsty? Tylko Andrzej o tym wiedział. No i jego koleżanka, Karolina.
W czasie tej podróży Michał nie odpuszczał. Natrętnie wydzwaniał, próbując nawiązać kontakt. A ja uparcie nie odbierałem połączeń, albo chamsko rozłączałem przychodzące rozmowy. Nie docierało, ale przynajmniej będzie wiedział, że ze mną tak łatwo nie będzie miał. Może i Karol był ciepłą kluchą, która leciała jak mucha na lep, ale ja jestem inny. Silniejszy. O wiele bardziej silniejszy. Ze mną nie przyjdzie mu tak łatwo. Dla mnie koniec oznacza definitywny koniec, a skoro moment zakończenia farsy, zwanej związkiem, nadarzył się nagle i niespodziewanie, aż grzechem byłoby z niego nie skorzystać. I dlatego nie czekając dłużej przystąpiłem do działania. Po powrocie z nieudanej kolacji w gruzińskiej restauracji, spakowałem bęcwała i wystawiłem walizkę na klatkę schodową. Nie zjawił się po nią, więc wniosłem ją z powrotem do środka. Dzisiaj pewnie dzwoni, by ugadać się, jak może odebrać swoje rzeczy albo próbuje się wytłumaczyć. A ja uparcie nie odbierałem. Niech sobie dzwoni. Kiedyś przestanie.
Pech jednak chciał, że po powrocie do Krakowa i przybyciu do mieszkania, siedział na schodach pod drzwiami i czekał. Na mój widok podniósł się gwałtownie, strzepnął kurz z pośladków i zaszedł mi drogę. Nie czułem strachu. Serce nie łomotało z przerażenia czy też z radości na jego widok. Omiotłem go obojętnym spojrzeniem, choć ten usilnie starał się nawiązać kontakt wzrokowy.
- Dobrze, że już jesteś - odezwał się po chwili. - Musimy porozmawiać.
Znowu spojrzałem na niego. Zmrużyłem oczy, chcąc zrozumieć to, co przed momentem wydobyło się z jego gardła. On chciał ze mną rozmawiać? Ciekawe o czym? Przecież po wczorajszym wydarzeniu nie mieliśmy ze sobą o czym rozmawiać.
Ominąłem go i podszedłem do drzwi. Podczas mocowania się z zamkiem, czułem jego miażdżące spojrzenie na sobie.
- Bartek, odezwij się do mnie! - Michał zdawał się być coraz bardziej poirytowany. - Nie możesz mnie tak traktować. Nie jestem powietrzem! Spójrz na mnie!
Drzwi ustąpiły. Na całe szczęście. Odetchnąłem z ulgą, ale nie dałem po sobie poznać.
- Bartek, do jasnej cholery! - wrzasnął ochrypłym głosem, który echem rozniósł się po pustej klatce schodowej. Sąsiedzi na pewno już to usłyszeli. Co ciekawscy pewnie już spozierają przez judasza.
Odwróciłem się, kiedy byłem już na mieszkaniu. Nasz wzrok skrzyżował się na dłużej. W oczach Michała płonęła wściekłość. Pioruny zdawały się trzaskać. Wytrzymałem jego spojrzenie. Choć na język cisnęły się słowa, uparcie milczałem.
- Tak sobie pogrywasz ze mną? - zapytał zaczepnie. Na ustach pojawił się kpiący uśmieszek. - Myślisz, że jak będziesz milczał, to się mnie pozbędziesz? Że sobie pójdę i dam ci satysfakcję, że wygrałeś? Tak chcesz to rozegrać? Że się niby mnie pozbędziesz, dziwko? - Zaakcentował ostatnie słowo. Mimo to nawet nie drgnąłem na obraźliwe słowo. - Nie wiesz z kim zadzierasz! To, że się puściłeś, jak pierwsza lepsza męska kurwa, do niczego cię jeszcze nie upoważnia. Nie ty będziesz decydował o tym, czy ze mną zerwać i w jaki sposób, rozumiesz?
Nie potwierdziłem ani nie zaprzeczyłem. Milczałem uparcie. Widziałem, jak w jego oczach rodzi się wściekłość. Nie potrafił zapanować nad złością. Czyżby nikt do tej pory mu się nie postawił? Jeśli tak, to wcale się nie dziwię, że ogarnęła go taka furia. Wreszcie trafił na kogoś, kto potrafił się przeciwstawić. Choćby nawet milczeniem.
- Nadal milczysz? - wypalił po chwili. - Myślisz, że to dobra metoda? Jeśli tak sądzisz, jesteś w błędzie. Nikt mnie nie będzie ignorował, rozumiesz? Nikt! Zwłaszcza ty. - Palec wskazujący został wycelowany prosto we mnie. - Nie myśl sobie, że tak łatwo się mnie pozbędziesz. Wrócisz z podkulonym ogonem, przepraszając i błagając o przebaczenie. Będziesz się płaszczył przede mną.
W tym momencie w kącie dostrzegłem upakowaną walizkę, należącą do Michała. Bez słowa postawiłem ją przed chłopakiem, który mi ubliżał. Już miałem zamykać drzwi, ale w moim umyśle pojawiła się pewna myśl. Może mógłbym się powstrzymać, ale skoro już wie o kochanku, skoro rozstaliśmy się - bo przecież zakończyłem nasz związek - to najwyższa pora dolać oliwy do ognia. Tak na samo zakończenie znajomości.
- Ktoś tu się stara o Bartusia - rzekłem spokojnie, a słowa płynęły z moich ust swobodnie. - A tak bardzo ktoś zarzekał się, że przecież nie będzie się starał o jakiegoś tam Bartusia.
Utkwiłem spojrzenie w oczach Michała. Przez moment zobaczyłem w nich ślad trwogi i przerażenia, jakby ktoś odkrył jego sekret, tak skrupulatnie ukrywany.
- To brzmi tak... ciotowsko - dodałem, marszcząc umyślnie czoło. - Brzmi znajomo, prawda?
Michał spoglądał na mnie z niedowierzaniem z na wpół otwartymi ustami. W jego głowie pewnie szalała burza niepewności. Cokolwiek teraz chciałby powiedzieć, może sprawić, że jedynie się pogrąży.
- Pozdrów Filipa - rzekłem z kamienną twarzą. - A teraz wypierdalaj z tego bloku. I nie chcę więcej widzieć twojej śmierdzącej dupy!
Drzwi trzasnęły. Przekręciłem zamek. Uśmiechnąłem się do siebie z mojego własnego zwycięstwa. I poczułem niesamowitą ulgę. Choć kiedyś zależało mi na Michale, to po ostatnich wydarzeniach, nabrałem do niego jedynie obrzydzenia i niechęci. Teraz delektowałem się błogim spokojem, ulgą i odniesionym zwycięstwem.

B l o g i   g e j ó w

wtorek, 4 marca 2014

Epizod 112. Rozterki Bartka /18/.

Kraków.
Z rozmyślania wyrwał mnie głos Michała, który wślizgnął się cicho do kuchni, niczym mysz. Prawie podskoczyłem na krześle.
- Co tak siedzisz i dukasz?
Przystanął na ułamek sekundy w progu, zlustrował mnie uważnie i usiadł obok przy stole.
Niedopita kawa stygła od paru minut, a nadgryziona kanapka przełożona cienkim plasterkiem szynki, spoglądała na mnie z talerzyka.
- Sam nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Mam wrażenie, że czeka mnie ciężki dzień w pracy.
- Wczoraj też miałeś ciężki dzień i byłeś małomówny. Próbowałem coś od ciebie wysępić, skąd ta cisza, ale nie uraczyłeś mnie informacjami. Dowiem się, co się dzieje?
Poranek na poważne rozmowy nie był idealnym momentem, a zwłaszcza jeśli dotyczył Andrzeja, mojego pracownika. Czy może raczej Joannę? Cholera wie, co kryło się pod tymi ciuchami. A może lepiej nie wiedzieć, co on, czy ona, tam ukrywa.
- Ta sprawa jest dość... - urwałem zdanie, szukając odpowiedniego słowa. Nie chciałem nikogo urażać ani obrażać, ale nie wiedziałem, jaki stosunek do transseksualistów i transwestytów ma Michał. Nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. - No jest dość dziwna - rzekłem z ponurą miną. - Dotyczy jednego z pracowników i nie wiem, jak mam się dzisiaj zachować przy nim w pracy.
- Aha!
W głosie Michała dało się słyszeć wyraźną ulgę. Luknąłem na niego spod oka. Wyglądał normalnie, ale przez moment odniosłem wrażenie, że coś podejrzewa. Nie, nie mógł się domyśleć, że podsłuchałem jego rozmowę z Filipem. Swoją rolę grałem dobrze. Udawanie, że nic nie wiem szło mi wyśmienicie.
- Zachowuj się normalnie, jak do tej pory - dodał.
Czyli tak jak ty, wtrąciłem w myślach. Co za podły skurwiel! Kiedyś zaczniesz sypać i pogubisz się w tych kłamstwach, kłamstewkach i oszustwach. A póki co gramy dalej.
Wziąłem głębszy wdech i wszamałem całą kanapkę. W międzyczasie Michał przygotował sobie kawę, zjadł jogurt i podczas krótkiego pocałunku na odchodnym, kiedy opuszczaliśmy mieszkanie, wpadł na pomysł, żeby wyskoczyć wieczorem na kolację. Co za odmiana, pomyślałem, ale zgodziłem się.
W biurze zjawiłem się jako drugi. Karolina już okupowała ekspres z kawą, wyraźnie poirytowana. Coś zapowiada się długi i ciężki dzień z humorami. Jedno szybkie spojrzenie na biurko Andrzeja pozwoliło mi upewnić się, że wczorajszego wieczoru posprzątałem wszystko, nie zostawiłem bałaganu, co by nie domyślił się, że ktoś szperał w papierach podczas jego nieobecności.
- Andrzeja jeszcze nie ma?
Bardziej to było stwierdzenie, ale wyszło jak pytanie.
Karolina przerwała mocowanie się z rączką. Obrzuciła mnie wściekłym wzrokiem.
- A widzisz go? - huknęła niespodziewanie.
Postawiłem teczkę na biurku.
- Kochana, jak masz jakiś problem w domu, czy z chłopakiem, to zatrzymaj go w domu, a nie przynoś ze sobą do pracy. Wyobraź sobie, że nie wszyscy chcą słuchać twoich humorów. Masz zły dzień? W porządku. Po prostu wtedy się nie odzywaj, a jak się odzywasz, odzywaj się uprzejmie.
Ponura mina złagodniała. Bąknęła pod nosem jakieś przepraszam i szybko wróciła do użerania się z ekspresem.
Dziesięć minut później zjawił się Andrzej. Spojrzał na mnie wymownie, przywitał się i ostro wziął się do pracy. Dostrzegłem, że Karolina cały czas zerka znacząco na kolegę, lecz ten uparcie w ogóle na nią nie patrzy. Wyczułem między nimi narastające napięcie. Obserwując ich zauważyłem, że Karolina stara się nawiązać z nim kontakt. Andrzej udzielał krótkich odpowiedzi, w ogóle przy tym nie patrząc na Karolinę. Czyli między nimi był jakiś zakwas! Mogli się wczoraj o coś poprzytkać. Pewnie po pracy, choć Andrzej po wizycie na komendzie nie nadawał się do rozmów. Był totalnie zmęczony i wyczerpany. A jednak coś musiało się między nimi wydarzyć od wczorajszego wieczoru. Postanowiłem, że w dzisiejszym dniu poświęcę więcej uwagi tej parce.
Z upływem godzin moja czujność została nieco uśpiona. Przebudziłem się dopiero w chwili, kiedy Andrzej opuścił biuro, a Karolina zaczęła nerwowo stukać długopisem w blat biurka. W końcu zerwała się z fotela i ruszyła śladem kolegi. Ten fakt postawił mnie w stan gotowości. Odczekałem odpowiednio długi moment i również wyszedłem na korytarz. Rozejrzałem się, ale nie dostrzegłem szepczących pracowników. Gdzie mogli się udać? Może składzik? Taka mini palarnia. Energicznym krokiem ruszyłem w tamtą stronę. Tam ich nie zastałem, ale znalazłem ich w jadalni. Byli sami i szemrali coś między sobą, kiedy niespodziewanie wparowałem. Przerwali rozmowę, spłoszeni i przerażeni, jakbym zastał ich w jakiejś intymnej sytuacji. Patrzyli na mnie w oczekiwaniu na najgorsze. Musiałem coś prędko wymyślić.
- Andrzej, wychodzę na chwilę - rzekłem nabierając powietrza w płuca. - Zajmij się korespondencją, okej?
- Jasne! - odparł.
Wycofałem się szybko i oddaliłem się na kilka metrów. Zatrzymałem się jednak pod ścianą i wytężyłem słuch. Już po chwili zza niedomkniętych drzwi zaczęła dochodzić wymiana zdań. Przysunąłem się bliżej, by lepiej słyszeć.
- Ty jesteś nienormalny! - Karolina starała się zachować spokój. - Zadzwoniłeś po niego. Ryzykowałeś, że może się dowiedzieć.
- A miałem po ciebie zadzwonić? - wyskoczył Andrzej. - I co byś zrobiła? Co byś powiedziała Bartkowi? Że gdzie się wybierasz? Na policję po mnie?
- Coś bym wymyśliła - odparła. - A zresztą nie było go w biurze. Wyszedł wcześniej.
- Aha, jasne - zakpił Andrzej.
- Jesteś pewien, że nic nie wie? Niczego się nie domyśla?
Bez wątpienia mówili o mnie.
- Pytał, ale powiedziałem mu o nieskasowanym bilecie i całej akcji kanarów i policji. Myślę, że uśpiłem jego czujność i nie będzie więcej drążył tego tematu.
- Oby - rzekła Karolina. - Jak w ogóle się czujesz?
- A jak mam się czuć, co? Upokorzony, poniżony, znieważony. Nie wiem, mam dalej wyliczać? To było okropne, kiedy kazali mi się rozbierać, kiedy pokazywali mnie sobie palcami. Miałem dość tego przesłuchania. Patrzyli na mnie, jak na jakiś rzadki okaz zwierzęcia. Wytykali mnie palcami, śmiali się, kiedy stałem tam prawie nagi.
Głos Andrzeja załamał się na chwilę. Wydmuchał głośno nos, po czym mówił dalej, tym razem już pewniej.
- Nawet zaświadczenie od lekarza nie przyniosło skutku. Dzwoniłem wczoraj do niego, obiecał że zajmie się tą sprawą. Ale wiesz... Kiedy stałem tam, w tym obskurnym pomieszczeniu, prawie nagi i wyzuty z godności, przypomniała mi się sytuacja z liceum, przed wielką przemianą. Wciąż mam ją przed oczami, wciąż widzę tych kolesi, którzy znęcają się nade mną. Pamiętam każdy szczegół tamtego wydarzenia. Widzą każdą twarz, słyszę ich śmiech, wulgarne słowa. Stwierdziłem, że muszę to znieść. Jestem tak blisko odegrania się na nich, że nie mogę się teraz poddać.
- Wtedy byłeś kimś innym - wtrąciła Karolina.
- I pewnie skurwysyny o tym zapomniały. Czas im przypomnieć.
- Do tej pory nikogo nie odnalazłeś.
- Nawiązałem z jednym kontakt. Wiesz, że nawet mnie nie poznał? A od niego trafię do reszty.
- Jak mógł cię poznać? Jesteś teraz inną osobą. Nie jesteś już tamtą spokojną... Joanną. Teraz jesteś Andrzejem. Lub Jędrkiem, jak ja lubię cię nazywać.
Moje przeczucia się sprawdziły. Andrzej był kiedyś Joanną, ale wydarzenie z przeszłości doprowadziło do podjęcia decyzji o zmianie płci. Próbowałem wyobrazić go sobie, jako dziewczynę. Z obfitym biustem, krągłymi biodrami, w sukience, w szpilkach. Nie potrafiłem. Nie umiałem. Przed oczami wciąż miałem pociągłą męską twarz Andrzeja. Ciekawe, jak na jego zmianę zareagowali rodzice. Czy w ogóle wiedzą, że ich... Boże! Przecież mieli córkę, a teraz nagle jest syn. Nie, nie miałem żadnych uprzedzeń, ale w tym momencie starałem się postawić w roli jego rodziców. Musieli przeżyć szok.
Wróciłem do dusznego biura. Uchyliłem okno. Do środka wpadło świeże, styczniowe powietrze. Na twarzy poczułem przyjemne i chłodne łaskotanie wiatru. Świadomość, że znam tajemnicę Andrzeja, znam szczególny fragment jego przeszłości, zaczynał mi ciążyć. Domyślałem się, że przecież o to może chodzić, kiedy zacząłem szperać w jego życiorysie. Ale dopóki nie byłem tego pewien, wciąż myślałem i podświadomie wmawiałem sobie, że mam do czynienia z facetem. Prawdziwym facetem, z jajami, męskim zarostem, niskim głosem. Tymczasem dzisiaj poznałem prawdę. Podsłuchałem perfidnie prywatną rozmowę moich pracowników. Zachowałem się okropnie. Nie powinienem był tego robić. Ale jest już za późno. Stało się. Nic nie poradzę.
W głowie zrodziło się pytanie: jak teraz się zachowam w stosunku do Andrzeja? Zacznę go poniżać? Opieprzać z byle powodu? Ignorować? Traktować gorzej, bo jest transseksualistą? Jak postąpię z tą wiedzą, którą ukradkiem nabyłem? O Boże!, jęknąłem patrząc w dal. Muszę wyjść. Szybko. Inaczej oszaleję. Chwyciłem kurtkę, teczkę i wyszedłem z biura. Przez resztę dnia snułem się po mieście. Nie wróciłem do pracy. Nie powiadomiłem nikogo, że nie wrócę. Jakoś nie miałem ochoty, by z kimkolwiek zamieniać zdanie.
Wieczorem Michał zabrał mnie do gruzińskiej restauracji przy Siennej. Zaledwie zdążyliśmy się rozpłaszczyć i usiąść, kelnerka przyniosła nam menu. Chwilę później złożyliśmy zamówienie. Kiedy zostaliśmy sami, spojrzałem na mojego partnera. Uśmiech gościł mu na twarzy, w oczach odbijał się blask lamp. Patrzył na mnie z przejęciem.
- Co ci tak wesoło? - zapytałem spokojnie.
- Cieszę, że jesteś tutaj ze mną - padła odpowiedź.
Jasne, pomyślałem z ironią. Cieszy się, podczas gdy nie słyszę, to obrabia mi dupę za moimi plecami z Filipem. Ciekawe, jak długo będzie mógł ciągnąć tę farsę? Póki co, szło mi całkiem dobrze, ale po dzisiejszym dniu w pracy, nie miałem już ochoty na tego typu zabawy. Może najwyższa pora się przyznać, że o wszystkim wiem, wstać, wrócić na mieszkanie, spakować Michała i wystawić jego walizki przed blokiem? Miałbym z nim święty spokój. Ale gdy tylko o tym pomyślałem i prawie zdecydowałem się na ujawnienie mojej słodkiej tajemnicy, przy stoliku przystanął mężczyzna. W pierwszej chwili nie poznałem go, ale już w kolejnej sekundzie kurtyna krótkotrwałej sklerozy opadła.
- Własnym oczom nie wierzę. - Głos Karola drżał z przerażenia. Odniosłem wrażenie, że słyszę, jak ze strachu wali mu serce. - Wy razem? Przy jednym stoliku?
Jego oczy błądziły od Michała do mnie i z powrotem. Widziałem w nich szaleństwo pomieszane z żalem, strachem i bólem. Patrzyłem na niego. Cierpiał. Wiedziałem co czuje. Przede wszystkim rozczarowanie. Został oszukany, ale... No właśnie. To jedno "ale" było bardzo znaczące. Choć chciałem mu współczuć, choć wiedziałem przez co w tej chwili przechodzi, nie potrafiłem użalić się nad nim. Przed oczami stanął mi obraz, kiedy jakiś czas temu spotkałem go w restauracji. Potraktował mnie, jak obcą osobę. Prawie udał, że mnie nie zna, że mnie nie kojarzy. Gdyby wtedy mógł, zabrałby talerz z jedzeniem i przeniósł do innego stolika. Dlatego teraz nie umiałem zachować się inaczej.
- Karol... - zaczął spokojnie Michał.
- A nie widzisz? - wtrąciłem się w wypowiedź Michała. Mój głos brzmiał stanowczo. - Mamy siedzieć przy oddzielnych stolikach? Michał przy wejściu, a ja na drugim końcu sali? Tak to sobie wyobrażasz?
Spojrzał na mnie z bólem w oczach. Widziałem w nich nieme pytanie: dlaczego? Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego jestem z Michałem, skoro wiedziałem, co on do niego czuje? Przerzucił wzrok na Michała.
- Myślałem, że jednak coś do mnie czujesz - zwrócił się do niego z wyrzutem. - Przecież nawiązaliśmy kontakt. Sam nawet tego chciałeś.
O, proszę. Byłem świadkiem rozgrywającej się ciotodramy, w której moja skromna osoba również miała swój skromny udział. Ale nadarzała się wyśmienita okazja, by jeszcze bardziej zagmatwać sytuację. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Tego akurat nie wiedziałem - rzekłem hardo, piorunując wzrokiem Michała. - Czy jeszcze o czymś nie wiem? Chcesz mi coś powiedzieć? Chętnie posłucham.
Rozsiadłem się wygodnie w wiklinowym krześle i skrzyżowałem ręce na piersiach.
- Może dołączysz do nas? - wskazałem Karolowi wolne miejsce przy stoliku. - Ty się czegoś przy okazji dowiesz i ja się czegoś dowiem. Poznamy historię Michała.
Chłopak obrzucił mnie wyzywającym spojrzeniem. Wytrzymałem, wykrzywiając twarz w sztucznym uśmiechu. Wtedy dostrzegłem u niego zawahanie. Jakby tracił panowanie nad sytuacją. Drżała w posadach jego pewność siebie. Lada moment mogła pieprznąć ta farsa, którą budował bez fundamentów. Ach, będę się mógł upajać jego upadkiem.
- Bartek - rzekł łagodnie - porozmawiamy o tym, tylko nie teraz. Wszystko ci wyjaśnię, ale teraz wybacz... - Przeniósł wzrok na Karola. - Źle mnie zrozumiałeś. Nawiązaliśmy kontakt, ale to ty tego chciałeś, nie ja.
- Posłuchałem rady przyjaciela - rzekł na usprawiedliwienie swego czynu Karol.
- Miej pretensje do przyjaciela.
W kąciku ust Michała zatańczył kpiący uśmieszek. Wiedziałem, że znajdzie wytłumaczenie. Michał bez problemu się wybieli, a Karol pogrąży się w rozpaczy.
- Ale zareagowałeś tak...
- Zawsze tak reaguje na starych znajomych - wtrącił pośpiesznie.
- Czyli za moimi plecami spotykasz się ze swoimi byłymi kochankami - wskazałem ręką na Karola.
Jeszcze nie tak dawno sam postępowałem podobnie, zdradzając Michała ze Staszkiem. Było jednak już za późno na ugryzienie się w język. Słowa padły.
- Bartek, proszę cię, nie rób scen zazdrości teraz. - Michał spojrzał mi głęboko w oczy, dając tym samym do zrozumienia, że wie o moim kochanku. - Porozmawiamy o tym za chwilę.
- Wydaje mi się, że za chwilę to może być już za późno - westchnąłem, udając znudzenie tym całym spektaklem w Gruzińskim Chaczapuri.
Przytrzymał dłużej wzrok na mnie, po chwili spoglądał już na Karola.
- Między nami nic nie było. Nawet jeśli coś sobie ubzdurałeś, że możemy wrócić do siebie, to jest tylko i wyłącznie twój problem. Nie mój. Zerwałeś wtedy ze mną...
- Bo mnie zdradzałeś! - Karol prawie krzyknął na całą salę.
Panujący do tej pory wśród zebranych gwar, niespodziewanie ucichł. Oczy wszystkich spojrzały na nasz stolik. Teraz jesteśmy w centrum uwagi. Za chwilę zleci się obsługa i zacznie się kibicowanie, bo cioty kłócą się o chłopaka. Lepiej szybko się stąd ewakuować.
- To teraz ja kończę z tobą - syknął Michał. - I nie rób scen.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! - odparował Karol.
- To wypierdalaj! - wycedził przez zęby Michał.
Karol zacisnął pięści, aż kostki zbielały, po czym szybkim krokiem podążył do wyjścia. Odprowadziłem go wzrokiem. To samo zrobili goście, a po chwili ich spojrzenia znów lustrowały nasz stolik.
- Przepraszam cię za niego.
- Daruj sobie - rzekłem oschle.
Michał wyprostował się energicznie, aż wiklinowe krzesło zaskrzypiało.
- Nie zdradziłem cię z nim - rzekł jakby chciał się usprawiedliwić.
- Ale go kokietowałeś. Zresztą - wstałem z miejsca i sięgnąłem po kurtkę - byłeś z Karolem, zdradziłeś go z jakimś gościem w Warszawie, potem ze mną. W sumie - wzruszyłem ramionami - czemu sytuacja ma się teraz nie powtórzyć? Tyle że w w drugą stronę. Możesz mieć kochanka, o którym nie wiem.
Specjalnie go prowokowałem, by zakończyć tę maskaradę.
- Dokąd idziesz? - zapytał zaskoczony.
- Wracam do domu. Spakuję cię i zostawię twoje rzeczy przed wejściem.
- Chyba sobie jaja robisz.
Nachyliłem się nad stolikiem.
- A wyglądam, żebym jaja sobie robił?
Mierzyliśmy się przez moment wzorkiem. Buzował z wściekłości, próbując powstrzymać się przed nagłym wybuchem. Być może chciał załagodzić sytuację. Jednak ja nie chciałem. Jak dla mnie było mi już wszystko obojętne. Nadarzała się okazja, to pora z niej skorzystać.
- Ty też masz kochanka - syknął oskarżycielskim tonem. - Myślisz, że nie wiem?
- Myślę, że masz już nieaktualne dane. Ale to twój problem. Żegnam.
Wymaszerowałem z lokalu prosto na ulicę Sienną. Nie zatrzymując się wciągnąłem w nozdrza lodowate powietrze. Ach, jaka ulgę poczułem, kiedy wyzbyłem się tego ciężaru. Mogłem w sumie dalej udawać, ale po co? I tak byłem dobry, że tyle dni wytrzymałem.

B l o g i   g e j ó w